W czasach, gdy klaps wymierzony dziecku jest określony zbrodnią hańby bliskiej czemuś w rodzaju tłuczenia szpadlem w ciemię bezbronnej ofiary, priorytet pedagogiczny jest oczywisty.
Przy czym klaps jest potępiany nawet, gdy to dziecko bije tym szpadlem, jak się wydaje.
Dziecko musi wejść w dorosłość nieskalane troską kar, wymogów, obwinienia i niedoboru witaminy C.
I D.
Dziecko to przyszły operator szpadla (już w sensie zawodowym, spokojnie, Drogi Czytelniku), nauczyciel, senator, astronauta... A także rodzic.
Więc w pierwszych latach życie trzeba mu upysznić, z góry wynagrodzić późniejsze poświęcenie.
Uszczęśliwianie dzieci to nasz obowiązek! Każdy dzień czyńmy dziecku hostią endorficzną!
Wtedy będzie dobrze. Jak w poniższej historii, pełnej krzepiących akcentów pedagogicznej Arkadii.
Miłej lektury, sprawionej w szybkim, zdyscyplinowanym marszu goblinów na urodziny Ewy Łokuciejewskiej.
Przy czym klaps jest potępiany nawet, gdy to dziecko bije tym szpadlem, jak się wydaje.
Dziecko musi wejść w dorosłość nieskalane troską kar, wymogów, obwinienia i niedoboru witaminy C.
I D.
Dziecko to przyszły operator szpadla (już w sensie zawodowym, spokojnie, Drogi Czytelniku), nauczyciel, senator, astronauta... A także rodzic.
Więc w pierwszych latach życie trzeba mu upysznić, z góry wynagrodzić późniejsze poświęcenie.
Uszczęśliwianie dzieci to nasz obowiązek! Każdy dzień czyńmy dziecku hostią endorficzną!
Wtedy będzie dobrze. Jak w poniższej historii, pełnej krzepiących akcentów pedagogicznej Arkadii.
Miłej lektury, sprawionej w szybkim, zdyscyplinowanym marszu goblinów na urodziny Ewy Łokuciejewskiej.
E.D. the Extra-Disaster
Był późny wieczór. Cliff Spencer stał w drzwiach do kuchni i z
satysfakcją przyglądał się rodzinie. Kuchnia miała wielkość kaplicy – i
zresztą jakieś do niej architektoniczne podobieństwo – więc każdego miał
jak na widelcu.
Nikt się po prawdzie przed wzrokiem głowy rodziny specjalnie nie
chował. Piękna, puszysta i jasnowłosa żona Spencera, Lynette, stała przy
jednym z kilku dostępnych stołów, kroiła pizzę i rozlewała sok z
aromatem alkoholowym. Z aromatem – zaznaczał producent, nie z alkoholem,
choć i taka konkretna zawartość w sokach dla dzieci była już w fazie
niesnasek kongresowych.
Te z aromatem już weszły, co Federalne Towarzystwo Psychologiczne
uznało za obiecujący, ,,pierwszy z kroków’’ adaptujących dzieci do
rzeczywistości.
Przy największym stole troje dzieci Spencerów – czteroletni Edwin,
sześcioletnia Sammy i dziewięcioletnio cwany Bryan - grało w
elektroniczną grę planszową Gobliny w szpitalu św. Alberta, pośród krzyku i śmiechu.
Wokół grających w nerwowych skokach krążył mały szympans, Cockoo,
którego Cliff wręczył Sammy za posprzątanie pokoju. Cockoo okazał się
całkiem wyważonym domownikiem, zazwyczaj siedział na pralce albo w
garażu, w szafce z piłami i robił miny. Ożywiały go wyraźnie tylko dwie
rzeczy: gra w Gobliny – ze strachu. Różowy kolor – ku radości, i
to nieopanowanej. W zasadzie z domu musiano wyrzucić wszystko, co
różowe, bo na widok tej barwy Cockoo wrzeszczał w szczęśliwym amoku,
zrywał lampy i skakał wszystkim w zasięgu na twarze. Zazwyczaj tyłkiem.
A dziecięcego krzyku było tego wieczoru trochę więcej niż śmiechu, przy czym krzyk miał całkiem płaczliwy charakter. Gobliny w szpitalu św. Alberta były najnowszą odsłoną serii Gobliny i COŚ,
robiącej piorunującą furorę w całych Stanach od 2016 roku. Hologramowe
figurki potworów i ich ofiar robiły wrażenie – szczególnie, że gobliny
szczekały, śmiały się antyegzorcystycznie – jak to opisali
producenci gry – błyskały czerwienią z oczu i wyraźnie mierzyły się
spojrzeniami z graczami, których figurki (traperzy, żołnierze, biolodzy,
archeolodzy, geodeci) wpadły w sidła.
O popularności gry zdecydował jednak współczynnik kary. W poprzedniej części, w Goblinach i Stopionych Szklarniach,
gracz, którego figura poniosła śmierć, w ramach kary kładł dłoń na
teflonowym krążku w środku planszy, a elektroniczny król goblinów
losował stopień kary – od lekkiego oparzenia do bolesnego spalenia
wnętrza dłoni i palców, co owocowało omdleniami i trwałymi bliznami.
