Kiedy przystawić polskich nauczycieli przedwojennych do tych PRL-owskich, to jakoś smutno na sercu.
Kiedy przystawić tych PRL-owskich do dzisiejszych, robi się jeszcze smutniej.
Oczywiście – nie obwiniałbym tylko nauczycieli, i – naturalnie- nie
wszystkich. Pewną część, po której ducha powołania, energii ideowej,
charyzmy Johna Keatinga i w ogóle promieniującej wiary w jutrzenkę
wychowanych Kolumbów nowej generacji nie widać, rozumiem i jej szczerze
współczuję. Pensje niskopodłogowe - a pensja wszak oddaje status misji i
prestiż rangi własnej, która powinna imponować uczniowi już sama w
sobie. Dalej: rodzice pozbawieni pokory i przenikliwości, inteligencji
przestrzennej, która pozwala przewidzieć, co za lat dziesięć wyczyni
jedynak-zuchwalec uwolniony z wszelkiej odpowiedzialności i szacunku do
pedagoga. Rodzice bezczelni jak gangsterzy.
Co zaś dorzuca kilka łopat do tej warstwy mułu, to uczniowie sami w
sobie. Oczywiście – mówię o Części. Tak samo, jak w przypadku
nauczycieli i rodziców.
Gorzej, że mamy czasy, w których Części wywierają ciężar zbyt wielki i przejmują kontrolę nad sterami. Dotyczącymi Całości.
Niestety.
Przedwojenny i PRL-owski nauczyciel nie był tak bardzo straszony i
napadany. Nie było też w owych dziwnych czasach zbyt wielu uczniów,
którzy zdawali egzaminy dzięki amfetaminie, albo je kupowali,
wychwalając bożka korupcji i uprawiając wyrachowany a tępy
awans-blitzkrieg. Nie było zbyt wielu takich, którzy gwałcili koleżanki w
szatni, albo na potańcówce, faszerując drinki kolejnym chemicznym
eliksirem.
Prawdopodobnie mało było wtedy takich, którzy nie popadali w
paraliż z tej tylko przyczyny, że nauczyciel skupił na nich wzrok i
zmarszczył brwi.
Ja w ów grzeczny, pokorny, należny uczniowi paraliż popadałem.
Dziś nieoczywiste.
Więc w ostatecznej konkluzji trzeba tak ustalić: tak samo
nauczyciel kształtuje ucznia, jak uczeń nauczyciela. Skoro zaś tak, tym
większe mam dreszcze. Bo znów wychodzi na to, że proces ten, jak inne,
jest bardziej ,,ponad'' niż tu, w naszych rękach. Co by oznaczało
niepowstrzymanie, nieznaną z efektów stację w głębi alpejskiego tunelu.
Brrr...
Aby odreagować dzisiejszą, mniej pokorną Część uczniów-rodziców,
proponuję eiobowym edukatorom cztery horronazja. Na złagodzenie rwy
kulszowej, spazmu korzonkowego, a nade wszystko na umniejszenie lęku
przed uczniami, kolejnymi dyrektywami kierowników, ministerstwa edukacji
oraz Wielce Oświeconej Pedagogicznie a Akademicko Unii Naszej
Europejskiey.

Horronazjum pierwsze: Światła edukacji
Nauczycielka z ożywieniem zerkała na chłopięcą część klasy. Jej oczy błyszczały dość alkoholowo.
- Nie ukrywam, moi drodzy – przemówiła słodko – że czas was poinstruować na temat tych-tego-tam, wiecie.
- Ohohoho – zdziwili się przyjemnie uczniowie, a dziewczyny poczerwieniały spłoszone.
- Macie już te swoje dziewięć lat – ciągnęła nauczycielka – i czas dowiedzieć się, jak wygląda pochwa.
- Ja nie chcę – przestraszył się wzorowy uczeń Grubik.
Został natychmiast podduszony przez kolegów.
- Mój dziadek ma pochwę! – zawołał znacznie mniej pilny uczeń
Benkard. – Ze srebra czy śremu... A do tego szablę! Bił nią bolszewików.
- Ach, Benkardzie – żachnęła się nauczycielka. – Mówię o myszce... Zresztą spójrzcie – zsunęła majtki i podciągnęła spódnicę.
Źle się z tym czuła, bo tak po prawdzie nigdy nie była za
naturyzmem, zresztą gdy ona miała dziewięć lat, kuratorium proponowało
rozwijać wrażliwość dzieci poprzez kompozycje z kasztanów i żołędzi, a
nie epatowanie kwestią narządów rozrodczych. No, ale te naciski
dyrektora...
- Dzieci trzeba uświadamiać! – huczał na odprawie. – Bo inaczej
wyrosną nam zboczeńcy parkowi. Proszę otwierać każdą lekcję łagodnym
pokazem seksualności! Nie chcę tu jezuitów, tylko edukatorów!
Cóż więc miała robić? Podobnie jak inni nauczyciele, wypiła pół litra i zajęła się edukacją.
Jednak mimo zaprawy i tak czuła, że płonie ze wstydu jak ten rak przyłapany na chodzeniu przodem.
- To właśnie jest myszka – wybełkotała.
