Nadesłane przez: Ma
rcelUlepimy bałwanka...
Wanda wstała wczesnym rankiem. Zanim otworzyła oczy, pomyślała o szeregu prac domowych, które musiała dziś wykonać. Kawa. To druga rzecz, która pojawiła się w jej głowie. Bez niej codziennie rano przypomina dwutygodniowe zwłoki.
Wstaje powoli, uważając, żeby nie natknąć się na miliony pułapek, rozwalonych po jej sypialni. Tragedia czyha wszędzie.
No i stało się! Pierwsza pułapka zaliczona! Wanda z impetem pada na ziemię, czuje jak jej łokcie wbijają się boleśnie w drewnianą podłogę.
Nagle przypomina sobie, że musi szybko interweniować i podbiega do kołyski: w lewo, w prawo, w lewo, w prawo! Uff... Śpi. Nie obudził się. Po cichu wychodzi z sypialni, idzie korytarzem, by zaparzyć upragnioną kawę.
- Boże! Pies się zesrał!!
Szepce pod nosem i niechętnie kieruje się w stronę WC, by sprzątnąć napotkaną mine przeciwpiechotną. Pies z hukiem leci na dwór. Ale po co? Przecież już się załatwił. Chwilę potem marzenia Wandy o kawie wypitej w świętym spokoju, prysły niczym bańka mydlana. Kobieta słyszy za sobą tupot małych stóp i przeraźliwe wołanie:
- Jeść! AM! Jeść!
"Cholera! Znowu kawa w pośpiechu"- pomyślała. Jednym zwinnym ruchem łapie na ręcę małego trolla, pędzi do kuchni i wstawia garnek z parówkami na gaz. Czuć odór. Niechętnie pociąga nosem. Tak! Czuć.
- Boże. Następne gówno!
Biegiem do sypialni, przebiera, zakłada nowa pieluchę.
Parówki!
Teraz chwila wytchnienia. Robi kawę.
- Mama! pić! pić! pić!
Wanda robi szybko wodę z sokiem malinowym, szybko, szybko, bo każda następna minuta może wywołać burzę szlochów lub krzyków dziecka.
- Baja! Ba..Baja!!!!! - następne rozkazy małego dyktatora wywołują u Wandy gniew. Jednak kobieta nie chce od rana wszczynać wojny i pospiesznie bierze w jedną rękę parówkę i picie, w drugą rozwrzeszczane dziecko, i pędzi ile sił do salonu, by włączyć TV. Kawa stygnie. Kobieta wraca po nią do kuchni i nagle czuje wilgoć na stopie.
- A niech to! Przeklęty pies! - wtedy przypomina sobie że mały pudelek jest ciągle na dworze, a tam na minusie prawie dwadzieścia.
- Wytrzyma! Co go nie zabije, to go wzmocni! Najpierw kawa!
- Mama! Mama! - z salonu dobiega piszczący głos dyktatora. Parówka utkwiła mu w DVD. Wanda niezaradnie stara sie ją wyciągnąć!
- Am! Mama! aaaaaaaaaaaammmmmmmm!
Rezygnuje. Jest 8.30 rano, a ona czuje sie jak po całym dniu spędzonym na poligonie. Szybki bieg po nową parówkę - tym razem na zimno. Nie ma czasu na gotowanie, dyktator już czerwienieje ze złości. Wanda podaje mu parówkę, dziecko z anielskim uśmiechem oznajmia:
- Niunio kce na dwór!!! Już!!!!
A kawa?
Trudno. Musi wypić na dworze. Ubiera małego w trzyczęściowy kostium.Wychodzą. Zimna kawa na zimnym powietrzu! Marzenie!
Oboje są już przy wyjściu, otwierają drzwi i widzą psa.
- No chodź, chodząca sralnio! No właźże! Co się gapisz!
Pies niepewnym krokiem wchodzi do domu. Wanda patrzy na niego z przymrużonymi oczyma. Widzi jak pies, który jest już w korytarzu, bezczelnie przykuca.
- No nie!