Szukające wrażeń dzieci amerykańskie – i wielu ich rodziców – taki
hazard pochłonął bez reszty. Nikt już nie wychodził do lodziarzy, choć
walili w klaksony z niejaką rozpaczą, bo w każdym domu dzieci grały w Gobliny.
Oczywiście – w każdym b o g a t y m domu. Gobliny w Stopionych Szklarniach kosztowały 10 000 dolarów, a egzemplarz części najnowszej 16 499.
Ale też najnowsza część poszła odpowiednio dalej, obiecując graczom więcej ekscytacji.
Figurka zamordowana przez potwory skazywała operujące nią dziecko
na porażenie prądem. W zależności od chęci i junactwa gracza, można było
w wypełnionym wodą metalowym spodku umieścić dłoń albo czoło. Do
rodzica należała decyzja – podejmowana przy zakupie – czy decyduje się
dopłacić 800 dolarów za dodatek Zejście do krypty króla Goblinów. Co oznaczało porażenie tak silnym napięciem, że producent z entuzjazmem obwieszczał efekt: Zatrzymanie Akcji Serca.
W zestaw dodatkowy wchodził sprzęt do reanimacji.
Gobliny w szpitalu św. Alberta pobiły wszelkie rekordy
sprzedaży, przy czym 74% dzieci wymusiło na rodzicach pełną wersję gry.
Bardzo wielu rodziców chwytało za defibrylator . Dobre 86% uratowało
swoje dzieci, w każdym razie za pierwszym razem.
Ale właśnie to pociągało w Goblinach. Były emocjonujące.
Kongres oficjalnie poparł grę, kiedy okazało się, że gwałty,
rozboje i włóczęgostwo spadły do skali, ,,o jakiej Mark Twain nie
marzył’’ – jak to określił kongresman Hutch, dodając zaraz: -
,,Kimkolwiek był’’.
Co prawda spadek przestępczości dotyczył raczej młodzieży z
wyższych sfer, ale tej, która dotyczyła ,,truchła społecznego’’ i tak
nikt w kongresie nie brał za wyznacznik poziomu amerykańskiej kultury.
Gobliny przerażały rodzinnego szympansa, odkąd dał się
dzieciom wrobić w grę. Po porażeniu prądem zdemolował dom i wygryzł
fotele z siedmiu aut na ulicy.
Teraz, gdy obserwował grających domowników, był już względnie
spokojny – krążył w lekkim zdenerwowaniu wokół nich, ale nie objawiał
lęku i agresji. Jedynie przy okazji krzyku na skutek porażenia któregoś z
graczy kulił się, zakrywał twarz i biadolił, by za chwilę wznowić
manewry krążeniowe.
- Tatusiu! – poderwała główkę niebieskooka Sammy. – Kiedy nam dasz Zejście do krypty króla Goblinów?
- No właśnie – wymruczał z aprobatą najstarszy z rodzeństwa Bryan. –
Mama, daj pizzę! I sok z alkoholem, bo mi tu nie idzie. Już mi się
palce nie chcą wyprostować.
- Dostaniecie dodatek, jak gra wam się znudzi.
- Już się nudzi – podniósł oczy Bryan. – Ile razy można bać się
prądu? Już tydzień temu przywykłem. Chyba tato zmniejszył napięcie, bo
nikogo porządnie nie kopie. Do dupy z tym.
- Macie grę dopiero trzy tygodnie. – Matka podeszła do stołu i rozstawiła wokół planszy talerze z pizzą.
- No właśnie – jęknęła Sammy. – A Gobliny amputują jeńców ma premierę dopiero za pół roku.
- Lipa – ocenił krytycznie Bryan. – Jest! – poderwał się,
wymierzając palcem do Edwina . – Zginąłeś, potrzask obciął ci nogi!
Kładź łapę na krążku – rozkazał.
- Już mnie boli – marudził czterolatek. – Chcę pizzę.
- Przerwa, dzieciaki, dobrze? – zaproponowała matka trochę niepewnie.
Ani ona, ani Cliff Spencer nie lubili awantur z dziećmi. Federalne
Towarzystwo Psychologiczne ostrzegało, że rodzice deformujący psychikę
nowej generacji Amerykanów będą obserwowani, rozliczani, a ,,obozy
reedukacji są na ukończeniu’’.
Jednak Spencerów nikt nie musiał straszyć. W całej dzielnicy
panowała długa rywalizacja między sąsiadami – o to, kto bardziej
uszczęśliwi swoje dzieci.
Kto zapewni im bardziej emocjonujące dzieciństwo.
To była kwestia prestiżu, zaraz po wysokości zarobków i wartości samochodów.
A może już przed.
Rywalizację śledzili – zatem stymulowali – dziennikarze, ponieważ
dotyczyła największych krezusów w mieście i można było liczyć tak na
zaskakujące gesty szczodrych, ambitnych rodziców, jak na czytelników.
Głównie tych z ,,truchła’’.
- Ja chcę obejrzeć E.T! – zawołała Sammy.
- Ja też! – zawtórował Edwin z pełnymi ustami. – Mamaoujedyiiidiinsojezii?
- Połknij może najpierw, dobrze? – Lynette zerknęła wymownie na swego męża. – I dopiero teraz powtórz.
- Mama, kiedy Idi nas odwiedzi?