Spojrzenie na myszkę nauczycielki nie wystarczyło zaintrygowanym
chłopcom. Przewracając w pośpiechu ławki i obnażając swe zielonkawe
siusiaki, rzucili się na zszokowaną kobietę, by dokonać edukacyjnego
gwałtu.
No, tego to chyba pan dyrektor nie przewidział!
*
Horronazjum drugie: O, wa!
Panna Simpson była nauczycielką bardzo młodą i niedoświadczoną.
- Klasa jest nietypowa – ostrzegła ją dyrektorka życzliwie.
- O, wa! – odpowiedziała panna Simpson z uśmiechem.
I poszła na lekcje do pierwszaków.
Pierwsze, co rzuciło jej się w oczy po przekroczeniu progu klasy,
to kłębiące się w ławkach zbiorowisko Batmanów, Jasonów Voorheesów,
Freddy’ch Kruegerów, Michaelów Myersów, Hulków, X-Menów, Wampirów,
Obcych, Predatorów i innych bohaterów społeczeństwa.
- Czy to karnawał? – wyszczebiotała panna Simpson.
Wystrzał z bazooki oderwał jej miednicę wraz z nogami.
- Nie – mruknął uczeń przebrany za Predatora.
- No to sprawdzianik – wybełkotała nauczycielka.
W odpowiedzi kolejny pocisk zmiótł jej popiersie do sąsiedniej klasy.
- Nie przeszkadzać! – huknął matematyk, pan Roompler.
- Tak, to rzeczywiście nietypowa klasa – chciała przyznać panna Simpson, lecz, cóż, nie bardzo, zdaje się, mogła.
*
Horronazjum trzecie: Cromwell
Dyrektor szkoły nazywał się Wilson i miał smutną twarz. Nowy
nauczyciel historii przyglądał mu się ciekawie. Z niemniejszym
zaciekawieniem zerkał na grubą, korkową tarczę do darta, która wisiała
na ścianie za dyrektorem. Była gruba i korkowa, lecz jej środek już nie
istniał. Ział w nim wykruszony niewątpliwie wielomiesięcznym ostrzałem
lej. I tylko dzięki podpisowi u dołu tarczy – Jaś Fasola – młody historyk zorientował się, czyje oblicze zdobiło tarczę, teraz już ograniczone do podziurawionych uszu i krawata.
Wilson poszedł za jego wzrokiem, wykonując ociężały skręt w fotelu.
- Jaś Fasola – potwierdził. – Rozstrzeliwuję go od dwóch lat.
Młody nauczyciel zaczął zastanawiać się, czy wypada dociekać przyczyn tego pastwienia się, ale dyrektor od razu wyjawił:
- Nienawidzę durnia, bo obniża prestiż królestwa. Pan wie, panie
Cromwell, że Amerykanie tak właśnie wyobrażają sobie typowego Anglika?
Nigdy mu nie daruję Totalnego kataklizmu.
Historyk czekał z łagodnym półuśmiechem. Nowy szef zaskoczył go trochę widocznym zmęczeniem i sfrustrowaniem.
- No cóż. – Dyrektor zabębnił w blaszane pudełko po cygarach, które
wypełniał tuzin strzałek do masakrowania Jasia Fasoli. – Dopiero pan do
nas przybył, a ja już obarczam pana trudnym obowiązkiem, panie
Cromwell…
- Myśli pan o roli wychowawcy? – Historyk uśmiechnął się szeroko,
jakby czuł w sobie siłę rekina. – Owszem, jestem tu nowy. Nowy w szkole i
nowy w mieście. Jednak nadzwyczajne praktyki w Plymouth…
- Panie Cromwell – przerwał posępnym głosem Wilson. – To trudna klasa.
Młody nauczyciel pokiwał głową z niedowierzaniem, zbyt późno myśląc
o powstrzymaniu tego odruchu. Ale do licha… Ton szefa renomowanej
placówki pobrzmiewał goryczą i zniechęceniem, jeśli nie rezygnacją. A
nie było to coś, za czym przepadał.
I na pewno nie było to coś, czego oczekiwał miejscu zachęt i
gratulacji, które już otrzymał przy rozmowie wstępnej. Powtórki nie
było. Jakby dyrektor był inny.
Albo jakby umarło mu kilku krewnym w tym krótkim czasie.
- Pochodzę z wykwintnej, liczącej się w hrabstwie i poza nim
rodziny – zaznaczył z naciskiem, unikając jednak szorstkości – o
najbardziej możliwych konserwatywnych, wiktoriańskich pryncypiach. Co
daje mi umysłową elastyczność, a nade wszystko duchową twardość. Znam
swój cel. Wykształcić, ociosać elity królestwa. Nie chciałbym pana
urazić, dyrektorze, ale atmosfera wytworzona wokół tej, jak
przypuszczam, rozrywkowej klasy, jest dość… śmieszna. To rozrabiacze,
niech będzie. Wiedzą, że chcą pociągać za sznurki, i że trzeba na to
popracować. Po prostu przegrywają z hormonami.
- Z hormonami – skinął głową dyrektor Wilson. – Być może.
