2009 dramat (?), Polska
Od razu na wstępie wyznam: dopiero przystępując do recenzji, zdałem sobie sprawę, że reżyser Domu złego jest reżyserem Wesela. Rozbrajające i konfundujące. Nawet ekipa aktorów zbliżona. Grają wybornie, lecz cóż z tego? Zaczynam zastanawiać się, czy Wojciech Smarzowski nie cierpi na jakąś obsesję na punkcie patologii. Jeśli jednak tak jest, ja się w tę obsesję wciągnąć nie dam. Film jest zwyczajnie irytujący, ciężki, po prostu nie do zniesienia. Może należałoby zwołać konsylium patologów, socjologów i geografów, by spróbować udzielić odpowiedzi na istotne pytanie: jakie jest prawdopodobieństwo stłoczenia dużej ilości organicznych jednostek patologicznych na małej powierzchni geograficznej? Wizja reżysera do mnie nie trafia. Film jest zwyczajnie absurdalny i odrzucający niczym rozpędzony Abrams. Niestety, stanąłem na drodze temu czołgowi (Abrams może osiągnąć szybkość 72 km/h) i zostałem solidnie uderzony w naiwnie podstawiony tors. I odrzucony. W pułapkę Domu złego wciągnęły mnie dwie rzeczy. Po pierwsze, piękna, klimatyczna "okładka" filmu, którą na swoje nieszczęście dostrzegłem w Teletygodniu. Po drugie - zachwyty Kuby Wojewódzkiego, którego miałem nieszczęście dojrzeć w telewizji. Wojewódzki drugi raz mnie nie nabierze, ale i ze zdjęciami muszę nauczyć się ostrożności. To było wprost urzekające - jego autorowi akurat szczerze gratuluję. Milicyjny radiowóz w pięknej, acz wyraźnie surowej aurze polskiej zimy - "Oho, jakiś thriller z niezwyczajną atmosferą" - pomyślałem zachęcony. Drugi raz już się sam nie nabiorę. Amerykanie i Niemcy robią świetne thrillery. Zapomniałem, że Słowianie nie. Wracając do stłoczenia jednostek patologicznych. W gruncie rzeczy trudno je wyliczyć. Postacie antypatyczne, ułomne psychiką, ale często i ciałem; wywrotnym, niezdarnym, chybotliwym, wypełniają to dzieło od pierwszych sekund filmu. Im dalej w las - czy może raczej zaspę - tym gorzej. Przybywa ludzi dziwnych i odpychających. Dioptrie minus 1,75 nie pozwalają dostrzec ani jednego w pełni normalnego człowieka. Pytam się: po co tak sadystyczne akcentowanie upadku i ułomności? Po co epatowanie obrzydlistwem? Sceny oddawania moczu dwie. Może zresztą lało się tego więcej - nie wiem, film wyłączyłem po 40 minutach Golgoty. Co najbardziej chorobliwe w Domu złym - ciągle, nieustannie, obsesyjnie, kaskadowo, leje się alkohol. Strumieniami, Drwęcami, rzekami Huanghe. Jeszcze raz apeluję o zlot socjologów i geografów. Gwoździem, a raczej żelbetonową pokrywą na trumnę, okazuje się wyjątkowo nietrafny i po prostu nieznośny soundtrack. Muzyka tworzy zwykle klimat i siłę filmu. Tu wystrzeliwuje się tylko jakieś osobliwe dźwięki z osiemnastowiecznej flinty, które może uczyniłyby radość hob-goblinom wypełniającym kino. Te zaś dobiły tylko i tak konający film. Ja z kolei czułem się, jakby i we mnie z flinty owej wymierzano i strzelano. Reżyser ma prawo do wizji. Ja mam prawo do odczuć i do ich wyrażenia. Wyrażam i pytam: dlaczego w ten film wtłoczono taką liczbę ludzi dziwnych i odpychających? Czy reżyser zetknął się kiedyś z taką liczbą? Jak się wymknął obławie? Widziałem amerykańskie filmy, w które wtłoczono ludzi dziwnych. Na przykład Twin Peaks. Albo Don MacKay (2009, Elisabeth Shue). Ale twórcy tych filmów zadbali o odpowiednią liczbę takich ludzi. Przy czym część z nich wzbudza sympatię. No i atmosfera - w wymienionych filmach generuje ona rosnące zaintrygowanie i fascynację. Dlatego produkcje amerykańskie chce się oglądać. Dom zły od pierwszej chwili budził we mnie tylko jeden samozachowawczy odruch: wyłączenia filmu. Opierałem się temu odruchowi heroicznie przez 40 minut, tracąc na froncie umysłowo-emocjonalnym dwie chorągwie husarskie, lisowczyków i pikinierów szwajcarskich. I oddział Paunisów. Stwierdziłem też, że coś dziwnego dzieje się z moim osierdziem. Jakby wybierało się gdzieś w ramach ewakuacji. I film wyłączyłem. Przydał mi jednak jakiejś refleksji. Oto i ona: dopóki będziemy zatapiać się w wizjach, projektach i przekazach niosących energię tak frustrującej beznadziei, trudno oczekiwać pomyślnej, szczęśliwie twórczej nam przyszłości. Może warto włożyć swój talent i brzęcząco-szeleszczące zasoby w projekty tchnące optymizmem i wizją przemian. Dom zły odradzam wszystkim, którzy w życiu mają wystarczający ładunek trosk i stresów. Kiedy po 40 minutach zakończyłem projekcję, zorientowałem się, że łańcuch z kula spiżową seansu owinął mi się wokół nóg, zmiażdżył podłogę i wciągnął mnie w głębię piwniczną. Długo się stamtąd wygrzebywałem. Rodzi się pytanie, jak głęboko i gdzie dokładnie zostałbym wciągnięty, gdybym obejrzał film do końca. Czy zostałbym tam na zawsze? Straszne to pytanie. Autor.

buuuuu tez nie polecam tego filmu kicha taka ze szok
OdpowiedzUsuńna samą myśl o tym filmie dostaję...grypy żołądkowej...
OdpowiedzUsuń