- Nie E. D., tylko E. T., ciulku – zarechotał Bryan. – Iiitiii. Iiitiii. ITI.
- Idiii – powtórzył nieprzejęty Edwin, nie wiadomo, myląc się, czy
stawiając opór typowy dla poddawanego presji najmłodszego dziecka.
- Ciulek.
- Chłopcy! – ucięła matka. – Nie obrażajcie się nawzajem, bo grę zabiorę.
- Nie możesz – zaznaczyła Sammy, masująca paluszkami prawej dłoni
wnętrze lewej, w przerwie na pizzowe kęsy. – Bo powiem inspektorowi ze
szkoły, on aresztował tatę Mike’a, bo mu schował skuter.
Lynette rozniosła szklanki z sokami podeszła do męża, z zadumą
obserwującego dzieci i szympansa, który w wyraźnym niepokoju biegał
wokół stołu. Zawsze tak było, kiedy gra się przeciągała, a w krzykach
zawierało więcej bólu. Za oknami było już czarno, na wietrze kiwała się
lampka nad śmietnikami, ale kto by tam terroryzował dzieci, skoro im
samym nie chciało się spać. Niech organizm sam decyduje.
- Są takie szczęśliwe. – Lynette wtuliła się w masywne ciało Cliffa.
- To prawda. To świadczy o rodzicach – wymruczał z satysfakcją. – A znam takich, co żałują grosza nawet jedynakowi.
- Albo nie starcza im fantazji.
- Mamusiu, kiedy E. T. nas odwiedzi?! – zawołała Samy prosząco.
Rodzice spojrzeli po sobie.
- Z niektórymi marzeniami jest trudniej – westchnęła Lynette.
Było trudniej, odkąd premierę miał trójwymiarowy E.T. the Extra-Terrestial.
Dzieci były zauroczone, jak wszystkie przed nimi, które przed laty
obejrzały w kinie wcześniejsze wersje. Włączając Cliffa i Lynette.
Edwin marzył o zaproszeniu na statek E. T. i odwiedzeniu jego planety, żeby zobaczyć, ,,jakie tam rosną doniczki’’.
Sammy marzyła o przytuleniu E.T.
A Bryan o kostiumie, bo on już ustalił, że film ,,robi nas w kitę, ale i tak jest cool’’.
I w sumie wszystkie te oczekiwania miały podobny stopień trudności,
bo nawet ten kostium da Bryana musiał mieć wysokiej specjalności
charakter. Jak to w czasach planszowych goblinów, które przypiekały,
wywoływały zawał mięśnia sercowego, a wkrótce miały odcinać palce (w
komplet do Goblinów amputujących jeńców miał wejść zestaw Pierwszej Chirurgii).
Wyzwanie zdawało się być w zasadzie poza zasięgiem, dopóki Cliff
nie dostał kilka godzin wcześniej esemesa od Lance’a Russela. Na
wiadomości i telefony od Russela miał specjalny dźwięk – tony
Vivaldiego. Bo też Russel, najbogatszy na ulicy, zajmujący rezydencję
trzy domy dalej - replikę Wilczego Szańca Hitlera - rywalizował z nim w
kwestii uszczęśliwiania dzieci. Co nie stało na przeszkodzie ich
wieloletniej przyjaźni.
Podobnie jak cierpkie odczucie Cliffa Spencera, że zawsze był o krok za Russelem.
Wczorajszy esesemes od przyjaciela-rywala był elektryzujący.
Czytałeś o kostiumie E. T. - The
Extra-Living-Body? MAM TO. Mój chłopak jest the best, Cliff, psi synu,
kocham Cię, ale jesteś bity jak bitka wołowa. ;-PPPPPPPPPPPPP
Cliff pogładził żonę po włosach i odsunął od siebie.
- Oni chcą E.T. – powiedział.
- A co z tym helikopterem?
- Zostawimy to na inny dzień.
Helikopter był – dopiero miał być – czymś kuriozalnym. Nie tylko
darem uszczęśliwienia dla dzieci, ale także granatem wrzuconym w
dzielnicową rywalizację, a bezpośrednio odpowiedzią na prezent Lance’a
Russela dla jego synów. Russel akurat odpowiedział sąsiadowi nazwiskiem
Jackman. Sąsiad ten kupił siedmioletniej córce mały czołg z klocków
Duplox, z amunicją wodną. Czołg był niby z tworzywa, ale nie taki znów
mały – dziewczynka zmieściła się w nim razem ze swoim psem i dwoma
wężami koralowymi. Zresztą i samo tworzywo miało nie byle wartość:
producent gwarantował, że odbija kule kalibru 7 milimetrów.
Co Jackman sprawdził zaraz w wieczór urodzinowy, namawiając gości
do wzięcia czołgu w ogień krzyżowy z wszelkiej możliwej broni (jej
przyniesienie sugerowały zaproszenia). Dziewczynce w istocie nic się nie
stało; z pancerza odpadło tylko kilka żółtych i zielonych klocków, no i
jeden z węży się zdenerwował hałasem i zabił psa.