Naturalnie ja sobie zdaję sprawę z zasług pańskiej rodziny. Potomek
Olivera Cromwella w murach szkoły dużo dla nas znaczy i przyznam, dla
mnie było pańskie nazwisko równie decydujące, co referencje i wyniki
olimpijskie. Ale wybaczy pan, kiedy coś powiem… Oni mówią, że Cromwell
się nie uczył, a został kimś. To trochę niewygodny paradoks, prawda?
- No, zasadniczo tak. Ale przecież otruto go – tak twierdzę jako
rodzinny badacz – i sprofanowano zwłoki. I zgubiono. A przecież majestat
i ranga nie powinny być zamykane śmiercią.
- Hm…
- Szanujemy dokonania Olivera, lecz uważamy, że nie popisał się w
końcówce. Dał się nawet stłuc Irlandczykom, co jest niedopuszczalne. My –
dzisiejsi Cromwellowie – jesteśmy twardzi. Aż po końcówkę. Majestat i
ranga za życia i za śmierci.
- Za śmierci?
- Prestiż, który rozwiewa się, gdy człowiek poddaje się starości i
umiera, nic nie jest wart. Wiedząc o tym, działam z premedytacją. Moim
obowiązkiem jest przekuć rozwydrzone szczeniactwo w kawalerię
naukowo-inżynieryjną Wielkiej Brytanii. I ja to zrobię, panie
dyrektorze. Na rozwydrzone szczeniactwo jest całe mnóstwo sposobów. Być
może oni potrzebują pejcza. Ja nim będę. To wszystko.
Nieoczekiwanie dyrektor wyszczerzył zęby, jakby spłynęła na niego otucha.
- Cieszy mnie taka postawa u nauczyciela! Tego właśnie oczekiwałem.
Zapewne nie ujmie nic z pańskiego zapału informacja, że dwaj poprzedni
wychowawcy nie dali sobie rady z tymi nicponiami.
- Tak? Tym bardziej rośnie moja ambicja. Chciałbym porozmawiać z moimi poprzednikami, jeśli będzie taka możliwość.
Wilson zaśmiał się gorzko.
- Obawiam się, że szanse są niewielkie. Jeden odszedł, wyjechał na
północ. Drugi… Hm, uciekł chyba, bo nie stawił się nawet po P45, o
referencjach nie wspominając. Zwyczajnie przepadł. A był całkiem
zasłużony.
- …w ucieczkach? – omal nie dodał młody historyk. Ale zazwyczaj panował nad swoimi słowami.
Humor jednak mu się zwarzył. Motywowanie jako nieodzowny podkład
przy zatrudnieniu rozumieją nawet właściciele sieci kiosków. A dyrektor
Wilson jakby z tym zaspał.
Przy czym – naszła Cromwella ponura refleksja – niemotywowanie jest w rzeczy samej demotywowaniem.
Ledwo oparł się zniechęceniu.
Popatrzył na zegarek i formalnym tonem rzekł:
- Jeśli pan pozwoli, dyrektorze, chciałbym już pójść na lekcję.
- Powodzenia. – Mina Wilsona była jakaś dziwna, budziła irytację.
Cromwell miał skłonności do optymizmu i wierzył w siebie, wierzył,
że jest twardszy od przodka, którego zaliczono do stu najwybitniejszych
Brytyjczyków w historii. Lecz równie silną cechą jego natury była
surowość i mściwość, tak go ukształtowano do walki z rozwydrzonym
szczeniactwem. Idąc korytarzem do nieznanych sobie uczniów, karał ich z
pasją w wyobraźni za krnąbrność: szarpał za krawaty, za włosy, za nosy,
policzkował zawzięcie i nie żałował obelg w rodzaju ,,Wyrośniesz na
Irlandczyka’’.
,,Ja wam pokażę, rozrabiacze’’ – myślał, kręcąc głową, co dodawało
mu energii. – ,,I wam, nieporadni koledzy, także. Macie Cromwella w
murach szkoły’’.
Nerwowy chichot dyrektora ścigał go przez cały korytarz.
Cromwell, nie rzuciwszy nawet okiem na uczniów, przekroczył próg
klasy i zamknął za sobą drzwi. Krokiem umyślnie sztywnym, koszarowo
surowym, podszedł do biurka z ciemnego drewna i opadł na fotel. Wyrazu
twarzy też nie zostawił przypadkowi, mówił o stanowczości i
niezachwianej pewności siebie. Z dodatkiem nonszalancji szermierza,
który natrętnie podlatującego insekta tnie wpół, ledwie rzuciwszy okiem
dla pomiaru dystansu.
Dla poetyckiej zadumy na obliczu nauczyciela zabrakło już miejsca.
Ten wyraz twarzy był solidnie przetrenowany w Plymouth, najpierw
pod okiem rodzinnych weteranów, potem pod okiem lokalnych edukatorów,
zaprawionych w walkach z rozwydrzonym szczeniactwem.
Cromwell wiedział, że potrafi zrobić minę, która plącze nogi. Przez
chwilę udawał, że jest zajęty rozkładaniem przyborów, lecz w końcu nie
wytrzymał.