Kobieta przez chwilę chce podbiec do niego i zasadzić mu kopa, ale nie ma już siły i tylko macha rękoma nie wiadomo po co. Spogląda na psa i ma wrażenie, że ten się śmieje pod nosem.
- Chyba zwariowałam!!! - mówi sama do siebie, po czym zamyka drzwi.
- Mama na sanki!!!
- Mama bałwana!!!
- Mama rób aniołka!!!
- Mama wojna na śnieżki!!!
Wanda biega z kawą w ręku, nie złapała ani łyka od rana. Ciągnie sanki, lepi śnieżki, bałwana! Nagle trach!!!!
Widzi jak czarna plama stopniowo powiększa się na śniegu. W ręku... ucho. Ucho od filiżanki.
- Moja Kawa..... - kobieta szlocha, kucając przy plamie. Mały dyktator szczerzy zęby. Na jego rękawiczkach widać okruchy śniegu, jak gdyby trzymał w nich przed sekundą dużą, twardą śnieżkę. Wanda ma dowody... Czuje jak krew gotuje się w jej żyłach. Pospiesznym krokiem idzie do garażu, wyciąga łopatę do odśnieżania. Dziecko patrzy na nią niepewnie, jej oczy są przeszyte krwią, nozdrza pulsują, z pyska cieknie piana, włosy rozwiały się w nieładzie. Kroczy taka upiorna w stronę dziecka, w kółko powtarzając:
- Zaraz ulepimy bałwana, zaraz ulepimy bałwana...
Wieczór.
- Cześć, kochanie! Już jestem. Ale miałem ciężki dzień w pracy, dwanaście godzin siedzenia przy biurku! Tragedia. Ale widziałem, jakiego pięknego bałwanka ulepiliście na dworze!!! Jak żywy! Nawet mi się wydawało że machał rączkami!!! Tylko ta parówka zamiast marchewki dziwnie wygląda! A gdzie jest Tadeuszek????
Jestem psychiatrycznie zauroczony opowiadaniem, przy czym zastanawiam się, czy zadać pytanie, ILE % cukru w cukrze jest z życia wzięte... Może lepiej nie wiedzieć? Zresztą zima w agonii, bałwany już chyba wszystkie się rozpadły i spłynęły do studzienek ściekowych.
OdpowiedzUsuńOpowiadanie ze zgrozą uświadamia mi dwie istotne sprawy:
1. Jak potężny ciężar kontroli i odpowiedzialności spoczywa na Polkach-matkach. Zaprawdę wszystkie jesteście Leonidasami! Podziwiam i chylę czoła. Nie będę pytał Mateczki mojej, ile przeze mnie kaw zimnych piła, ile się rozlało...
2. Kawo! Ile Cię trzeba cenić, wdzięczyć i smakować - jeśli tylko mamy szansę wypić Cię ciepłą i w spokoju!
A nie zawsze taki rarytas jest dany...
HAHAHA! Znowu się ubawiłam. MArcel, napisałaś świetnie! Jak czytałam to opowaiadanko miałam przed oczami jedną taką osóbkę która bardzo często ma rano problemy z dopiciem kawy:)I te imiona...Wanda i Tadeuszek haha :)
OdpowiedzUsuńTak to jest, kiedy nie docenia się pracy kobiety w domu...
OdpowiedzUsuńBardzo mi się podoba!!!:)
OdpowiedzUsuńJako osoba również nie funkcjonująca bez kawy, jestem w stanie w pełni wyobrazić sobie cierpienia bohaterki...i zapewne ja też ulepiłbym bałwanka...
o jejku Marcel jest w niebo wzięty ze opowiadanie trafiło na bloga i dziekuje z całego serca za wyrazy uznania i tak miłe słowa;) autor uważaj- konkurencja sie rodzi :D
OdpowiedzUsuńKonkurencja zostanie zwabiona w pułapkę i zlikwidowana.
OdpowiedzUsuńbardzo fajne to było!!! troszke kopia mojego życia jakies piec lat temu ale wybaczam! :)
OdpowiedzUsuń