Ambicjonalnie podrażniony Lance Russel nie czekał długo z
responsem, zwłaszcza, że jego synowie popadli w depresję, widząc euforię
koleżanki i gest jej ojca. Kupił chłopakom quady z wmontowanymi
miotaczami płomieni. Jako dodatek producent ofiarował ,,w cenie’’
180 000 dolarów – dodatkowe wozy opancerzone z profesjonalną ochroną
weteranów koreańskich (oczywiście ich samych należało stale opłacać i
żywić) oraz wmontowany w komputer pokładowy quadów system adwokacki
,,Obrona Pierwszego Reagowania’’. Okazało się to nieodzowne, bo
uszczęśliwieni chłopcy palili ogniem auta, domy i przechodniów. System
adwokacki w pamięci zawierał najsłynniejsze procesy o podpalenie, a
głos, którym zwracał się do interweniującej policji, był tak
zmodulowany, że funkcjonariusze stawali sparaliżowani.
Nie było łatwo uporać się z tym wyzwaniem rodzinie Spencerów, a
dzieci nie odpuszczały. Sammy płakała, że ją to upokarza, Edwin zamykał
się z szympansem w schowku na piły, a Bryan twierdził, że ,,małe gnojki
od Russelów się z niego nabijają i on będzie ich musiał zabić’’.
Wtedy, po nieprzespanej nocy, Spencerowie wymyślili ten helikopter.
W ochroniarski deseń sąsiedzkiej rywalizacji. Już następnego dnia
znaleźli producenta. Helikopter o nazwie Little Louse* Part One
miał wielkość wiertarki, system niewidzialności i wyłączania dźwięków,
kamerę, termowizor, sztucer auto-snajper na kule hukowe i sześć
mini-granatów zamrażających.
Ponieważ akurat życzenia dzieci chwilowo ucichły (w tej kwestii),
Cliff rozsądnie schował helikopter ,,na czarną godzinę’’. Zrobił tylko
próbę, o której nie wiedziała Lynette. Przez godzinę podglądał żonę
Russela, Megan, kiedy Little Louse wśliznął się do ,,Wilczego
Szańca’’, kompromitując jego jakoby najlepsze systemy alarmowe. A
podglądanie mu się, uważał Cliff, należało. Rywal-przyjaciel Lance odbił
mu Megan przed dziesięciu laty (ten miłosny rabunek także, o dziwo, nie
zakończył ich przyjaźni). Okej, zwykły kopniak w ramach gry, życie to
mecz. Ale sentyment pozostał.
Chemia nie ulatnia się tak prędko jak opary poetyckich wyznań.
- Ale działa? – spytała Lynette.
- Co? – Cliff zatrzepotał powiekami nieprzytomnie.
- Helikopter.
- Tak, tak. Działa bez zarzutu. Czołg Jackmana i miotacz Lance’a mogą iść na żyletki.
- Oni się już nudzą Goblinami…
Cliff zmarszczył brwi, przyglądając się dzieciom. Wpychali pizzę,
popijali alkoholowymi oparami, a Cockoo, który dostrzegł różowe litery
na kubku w rękach Sammy, z osobliwą niezamożonością powtarzał radosne
szczupaki pod stół, waląc czołem w nogi dzieci lub krzeseł.
- Kurcze, przegapiłam kubek – zmartwiła się Lynette. – Sammy,
schowaj kubek do szafki, prędko! Nie będę drugi raz remontować domu!
- Kiedy przyjdzie E. D.!! – wrzasnął Edwin.
Cliff westchnął i wyciągnął komórkę.
- Teraz milcz – rzucił do żony. Wystukał numer i przyłożył telefon do ucha.
- Ahoj, Cliff! – usłyszał zrelaksowany głos Russela.
- Cześć, Lance. Gdzie żeś dorwał ten kostium?
- Na taśmie fabrycznej w sumie. Ostatni. Poszły jak woda. –
Satysfakcja w głosie konkurenta była nieco drażniąca, jednak w pełni
zrozumiała.
- Cholera… Kiedy dorobią?
- Na nasz rynek? Nieprędko. Przestawili kierunek na Niemcy i Chiny,
oni po prostu podbili stawkę. Zresztą chcą wyrwać licencję. Nie wiesz, o
jakie pieniądze chodzi, Cliff, wałkoniu kanadyjski.
- Nie ubliżaj mi od Kanadyjczyków, oni nie odróżniają garażu od katedry.
- Twoi też wariują na punkcie E.T., biedaku?
- Tak. Więc mam prośbę.
- Prośbę? – zaciekawił się Russel. - No to wal.
- Pożycz mi kostium.
- E. T.? Zgłupiałeś do reszty. Uszyj sobie z frędzli od dywanu.
- Lance, kurde, jak mi nie pomożesz, będę miał tu mały ,,Gettysburg’’, sam wiesz, jak jest, kiedy nie spełnisz marzenia dziecka.
- Wiem – przyznał swobodnie Russel. – Dlatego nie mogę ci pożyczyć
kostiumu. Wiesz, co mówi na ten temat Federalne Towarzystwo
Psychologiczne?
- Co? – spytał Spencer ponuro.
- Umysł pięciolatka nie dzieli odebrania mu zabawki na czasowe i
trwałe. Dajesz mu coś, z czym wytwarza natychmiastową więź, po czym
odbierasz. To robi traumę i łamie ducha. A ja chcę, żeby mój chłopak
rządził korporacją, a nie sprzedawał hot-dogi w drżących rękach
połamańca. I tak mam problem z młodszym. Dostał robota z lewitacją do
pół metra, a i tak czuje się wykiwany.