- To wy jesteście tą niesforną klasą? – rzucił beznamiętnie, od niechcenia, podnosząc nieco wzgardliwy wzrok na uczniów.
Pogarda natychmiast zjechała z jego oczu, jakby podstępem ulokowano
ją na warstwie lodu. Co więcej, przedsionki serca historyka zafurkotały
w jakiś dziwny, ptasi sposób, a ziemia usunęła mu się spod nóg. Co
musiało być zgrozą samą w sobie dla człowieka, który przecież siedział, a
nie stał.
Większą zgrozą była klasa.
Dwadzieścia par oczu patrzyło na niego… No nie, to nie było uczciwe
oddanie sprawy; niektórym z uczniów brakowało wszak po gałce, jeden
nawet obu nie posiadał. Jeśli jednak ująć rzecz w o c z o d o ł a c h,
to, przy lekkim naciągnięciu, można rzec, że dwadzieścia par oczodołów
spozierało na niego z zimną niewzruszonością, pogardą lub wrogością
bliską nienawiści. Spojrzenia – prawdziwe lub imitowane (uczeń bezoki)
przebijały wstrząśniętego nauczyciela niczym igły, i to z lodu, bo szedł
z nich ziąb wyraźny i unicestwiający wszelkie ciepło nadziei i wiary w
porządek rzeczy.
Nie wszyscy podopieczni Cromwella mieli oczy, ale z włosami było
jeszcze skąpiej. Wyglądało na to, że włosy niektórym raczej wyrwano lub
wypalono, niż wygolono. Twarze i czaszki roiły się od ohydnych szram
średniowiecznej urody à la bitwa pod Hastings, od różowych szram à la
bitwa pod Stirling; rany musiały pamiętać nie tyle wywrotki przy
krykiecie i polo, co ciosy zadane młotkami, siekierami, nożami, pałkami i
może kamieniami niezbyt wygładzonymi przez naturę.
Ubrania powinny być galowe i może były, lecz w jakiś nowy, lokalny
sposób, o którym Cromwella nie uprzedzono: spodnie, koszule i swetry
wisiały w strzępach podciągniętych łańcuchami dla podtrzymania fasonu.
Spod strzępów galowych spływały na wpół skrzepłe strugi krwi i
wystawiały się na światło zdeformowane tudzież poobrzynane fragmenty
ciała.
Dla młodego historyka, choć zaprawionego w Plymouth i znanego z
zapału, widok ten był niczym uderzenie klombem betonowym w twarz, bo
ledwie po kilku sekundach porażenia począł uciekać wzrokiem w panicznym
slalomie przez ławki.
Szkoda, że nie ominął tej, która stała naprzeciw jego biurka, jak
szpica rzucająca wyzwanie. Musiało być wyzwanie w tej szpicy, bo na
ławce stał słój wielki, okazały, w nim zaś, pośród niedojedzonych
grzybów, upchnięta z wysiłkiem głowa patrzyła na Cromwella oczami
powiększonymi trwogą do dorodnych jabłek. Karteczka podstawiona przy
słoju rozwiewała wątpliwości:
Były wychowawca Glover
Zatem wychowawca miał słuszny powód, by nie zgłaszać się po P45 i referencje.
Nie żył.
- Proszę wstać – wybełkotał Cromwell raczej bezwiednie. Miał
natomiast świadomość, że dzwonił zębami jak ten obłąkany kolędnik, który
prześladował jego rodzinę w ostatnie święta. – Klasa podciągnie
mundurki…
- Salwa powitalna! – krzyknęła jednooka i jednoramienna dziewczyna.
Brak oka i ramienia mógł świadczyć o tendencji do kłótni, ale może do zawierania traktatów także.
Cokolwiek wypełniało oczodoły historyka, bardziej zasługiwało na
miano małych trzepoczących rybek, niż oczu. Rybki te zdołały jeszcze
zarejestrować powitalny gest klasy, która przegrywała z hormonami:
deszcz wyszczerbionych tasaków, stalowych i betonowych kul wielkości
pięści, mosiężnych czaszek z klasopracowni biologicznej, noży, sierpów i
piłek zębatych.
Dyrektor Wilson w zamyśleniu patrzył na zakryte czarną folią nosze,
znikające wraz z ratownikami w wyjściu z budynku. W dłoni ściskał
strzałki, którymi przed chwilą masakrował Jasia Fasolę za
kompromitowanie Królestwa.
A może za samo Królestwo jako takie, upadłe, słabe, potrzebujące
dyscypliny szkolnej, wiązania uczniów w celu chłosty, przypalania i
innych form nagany, potrzebujące Olivera Cromwella, tego prawdziwego, z
jajami, co tłukł króla i sąsiadów jego buntowników. Prawdziwego, nie
jego ułomnego potomka z Plymouth.
A gdyby porzucać dziś strzałkami w żonę? Czy nie skutkuje akupunktura wigorem, jeśli…
Drgnął, gdy czteropalczasta dłoń opadła mu na ramię.
- Ach, tygodniówka! – zmitygował się. Drżącymi palcami sięgnął po
portfel i wydobył gruby zwitek banknotów. – Proszę, panie Malcox.