- Z lewitacją?
- I z rozbieraczem.
- Mebli?
- Ubrań. Jak nim lata, to widzi wszystkich na golasa.
- Na golasa? – chrząknął zaskoczony Spencer. – Czy to nie idzie zbyt daleko trochę?
- Niby czemu? I tak dziurkujemy się przy nich.
- Nie gadaj…
- Psycholog Wracknight twierdzi, że zamykanie drzwi łazienki i
sypialni przed dzieckiem jest niczym kopnięcie w nos szczenięcia, które
podchodzi possać mleko. Wiesz, że kongresman Hutch chce za to wprowadzić
odbieranie praw rodzicielskich i kastrację?
- …
- Widzę, żeś nie słyszał jeszcze. Oglądaj wiadomości co godzinę, bo
każda, co ma dwie godziny, jest prehistoryczna jak gnaty dinozaura. Co
do kostiumu… Przepraszam, stary, ale sam rozumiesz.
- Cholera, poratuj mnie.
- A co z prestiżem? Powiesz dziennikarzom, żeś sam nic nie wymyślił? Ty? Taki klasowy rodzic?
- Oni chcą E. T. Mam coś dla nich, coś specjalnego… - Ujrzał przed
oczami Megan Russel biorącą prysznic. Tak, nie zamykała drzwi od
łazienki, to ułatwiało kwestię nalotów obserwacyjnych. – Ale to później…
Słuchaj, jesteś mi to winien.
- Za?
- Za Megan.
- Za Megan… - Russel zamilkł na chwilę. – Żałujesz, że los wstawił ci w jej miejsce Lynette?
Los wstawił. Niezłe ujęcie sprawy.
- Nie. Oczywiście, że nie – podkreślił, bo sam usłyszał, że jego głos zabrzmiał nieszczerze.
I może Russel też to usłyszał, bo zmienionym tonem rzekł:
- Słuchaj, Cliff. Pogadam z synem. Ale nic nie obiecuję.
- Jasne. Dzięki, Lance.
- Oddzwonię za chwilę.
- Dzięki, Lance.
Przez chwilę Spencerowie patrzyli sobie w oczy. W kuchni rozległy
się krzyki, bo dzieci wznowiły grę. Porażony Edwin spadł z krzesła, a
spanikowany Cockoo ze skowytem pomknął przez drzwi kuchenne do garażu.
- Myślisz, że jesteśmy wystarczająco dobrymi rodzicami? – spytała Lynette z rozterką.
- Najlepszymi. Miałaś to wszystko? Jako dziecko?
- Nie. Miałam rysowanie, naukę nawigacji w lesie i dokarmianie szopa.
- No widzisz. Jak w jakichś nędznych czasach Twaina. A nasze dzieciaki mają wszystko.
Kiedy Russel zadzwonił, Cliff odebrał z biciem serca.
- Nic z tego, przyjacielu – rzekł z miejsca sąsiad.
- Kurr…
- Moment! Nie do końca. Spokojnie.
- ?
- Kostiumu ci nie pożyczę, bo Archie nie ściągnął go już od dwóch
tygodni. Właśnie mi Megan powiedziała. Ja jestem w Makao, pojutrze
wracam. Archie chyba się identyfikuje z E.T.
- Cholera… I co zrobisz?
- Ale z czym? – zdziwił się Russel. – Chyba mylisz E.T. z
Predatorem? Przecież to taki mały kosmiczny elf, uzdrowiciel i oferma
zresztą. Im dłużej Archie posiedzi w jego skórze, tym lepiej dla nas
wszystkich.
- No tak… Ale jak z, no wiesz, funkcjonowaniem?...
- Z kupczeniem? Cliff, psi synu, to mnie kosztowało 45 000. E. T. - the Extra-Living-Body ma
system wewnętrznego oczyszczania i demikrobizacji. Umożliwia posilanie
się i wydalanie. Ale to pikuś. Taki kostium to nawet Kanadyjczycy
zrobią. Zresztą wypuścili sasquatcha, nawet ognioodporny nie był, tuzin
dzieciaków się spalił. A mój E. T. jest i ognio- i kuloodporny, i przez
kwadrans odpiera kwas solny.
- Ja pier…!
- To jeszcze nic. Pamiętasz sztuczki, jakie umiał E.T.?
- Oczywiście!
- Te lewitujące kuleczki, telepatia i tak dalej?
- No tak. Nie mów, że…
- ,,Mówię, że''. Kostium ma wbudowany generator pola
elektromagnetycznego i procesory stymulujące telepatię i telekinezę.
Rozumiesz już teraz? Rozumiesz, jaki miałbym tu ,,Gettysburg’’, gdybym
ściągnął kostium Archiemu?
- No tak – sposępniał Spencer.
Widząc jego wyraz twarzy, Lynette też zmarkotniała.
- ALE – podjął żywszym tonem Russel – mogę pożyczyć ci samego E.T.
- To znaczy?
- No, kostium z jego zawartością. Mojego syna. Co ty na to?