Następnym razem będzie więcej – dodał ze skruchą.
Przewodniczący ,,trudnej klasy’’ pominął tę obietnicę wzgardliwym
milczeniem. Nie miał najmniejszych obaw co do słowności dyrektora
Wilsona, który miał okazję rzucić okiem na zdjęcia swoich córek,
zrobione w toalecie, przebieralni basenu i w nocnym klubie.
Malcox niedbałym ruchem wepchnął tygodniówkę do kieszeni, z której
wystawała metalowa pałka. Stał na tle londyńskiego City, a powinien na
tle lian paragwajskich czy kolumbijskich – Wilson bardzo, ale to bardzo
chciał wyrazić to odczucie głośno.
Lecz był zbyt zmęczony od czasu, gdy syn dyrektora podobnej
placówki został przy pomocy pałek przerobiony na coś, co nocna służba
sprzątania miasta wzięła za charta rozszarpanego podczas wyścigów.
Przewodniczący Malcox, uczeń szkoły elitarnej, przyszły lider
naukowo-inżynieryjny Królestwa, przez chwilę kłuł jeszcze dyrektora
swoim wzrokiem, co kazało Wilsonowi czuć się ofiarą darta.
Takim ograniczonym do uszu i krawata Jasiem Fasolą.
Potem Malcox odwrócił się i bez pośpiechu ruszył korytarzem.
Dyrektora doszedł jego niby znudzony, mrukliwy, lecz wyraźnie złowróżbny
głos:
- Życzylibyśmy sobie, aby następny wychowawca był trochę bardziej
zaangażowany, dyrektorze. Ten bardzo nas rozczarował. Wystarczyła jedna
salwa, aby opuścił stanowisko.
*
Horronazjum czwarte: Uczniowie Faberge
Thompson był anglistą, młodym, dziarskim i pewnym siebie.
- Pamiętaj, abyś bufonem nigdy nie był! – przestrzegała go przez swe ostatnie sędziwe lata babka Virginia.
Przez swe ostatnie lata babka toczyła partyzancką wojnę z
suchotami, pylicą i gruźlicą. I może Thompson zignorował jej porady z
tej przyczyny, że widział jak przegrywa tę swoją bolesną wojnę i
ostatecznie upada. Chyba się jednak trochę czepiał ten młody Anglik, bo
Rzeczpospolitą też rozebrało trzech przeciwników (jednemu nigdy byśmy
się nie dali).
Teraz zaś, gdy po babce Virginii pozostało już tylko mgliste,
cokolwiek medyczne wspomnienie, Thompson, młody, dziarski i pewny
siebie, stał przed Cartwrightem, dyrektorem szkoły dla dzieci od lat 9
do 11.
- Chce pan zatem u nas pracować, młody człowieku? – Cartwright uśmiechnął się życzliwie, nalewając kawę do dwóch filiżanek.
Uśmiech w przypadku dyrektora nie był czymś nieodzownym –
pucułowata twarz kojarząca się z przywiązanymi do siebie baryłkami piwa
miała wyjątkowo dobroduszny wyraz i budziła tak ufność, jak otuchę.
- Myślę, że mam duże możliwości – odwzajemnił uśmiech Thompson. –
Cromwell powiedział: ,,Ufajcie Bogu, ale baczcie, by nie zamoczyć
prochu’’.
- I co by to miało oznaczać w przeniesieniu do szkolnej przestrzeni? – uniósł brwi wciąż uśmiechnięty dyrektor.
- To znaczy, że ufam w dobre chęci uczniów i w dobre metody szkoły,
ale będę ich kształtował własnym żelazem, jak trzeba, wypalając piętna
na czołach i narządach rodnych.
- Pan oczywiście żartuje?
- Oczywiście! – zachichotał niestosownie anglista. – Jestem bardzo łagodnym człowiekiem.
Cartwright nie zmienił wyrazu twarzy – nie bardzo zresztą mógł z tą
swoją baryłkowatością – przez chwilę z zainteresowaniem obserwując
młodego nauczyciela.
- To dobrze – wymruczał w końcu. – To bardzo dobrze. Muszę bowiem pana przestrzec.
- Tak?
Cartwright zgubił uśmiech i teraz zdawał się świdrować go wzrokiem,
co wobec twarzowych baryłek czyniło dość dziwne, groteskowe wrażenie.
- Klasa, którą panu powierzam, jest, hm… bardzo wrażliwa. Bardzo, zaznaczam.
- Wiem, że młodzi uczniowie są wrażliwi, nawet, jeśli udają, że nie są.
- Pan nie rozumie. Nasza klasa to tajny eksperyment rządowy.
Ponieważ w przeciętnej klasie brytyjskiej najsłabsze jednostki są nękane
i rozwojowo kaleczone przez silne, dominujące jednostki, ministerstwo
edukacji rozpoczęło eksperyment BLOB*. W mojej szkole.
- Czyli? – zaintrygował się zupełnie niezmieszany Thompson.
- W klasie VV-33 zgromadzono najsłabszych psychicznie uczniów z całej Anglii.
- Ale zdrowych psychicznie? – upewnił się trochę niestosownie anglista.