Cliff skamieniał. Kostium z zawartością nie był wart tyle samo,
jednak… Jednak oznaczał przybycie w progi domu E. T. potrafiącego wylewitować system słoneczny z piłeczek do tenisa i odczytać myśli otaczających go dzieci…
W rzeczy samej i na Boga – oznaczał odwiedziny PRAWDZIWEGO E.T.!
- Jasna cholera – rzekł przez ściśnięte gardło. – Oni zwariują.
Lynette rozpromieniła się i chwyciła go za ramiona.
- Sprawy mają się tak – rzekł życzliwie Russel. – Pojutrze wracam z
Makao i jestem skłonny pożyczyć ci Archiego na cały weekend. W zamian,
NIGDY JUŻ nie wrócimy do kwestii Megan. Okej?
- Okej.
- Aby Archie był skłonny przejść z mojego domu do twojego, należy
go zachęcić do tego tak, jak należałoby zachęcić E.T., którym jest.
- Rozsypując…
- …cukierki, dajmy na to M&Ms, na całym odcinku drogi. Kiedy
już wejdzie do ciebie, będzie łatwiej, bo z pewnością jako E.T. jest
skłonny bawić się z dziećmi i pokazywać im sztuczki. A jest to coś,
czego jeszcze nie widziałeś. Twoje dzieciaki nigdy ci tego nie zapomną.
Czy wiesz, że mój Archie poszedł jako E. T. na przyjęcie do kuzyna?
Jeden z dzieciaków się tam zaraz pociął.
- Dlaczego?
- Bo ostatni prezent dostał od rodziców z pół roku temu. Ostatnio z rodzicami robił karmniki dla ptaków. Psiakrew, karmniki!!...
- Brak słów – przyznał Spencer. – To jacyś degeneraci.
- FBI ich sprawdza. No nic, u ciebie będzie święto. Do kostiumu, to
jest, do syna w kostiumie, dorzucę ci E. T.-pilot. To niezbędna rzecz,
jeśli Archiego poniesie z telekinezą.
- To znaczy? – zaniepokoił się nieco Cliff.
- Słuchaj, ten kostium uskrzydla, pamiętasz, co córka Jackmana
nawyrabiała tym czołgiem z Duplox? My nie mamy prawa zabijać w nich
radości i kopać psychiki, ale lekkie zabezpieczenie nie zaszkodzi. Pilot
pozwala kontrolować zapędy telekinetyczne. A są spore.
- Z piłeczkami?
- Niezupełnie. Moja lodówka leży u O’Donnellów na dachu. A mogła na
jakimś O’Donnellu. Nie, żebym ich żałował, ale wolę wydać baksy na nową
zabawkę, a nie na adwokata. I tak zarabia zbyt wiele. Poza tym pilotem
możesz zablokować wymianę myśli z kimś, kto siedzi w kostiumie E. T. – the Extra-Living-Body, co ma swoje znaczenie.
- To fakt…
- Cliff, jest też opcja ,,unieruchomienie’’, ale wolałbym, żebyś
tego nie robił. Nie chcę przygłupka z traumą, chcę kozaka przekonanego,
że nikt mu w życiu na drodze nie stanie. Ufam ci. No! Uszczęśliwisz
swoje dzieciaki w weekend, będą płakać na twym grobie!
- Lance, psiakrew, wielkie dzięki. Odwdzięczę ci się – zapewnił Cliff.
Nasyłając Little Louse nad kąpiącą się Megan…
I ,,dziurkującą się''… Przez ciało Cliffa przeszedł prąd, prawie zmiażdżył w dłoni komórkę.
Ale wdzięczność czuł szczerą. Russel był rywalem i złodziejem kobiet, nie musiał podawać mu ręki.
A zrobił to. Cóż, cokolwiek robił Lance Russel, pewnie tylko podkreślało to jego siłę.
- Do zobaczenia w piątek wieczorem, Cliff. I szykuj coś od siebie
po tej małej zapomodze. Dzieci trzeba uszczęśliwiać nowymi bodźcami, a
nie wtórnością. Poza tym lubię rywalizować z tobą.
- Do zobaczenia, Lance.
Ważąca siedemdziesiąt kilogramów żona wpadła Spencerowi w ramiona.
Przed chwilą myślał o Megan, ale teraz czuł chemię i biust Lynette, a
przede wszystkim – euforię klasowego ojca.
Dzieci trzeba uszczęśliwiać.
- Jezu, Jezu, Jezu – mamrotała mu w koszulę żona.- Zgodził się, tak? Tak? Tak?
Żeby się uspokoić, Cliff wyzwolił się z jej objęć i poszedł do
salonu. Kilka minut przy CDS News zawsze go uspokajało. Wiadomości
niosły zimny prysznic czarnej rzeczywistości świata, który był
podzielony na 5% ufortyfikowanej klasy cywilizacyjnej i oblegające ją
95% truchła. To zawsze chłodziło umysł, zanadto roztańczony w emocjach
radości.