- Oczywiście, że tak, przeszli testy. Nie należy przystawiać do
nich terminu ,,psychologia’’ i innych takich, bo łamie to prawa ucznia.
35% wpływów szkoły to datki rodziców, to tak ku informacji.
- Rozumiem – chrząknął Thompson.
Oczywiście nadal niezmieszany, nie był kimś, kogo trapiły choroby babki Virginii, miał rezon i witalność.
- To po prostu dzieci ba r d z o w r a ż l i w e. Trzeba z nimi
jak z jajkiem Faberge. Mówię ,,Faberge’’, bo są nie tylko jajecznie
delikatni, ale też każdy z nich jest bezcennym brytyjskim dzieckiem, na
którego stratę czy uszkodzenie nie możemy sobie pozwolić. Faberge – to
są dzieci z szacownych rodzin, a nie mioty piekarzy i kolejarzy.
- Rozumiem. Dzieci Faberge – zażartował swobodnie Thompson.
- Takie czasy. Żywność i zanieczyszczenia degradują układ nerwowy
młodych organizmów, a wizja wojny, wyzysku korporacyjnego, bezrobocia,
raka, zdrady partnera (na dziś przelicznik obiecuje w tej kwestii
prawdopodobieństwo 87%) dokłada kopów… Takie czasy. Zamiast junaków
wspinających się na bocianie gniazda, mamy jajka Faberge. A musimy z
nich zrobić twardą elitę Imperium. Proszę liczyć się z każdym słowem,
gestem, a nawet z miną.
- Czy wolno mi zmarszczyć brwi?
Obaj roześmiali się głośno. Thompson był młody, dziarski i pewny
siebie, a Cartwright zbyt baryłkowaty, by czuć, a tym bardziej powodować
napięcie. Co więcej anglista, któremu pucułowaty zwierzchnik od
początku wydawał się kpiarzem, pojął nagle, że padł ofiarą żartu. Takie
chrzciny na wesoły początek drogi. Uczniowie Faberge… Phi, to dobre!
- Znajdę z klasą wspólny język, dyrektorze.
- Wybornie. – Przez moment Cartwright sączył kawę z błogością (lub
takie wrażenie czyniła baryłkowatość). – No dobrze. Dam panu szansę,
ponieważ imponuje mi pański zapał i niezmącony humor. Może pan udać się
do pracowni numer 84, gdzie oczekuje pańska klasa. I proszę pamiętać o
ostrożności. Delikatność – to nasze zawołanie. Kiedyś mieliśmy Spalić Fawkesa**.
- Też dobre – pochwalił Thompson. – Tylko dzięki rojalistom świat mówi po angielsku.
- Przypominam: jajka Faberge. Powodzenia. – Dyrektor wstał nie bez
mozołu, bo baryłkowatej twarzy rzadko towarzyszy atroficzne ciało jeńca
wojennego.
- Naturalnie – mrugnął okiem nauczyciel, który, przypomnijmy, wciąż jeszcze był młody, dziarski i pewny siebie.
*Blob (ang.) – kropla [gęstej substancji]
**Guy Fawkes - angielski katolik, jeden z uczestników ,,spisku prochowego’’ [przeciw królowi Jakubowi] w roku 1605.
A myśmy mieli wtedy wspaniały ,,Kircholm’’ dzięki hetmanowi Chodkiewiczowi!
Thompson wmaszerował do sali 84 prężnym krokiem rzymskiego
legionisty. Jego twarz obiecywała przyjaźń i pobłażanie, bowiem – choć
trochę bufon – był to człowiek całkiem sympatyczny.
Tym bardziej więc zaskoczyły go twarze uczniów klasy VV-33. Blade,
alabastrowe wręcz, o smutnych, a przynajmniej melancholijnych oczach
zdających się pobłyskiwać ku angliście z dna sadzawki. Jakby ich
właścicieli utopiono, a oni wciąż żyli z przygnębiającym uporem.
W oczach tych stropiony co nieco Thompson nie potrafił znaleźć
nawet odrobiny pewności, samozadowolenia czy choćby zaciekawienia nowym
nauczycielem, co, wydawałoby się, musiało nieść minimalny choćby symptom
ożywienia. Nic z tych rzeczy. Nie wspominając już o szelmostwie,
tupecie czy choćby zwykłej uczniowskiej przekorze.
Co więcej, każde jedno z dzieci sprawiało wrażenie, jakby dopiero co przestało płakać.
My, z naszymi słowiańskimi czytnikami duszy, wiedzielibyśmy, że
byli to uczniowie mądrzy, dojrzali, wartościowi, odróżniający pojęcia
,,nostalgia’’ i ,,Nosferatu’’, gotowi do dysputy o świecie i jego
fatalnie obsługiwanych zwrotnicach. Przy tym – oczywiście – bardzo
wrażliwi.
Thompson był jednak Anglikiem i nieśmiałość malującą się na
twarzach dzieci wziął za przejaw nierozgarnięcia. Trzeba to natomiast
uczciwie podkreślić: nie był złym człowiekiem i miał dobre intencje,
kiedy wypowiedział swoje pierwsze słowa do klasy VV-33:
- Może uda nam się znaleźć nić porozumienia, pasji, choć pewnie nie od razu. Jednak…
- Co?! – krzyknął prymus klasowy Perkins. – Pan w nas nie wierzy?!