- …nie akceptuje tego profesor Hunderman, który ogłosił Prawo
Pierwszego Zdarzenia, albo inaczej mówiąc, Prawdopodobieństwo Pierwszego
Zdarzenia. Jak twierdzi, ludzkość i jej losy wpisane są w
nieprzebijalne i nieodkształcalne koło rotacji zdarzeń, za czym idzie w
logicznym następstwie wtórność i w rzeczy samej – stabilność ludzkiego
świata. Cytując profesora: ,,prawdopodobieństwo napaści Niemiec na
Polskę wynosi 86%, ponieważ już się zdarzyło, zresztą nie raz, natomiast
prawdopodobieństwo napaści amerykańskich jesiotrów na jaki tybetańskie
wynosi 0,0004%, bo byłoby to Zdarzenie Pierwsze. Oczywiście 0,004% to
nie jest tak mało, trzeba jednak zważyć, że mamy czas mutacji DNA,
kurczenia przestrzeni w sensie elektromagnetycznym oraz intensyfikacji
agresji z przyczyn zanieczyszczeń, modyfikacji i działań korporacji.
Łatwo mi więc obliczyć, że prawdopodobieństwo wylania wód Huanghe w
gmachu Kapitolu…’’
Ciff Spencer wyłączył telewizor i poszedł do kuchni, pociągając za sobą Lynette.
- Dzieciaki – zaczął tonem, który dziewięcioletnio cwany Bryan nazwał ,,prezydencko-uroczystym’’.
Natychmiast zapadła cisza. Ten ton zawsze oznaczał jedno.
Prezent, który ogłusza.
Dzieciaki z ulicy, oczywiście. Te, co się pysznią czołgami i podpaleniami.
- Właśnie dzwonili do mnie z NASA – oświadczył przeciągle, stymulując napięcie, Spencer.
Patrzyły na niego błyszczącymi oczami.
Nad planszą krążyły hologramy błąkających się w bezczynności goblinów. Hologramy figur graczy migotały w zdobytych polach.
- W piątek będziemy mieli gościa.
- Czy…? – uniósł brwi Bryan, który nawet sam nie wiedział, o co chciał zapytać.
Paluszki Sammy zacisnęły się na kawałku pizzy, miażdżąc go.
- Przyjdzie do nas E.T.
- Idi! Idii! Idii!! – rozkrzyczał się mały Edwin.
Nieco dalej, w garażowym schowku, szympans Cockoo w radosnym
upojeniu krzyczał i walił głową w blaszane drzwiczki. Przed chwilą
znalazł pod szafką szmatkę, która niedawno była różową koszulką Sammy.
Little Louse (ang.) - Mała Wesz.
◊
Dzieci od dwóch godzin bawiły się z E.T. Cockoo, który wystraszył
się kosmity, od razu uciekł do garażu. Cliff i Lynette towarzyszyli
ferajnie przez pierwsze dwadzieścia minut, po czym zdecydowali, że
pobawią się sami ze sobą.
Zanim będzie trzeba robić to przy otwartych drzwiach.
A może… - Cliffa przeszła absurdalna i nieco paraliżująca myśl. – Może helikopter Little Louse sterowany z konsoli złodzieja kobiet Russela już krążył po ich mieszkaniu? Zawsze wyprzedzał go o krok…
Czy mężczyznę upokarza, że ciało jego żony zostaje obnażone oczom innego mężczyzny? Bezmiernie.
Sam to robił Russelowi, ale… To miało przecież uzasadnienie, to…
- Podduś mi szyję, skarbie - wyszeptała Lynette.
Lynette była jedyną kobietą przy kości, która w ogóle go
kiedykolwiek podnieciła. Działały na niego szczupłe, zgrabne, delikatne
kobiety – ale jedna grubsza Lynette także. Nie rozumiał tego fenomenu,
ale i nie miał potrzeby rozumieć. W życiu mężczyzny liczą się tylko trzy
mecze, trzy pola bitew: linia pożądania z kobietą, szczęście dzieci i
wymiana ciosów z takimi cwaniakami jak Russel czy Jackman, ponieważ…
- Aaaaaaa!...
Straszny krzyk sprawił, że aż podskoczyli, a on przy tej okazji uderzył nadgarstkiem w podbródek żony.
Drzwi do sypialni otworzyły się i stanęła w nich zapłakana Sammy.
- Coś się stało E. T.! – zawołała.
W dwie sekundy znaleźli się w holu. E. T. leżał w narożniku, w
dziwnej pozycji. Jakby spadł na głowę, niekoniecznie z intencją. Głowa
podrygiwała w sposób, który nie spodobał się Spencerowi.
Lynette uniosła rozcapierzone ręce i zamarła.
- E. D. umiera? – chciał wiedzieć przestraszony Edwin.
- E. T., ciulku – wyszeptał bezgłośnie Bryan.
Dzieci stanęły przy ojcu, który pochylił się nad małym ciałkiem ,,Obcego’’, biorąc w dłoń porzuconego pilota.
- Ale co się stało? – zapytał, nie patrząc na nich.
- Lewitował – powiedział Bryan.
- Lewitował? Unosił się nad podłogą?
- Tak. A potem nagle podskoczył i uderzył w sufit.
- Jak to podskoczył?... Tak w powietrzu podskoczył?
- Chyba coś nacisnąłem na pilocie…
- NA PILOCIE? – Cliff ledwo wydusił słowa z krtani. Zupełnie
zapomniał o pilocie kontrolującym kostium i jego rozbrykaną zawartość.
Zostawił go na stole w kuchni, kiedy wymykał się z Lynette do sypialni.