- Ależ… - Oszołomiony taką reakcją anglista szybko się uśmiechnął,
lecz było już za późno, by naprawić koszmarny błąd ,,nieliczenia się z
każdym słowem’’.
Zanim Thompson zrozumiał, że spartolił sprawę, na jego oczach zaczęły rozgrywać się straszne sceny.
[osoby wrażliwe na krzywdę dzieci prosi się przejść do kolejnego podrozdziału i to nie jest żart]
- Mówiłam, że tak będzie! – rozpłakała się uczennica ze złotymi lokami. – Jesteśmy do niczego!
- Od razu się na nas poznał! – Inna dziewczynka osunęła się pod ławkę.
- Powiedział ,,MOŻE’’ i ,,PEWNIE NIE’’!
- Nienawidzi nas!
- Brzydzi się!
- Nie mamy po co żyć! – wrzasnął prymus Perkins z tak przejmującą rozpaczą, że nauczyciel zwyczajnie zdębiał.
Z tej przyczyny – silnego, inwazyjnie posuniętego zdębienia - nie
zrobił nic, by powstrzymać dzieci, które zaczęły s i ę z a b i j a ć.
Ich wymyślność w tej czynności, i determinacja, jedynie pogłębiły
paraliż Thompsona. Uczniowie wpychali sobie brutalnie palce lub ekierki
do oczu i krtani, gdy zaś to zawiodło, skakali przez okna.
Błysnęły noże i cyrkle. I tymi pierwszymi, i d r u g i m i,
załamani odrzuceniem uczniowie usiłowali odciąć sobie kończyny. Nie szło
z tym najlepiej, mimo asysty kolegów i koleżanek. Zachowaniu techniki
nie szła w sukurs widoczna niecierpliwość, gdyż każdy czym prędzej
chciał zabić sam siebie i ofiarność asystentów była bardzo nietrwała.
Przełom ogłosiły trzaski toporka, który wydobył – a jakże – prymus klasy Perkins.
Mimo to wciąż był z tym wszystkim mozół – jeden toporek nie mógł
zadowolić wszystkich, nie przy chaosie i pośpiechu. Prymus został
ogłuszony krzesłem i obrabowany. Toporek jeszcze przez chwilę
przechodził z rąk do rąk- przy okazji przybywało ciężko rannych, więc
pożytek był i taki.
Narastał i hałas, co też nie pomogło ogarnąć się nauczycielowi. Na
wskroś przeszyło go wycie dziewczynki, która wyskoczyła z okna tak
niefortunnie, że spadła na trawnik i umarła dopiero po dziesięciu
minutach.
Całej rzezi, którą ktoś ze szczególnie chłodnym umysłem mógłby
określić masowym wymówieniem, towarzyszył rozpaczliwy płacz. Płakali
nieomal wszyscy, chyba że wepchnięta w gardło ekierka już na to nie
pozwalała.
Płakał i Perkins, gdy oprzytomniał bez toporka w dłoni. Mimo to
dzielnie wyciągnął sobie oko, potem zmiażdżył krtań, by znów na chwilę
zemdleć dla odpoczynku. Kiedy drugi raz powstał, poprosił o pomoc
sąsiada z ławki, by pomógł mu umrzeć. Sąsiad zgodził się niechętnie, bo
dopiero co pozbawił się nogi i czuł, że jest trochę maruder i oferma.
Przywalił jednak Perkinsowi tasakiem tak zręcznie, że prymusowi otworzył
się brzuch całkiem na oścież.
Perkins podziękował, lecz upadł tak pechowo, że na brzuch właśnie.
Skutkiem tego wnętrzności z pewnym trudem torowały sobie drogę na
zewnątrz, co przedłużyło agonię, nieprzystającą prymusowi.
Płacz i krzyki z wolna zamierały. Ginęli kolejni uczniowie. Za karę
nie pojadą na piknik – postanowił Thompson, lecz nie możemy go za to
winić. Nigdy dotąd nie uciekło mu naraz tylu uczniów z lekcji.
Otępienie wspomogło obcięte ramię, które odbiło się z plaśnięciem od jego czoła.
- Ja bardzo proszę o ciszę – wybełkotał.
Na środku klasy wylało krwawe jezioro, w którym oderżnięte kończyny
unosiły się niczym filety w polewie, przy czym zdarzało się, że jakaś
dłoń wynurzała się jakby w geście pożegnania.
Zaraz też było po jatce. Słychać było jeszcze pomruk niezadowolenia
Perkinsa i wołanie dziewczynki z trawnika o rzucenie liny ze związanych
prześcieradeł.
I skrzekot ostatniego ucznia w dobrej formie, który z braku
asystentów i lepszych pomysłów, beznadziejnie usiłował udusić się
własnymi dłońmi.
- Wagarowicze – wydusił Thompson.
I wyszedł z klasy.