- Niechcący – zaszlochał Bryan. – I on nagle pofrunął jak rakieta i uderzył głową w sufit, a potem w podłogę. Umrze, tato?
- Czy kosmici się zemszczą? – chciał wiedzieć Edwin. – Za E. D.?
- Cliff? – to był bardzo smutny głos matki i żony, która prosiła męża o coś specjalnego.
O raport, który pozwala utrzymać rodzinne życie w dotychczasowym porządku.
O raport, który – jeśli trzeba – musi oprzeć się rzeczywistym odkształceniom, odeprzeć je, zneutralizować.
O czym Cliff Spencer doskonale wiedział. Wziąwszy głęboki oddech,
unieruchomił kosmitę pilotem, odwrócił się, potoczył po nich krzepiącym
spojrzeniem i powiedział:
- Wszystko w porządku, kochani. E. T. jest tylko ranny.
◊
Dopiero trzy tygodnie później policja stanowa i FBI wszczęły pościg
za rodziną Spencerów. Nikogo oczywiście nie złapały, bo po trzech
tygodniach Spencerowie, bogaci i zdeterminowani, aby wieść szczęśliwe
życie rodzinne, mieszkali już pod zmienionymi nazwiskami, i nie mniej
zmienionymi twarzami, w Kanadzie.
Pretensje o zbyt późne zgłoszenie zaginięcia syna, którego ciało
wykopano zaraz w ogrodzie Spencerów, spadły na krezusa Lance’a Russela. A
po tak długim czasie nawet wytężone wysiłki policji, wspartej zresztą
niewidzialnym helikopterem Little Louse tegoż krezusa i czołgiem z klocków od poruszonych sąsiadów, nie mogły przynieść skutków.
Russel ogłosił alarm po trzech tygodniach, bo dopiero po tym czasie
zdecydował się ściągnąć kostium E. T. z syna – a raczej z kogoś, kogo
za niego brał.
Wydało mu się bowiem dziwnym, niesmacznym i podejrzanym zachowanie
E. T. po tym, gdy na widok Megan Russel w sukience różowego koloru wydał
z siebie dziki wrzask i skoczył jej tyłkiem na twarz.
◊
Z kuchni dobiegały krzyki. Było w nich sporo radości, ale zgrozy i
bólu wyraźnie więcej. Dzieciaki, którym tęsknotę za Cockoo rozwiały nowe
prezenty, grały w Gobliny amputują jeńców.
Teraz krzyczał mały Edwin, bo Lynette trzęsącymi się dłońmi przyszywała mu palec.
A Cliff Spencer, który stanął w drzwiach do kuchni z gazetą w ręce,
był promienny, podniecony, przestępujący z nogi na nogę w widocznym,
raczej dziecięcym zniecierpliwieniu.
Kiedy chirurgicznie podciągnięty Edwin wrócił do gry, Cliff przywołał żonę gorączkowymi ruchami.
- Co się dzieje, misiu? – zasapała. – Jezu, chyba mu odwrotnie przyszyłam palec. Nie mam wprawy jeszcze…
- Spokojnie, myszko. Poprawisz, kiedy mu znów król goblinów utnie. Patrz na to! – Rozłożył jej gazetę przed oczami.
Bądź pierwszym rodzicem, który wyśle swoje dzieci w Przestrzeń!
Dzieci SAME W KOSMOSIE, bez opieki dorosłych. Dopuszczalny wiek małego astronauty: max 10 lat.
Tylko elita Ameryki nie odmawia swoich dzieciom prawa do szczęścia.
Mamo! Tato! Pamiętacie swoje marzenia z dzieciństwa?...
One chcą lecieć w kosmos. SAME.
Dwudziestoletnie promy w dobrym stanie. Prawdopodobieństwo katastrofy: 16%.
Plus wyżywienie.
Dzwoń pod numer:…
- Rozumiesz? – Cliff szeptał, ale ten szept przeciągał z jego
krtani do jej uszu długi sznur ładunków wybuchowych podniecenia. –
Rozumiesz?!... Gdybyż ten kretyn i buc Lance widział, co zrobimy…
- Ale prawdopodobieństwo katastrofy: 16%... – Lynette miała jeszcze wątpliwości.
Jej mąż zwinął gazetę w kulę, patrząc na nią z pobłażaniem.
- Oj, kiciu, kiciu. Jakie 16%... Zadam ci dwa pytania. Pierwsze:
czy słyszałaś kiedykolwiek o śmierci dziecka w kosmosie? No? No??
- No.. Nie.
- WŁAŚNIE. A Prawo Pierwszego Zdarzenia profesora Hundermana mówi,
że prawdopodobieństwo wystąpienia Zdarzenia Pierwszego wynosi 0, 0004%.
- …
- Drugie pytanie. Co jest pierwszą powinnością rodziców wobec dzieci?
- Uszczęśliwiać je… Boże, Cliff. One zwariują.
- Na miły Bóg, Lynette. Pomyśl tylko: one będą w kosmosie, gdy
tymczasem całe biedne truchło tego świata będzie zbijało w tym czasie
karmniki!!...
◊ ◊ ◊

Niedługo będziesz lepszy od Topora.:)
OdpowiedzUsuńOd Topora? Niemożliwe... Ale zamierzam ,,krążyć'' w jego pobliżu. :)
OdpowiedzUsuń