Dyrektor Cartwright wcale nie był zdziwiony tym, że anglista wrócił
do niego jeszcze przed dzwonkiem. Wcale, a wcale. Przyglądał mu się
tylko z zainteresowaniem, a miał prawo, bo sinofioletowa, dziwnie
wessana twarz Thompsona mogła się kojarzyć jedynie z wyrzuconym na brzeg
morski ciałem skandynawskiego trolla.
- Palnął pan jakieś głupstwo? – zapytał życzliwie.
- Oni… Oni… – bełkotał nauczyciel. – Oni… oni… oni…
- Przecież doprawdy ostrzegałem pana, kolego. I cóż pan narobił? Widziałem na monitorze, co. Stłukł pan wszystkie jajka Faberge!
- Ale… - Thompson patrzył na niego ze zgrozą. – Oni wszyscy nie
żyją! Są martwi! Ratujmy dziewczynkę, która spadła!... Co my powiemy
rodzinom…
Wyraźnie odprężony dyrektor potarł palcem nos, po czym napił się kawy.
- Fuj, wystygła. Fuj, fuj.
W tym momencie stała się rzecz straszna. Straszna dla Thompsona,
który nie poradził sobie z widokiem policzków-baryłek i krytyki ,,fuj,
fuj’’ w obliczu takiej masakry.
Otóż nieborak wybuchnął donośnym śmiechem, z którym uporał się
dopiero po kwadransie. W tym czasie nieprzejęty zwierzchnik dopił kawę,
zjadł rogalik i zadzwonił do żony, że ma złą nowinę, bo szpak uświnił
szyberdach.
W końcu zupełnie wyczerpany anglista zwiotczał i osunął się na
fotel. Widząc to, Cartwright uśmiechnął się z sympatią i powiedział:
- Oj, drogi Mr Thompson, kolego mój wrażliwy. Czy rzeczywiście wyobraża pan sobie, że ryzykowałbym wynik eksperymentu BLOB, z marszu powierzając klasę uczniów Faberge nieopierzonemu, zbyt pewnemu siebie młodzieńcowi?
Thompson patrzył na niego bezrozumnie.
- To nie byli prawdziwi uczniowie – ciągnął spokojnie dyrektor –
lecz ich klony, stworzone w naszym laboratorium. Mamy tuzin kompletów
klasy VV-33, tak nawiasem mówiąc. Dobrze mi za tym biurkiem, a ja się
pokpiwa kontrakt z rządem, to najpierw traci się biurko, a potem życie w
dziwnym wypadku samochodowym.
- Hn… - powiedział cicho anglista.
- W rzeczy samej – zgodził się życzliwy z natury Cartwright. –
Cokolwiek ma pan na myśli. Ano tak. Eksperyment trwa. Dzieci Anglii są
ułomne przez swą nadwrażliwość. Takie czasy. Z nieba spadają meteory na
wyścigi z samolotami, zwierzęta popełniają samobójs… Pan słyszał o tym
lisie, co się zabił we Francji? Nie? Powiesił się, kiedy wycięto pół
lasu, w którym mieszkał. Wracając do tematu. Prawda jest taka, że mamy
tu sześć klas specjalnej troski. Pal licho, gdy pod pociąg rzucają się
dzieci piekarzy i węglarzy, zwykłe kurze jajka klasy C. Ale my tu mamy
dzieci elit. Elitarnie opłacone. Rządowo gwarantowane. Nie możemy
zawieść. Rozumie pan.
Thompson raczej nie rozumiał, ale jego zwierzchnik jakby to przegapiał.
- Nie wolno nam powierzyć klasy elitarnie nadwrażliwej
nauczycielowi, który nie przeszedł chrztu. Który nie pojął całą głębią
swego umysłu, co to znaczy WAŻYĆ KAŻDE SŁOWO.
- Hn – wymruczał Thompson.
- No właśnie. A pan, kolego, pan jest już ochrzczony.
Termoutwardzony. I ja jestem panu gotów powierzyć prawdziwą klasę VV-33,
tylko o d r o b i n ę wrażliwszą od klonów, które pan spłoszył.
Odrobinkę. Jak powiedziałem wcześniej, imponuje mi pański zapał i
niezmącony humor. Nie ma to jak wiara we własne siły. Dlatego proszę nie
zrażać się pierwszym potknięciem, jako i ja się nie zrażam, chłopcze.
Pamięta pan nasze zawołanie?
- Powiesić króla – wymamrotał Thompson zupełnie bezgłośnie i raczej we wnętrzu swego umysłu.
- Delikatność. Nie chciałbym czynić zbędnych ceregieli. Klasa VV-33 oczekuje pana w sali numer 71. Czy mógłby pan…?
Thompson nie mógł jednak. Wybiegł ze szkoły z rozwianym włosem i w ogóle bez fasonu.
Chyba nie był już taki młody, dziarski i pewny siebie, jak to się zdawało pół godziny wcześniej.
Może gdyby słuchał rad babki Virginii?...
Dyrektor Cartwright patrzył przez okno gabinetu za uciekającą sylwetką anglisty i zdegustowany kręcił głową.
- Co za czasy – wymruczał. – Nie dość, że uczniowie, to jeszcze nauczyciele... Cholerni nauczyciele Faberge.
***
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz