Natychmiast przeskanowałem go wzrokiem. Jestem chętnym i nie zawsze
dyskretnym obserwatorem urody, gracji i zachowania ludzkiego. Zwykła
ciekawość, nie – jak się czasem zdaje niektórym – wścibskość.
Janusz Wolf Scheiba po prostu wyglądał na tego, kim był. Na
wyważonego ponad normę ulicy polskiej, budzącego wstępne zaufanie,
prowokującego wylewność – a co najmniej obiecującego odprężenie –
psychiatrę.
I bardzo dobrze. O kogoś takiego mi chodziło, tego potrzebowałem.
- Dzień dobry – odrzekłem zadowolonym głosem.
Scheiba nie mógł się domyślić, co mnie tak naprawdę do niego
sprowadziło. Miałem nawet podejrzenie, że będzie mieć kłopot ze
zrozumieniem tego. Od razu więc przystąpiłem do rzeczy.
- Panie doktorze…
- Proszę usiąść – wtrącił delikatnie, ale jednak wystarczająco wyraźnie, by mnie przebić.
Ot, siła psychiatrów.
Swoją drogą, ciekawe, jak wyglądałaby konfrontacja z trudami
rzeczywistości takich psychiatrów i psychologów, i wszelkich terapeutów,
gdyby ich w kupie kilkusetosobowej zamknięto w faszystowskim obozie
kolczastym czy choćby reedukacyjnym, u północnych Koreańczyków. Czy
opieraliby się depresji dłużej niż odosobniona grupa więźniów górników
albo malarzy?
Nikt pewnie nie odpowie nigdy na to pytanie. A mnie to ciekawi.
Usiadłem i rzuciłem okiem – wciąż te obserwacyjne zmysły – w lewo.
Szafa urody surowej, blaszanej, jakoś skojarzyła mi się z serialem Układ krążenia
z Lubaszenką. Dalej: okno, bez kraty, na co zwróciłem uwagę
natychmiast. Pierwszy raz w życiu zawitałem do gabinetu psychiatry i
nie wiedziałem, czego się spodziewać. Wyobrażenia, nie przeczę, mogłem
mieć nieco archaiczne.
A za oknem niezbyt rozległy – bo dr Janusz Wolf Scheiba urzędował
nie w przychodni naszej, a w swej willi á la dworek hetmana, co Turków
odparł i namioty im opróżnił – na domy bogatszej dzielnicy Rupieci,
sennej mieściny podgorzowskiej.
Lewą flankę zamykał, tuż za oknem uchylonym z racji upału majowego,
wielki plakat z Pierre’m Richardem. Uśmiechniętym tak głupkowato, jak
krzepiąco.
To tyle z lewa. Na prawo szafka przeszklona, acz drewniana, z dwoma
kilogramami/litrami medykamentów sprowadzających serotoninę lub
otępienie w tym samym celu: uniewrażliwienia pacjenta na bodźce złego
świata.
,,Świat jest jak rottweiler’’ – stwierdził kiedyś mój przyjaciel z
zaskakującą przenikliwością. - ,,Możesz go ostrożnie obchodzić z daleka
albo głaskać czule i z szacunkiem, a i tak nie masz gwarancji.’’
Za szafką dwa z kolei postery: na francuskim, bardzo retro, doktor
wbija igłę w pośladek dziewczęcia kabaretowo-erotycznego, na drugim
kolejny komik, Chevy Chase. Podobny Richardowi: uśmiech głupkowaty,
uśmiech krzepiący.
Zaś za plecami Scheiby mała półeczka z imponującą, chyba przez
marsjanolubów, a może i samych Marsjan projektowaną wieżą Hi-Fi, obok, w
wiklinowym koszyku kolekcja płyt i kaset, co ciekawe, na pewno nie
marsjańskiej świeżości, raczej gorzowskiej starości, ze Stilonu jeszcze.
Plus mała kozetka przy drzwiach do gabinetu.
Złączywszy tę całą dekorację z osobą samego terapeuty, miejsce wprost przyjemne dla pogawędki i medytacji.
Dla których przyszedłem.
- By oszczędzić czasu i zabiegów, których mi nie trzeba – podjąłem
zrelaksowanym tonem – od razu uprzedzę, co mnie do pana, panie doktorze,
sprowadza.
- Napije się pan wody czy herbaty, panie… - zerknął w terminarz – Władywostocki? Adam Władywostocki, czy tak?
- Tak. Wody, z chęcią, dziękuję.
Podał mi szklankę czystą tak, jakby ją samą w strumieniu wycięto,
po czym podparł brodę na mostku ze złączonych dłoni i popatrzył na mnie z
nikłym uśmiechem.
- Otóż nie przyszedłem do pana ani po rady, ani po proszki. Nie
przyszedłem się użalać ani wyrzucać gniewu. Nie jestem frustratem.
Szczerze mówiąc, jestem bardzo szczęśliwym człowiekiem. Mam żonę, trzy
córki, mam zdrowie, no i pracę.
- To pan ochrania Dom Strażaka?
- Tak. Nocą. Za dnia chroni go Trockij, wie pan, syn fryzjera z rynku.
- Znam.
- Mam zatem pracę nocną. I lubię ją.
- Dlaczego Dom Strażaka wymaga ochrony?
- Zatuszowano to, więc proszę o dyskrecję, panie doktorze.
- To zrozumiałe. Dyskrecja jest moją religią, panie Adamie.
- Ktoś podpala Dom Strażaka. Od czterech miesięcy. Za pierwszym
razem ogień, mały, taki na zduszenie kapeluszem, zauważył szef remizy,
Bayzel, jak wracał po pijanemu z chrzcin. Za drugim razem jego zastępca,
bo akurat w remizie robił coś tam z jedną z sióstr… no, nieważne
których. A za trzecim to już ochrona gasiła. Sam spłoszyłem podpalacza
sześć razy.
- Dość uporczywe – zauważył z zainteresowaniem Scheiba. – I że nie
zdołał pan pochwycić gagatka ani razu? Ani kolega z dziennej zmiany?
- Zawsze, kiedy rzucamy się za nim w pogoń, potykamy się o skórki bananowe – odrzekłem swobodnie.
- Serio? – Uniósł brwi, co chyba nieczęsto zdarza się psychiatrom. –
To trochę… Hm, no jak by to pan ocenił? Niefartowne? W pobliżu remizy
stoi jakiś kram z bananami? – Poważna twarz nie mogła poprzeć myśli, że
ironizował.
- Nie ma kramu, o czym wiemy obydwaj, panie doktorze. Ani skórek
nie ma. Przewracamy się o skórki fikcyjne, rozrzucone wyobrażeniowo.
- Aby nie pojmać gagatka? Ani pan, ani zmiennik dzienny Trockij?
- Aby nie pojmać gagatka. Ani ja, ani zmiennik dzienny Trockij.
- Co ma na celu…?
- Zachowanie pracy, naturalnie.
To było bardzo otwarte, lecz jeśli dyskrecja była religią Scheiby,
nie widziałem powodu, aby owijać w bawełnę. I rzeczywiście z zimną krwią
ocenił:
- Oczywiste i zrozumiałe, panie Adamie. Ale nie o tym pan chciał porozmawiać, zgaduję?
- No nie. Nie o tym. – Napiłem się wody. Szklanka musiała być
prawdziwa, bo nie spłynęła mi przez palce. – Przede wszystkim… nie
przyszedłem do pana jako do psychiatry. – Przerwałem, ale on czekał w
łagodnym milczeniu. – Przyszedłem do pana jako do rozmówcy. Jak do, za
przeproszeniem, kolegi, z którym się rozmawia o polityce, kobietach,
najnowszym modelu poloneza i takich tam zwykłościach.
- Rozumiem.
- Podkreślam: nie przyszedłem do psychiatry. Przyszedłem do
rozmówcy. Bo nie mam innego, taka prawda. – Nie skomentował, wpatrzony
we mnie w sposób ocierający się o czułość (ale tyko ocierający, dobry
był jak na małomiasteczkowego monopolistę terapii), toteż nie oczekując
już przerywników w rodzaju ,,Ach, tak’’ czy ,,Rozumiem’’, kontynuowałem:
- Bo widzi pan, panie doktorze, przyszedłem do pana, aby nareszcie w
pełni porozmawiać o codziennej serii rzeczy, które mnie irytują albo
frapują. Tylko tyle; nie wpędzają mnie w depresję, niech to będzie
jasnym. Jak już zaznaczyłem, jestem szczęśliwy i, że tak to ujmę,
bezpiecznie osadzony w Niebermudzkim Trójkącie zdrowie-praca-rodzina. Co
oznacza, że rzeczy denerwujące mam pod kontrolą, nie daję im się
wepchnąć w nieckę sfrustrowania, wymagającą odreagowania. Tak sądzę. Nie
mniej… - Podniosłem szklankę do ust. Wyraz oczu Scheiby nie zmieniał
się tak samo, jak wyraz oczu Richarda i Chase’a. – Nie mniej chciałbym z
kimś nareszcie porozmawiać o ciągu małych spraw, które podrażniają mnie
każdego dnia, między momentem, od którego wstanę, a momentem, w którym
odbieram córki ze szkoły. To jest pułap raptem trzech godzin, w którym
to wszystko się rozgrywa. Trzy godziny. Sprawy mają się tak. Po
pierwsze: pracuję nocą, więc śpię do południa. O 3.00 odbieram córki ze
szkoły, o 3.20 wraca z cukierni moja żona. Od 15.00 do 22.00 wiodę
sielankowe życie rodzinne. Potem idę do pracy. I tam z nie mniejszym
zadowoleniem z życia przewracam się na skórkach bananowych. Ano. Zaś
między 12.00, a 15.00… I tu muszę zaznaczyć, czemu do pana z tym, panie
doktorze, przyszedłem. Otóż gdy tylko zaczynałem temat moich małych
kwasideł z jakimkolwiek z kumpli, to wysłuchiwali mnie najwyżej do
połowy. W połowie, o ile nie prędzej, zaczynali się wiercić, chrząkać,
wzdychać, kichać i odczytywać bezgłośne jakieś SMS-y o treści Romek, wracaj, rura przecieka.
Po prostu nie chcieli tego słuchać już dłużej. Jeden z nich powiedział
mi wprost, że to jest wampiryzm, że nie mogę go tak obrzucać długą listą
swoich zafrapowań, bo on ma własną, że to i tak jest jakiś wysiłek, aby
ją zneutralizować i uciec w beztroski nastrój. Po namyśle przyznałem mu
rację. Nie mogę uprawiać wampiryzmu na znajomych, którzy mają dość na
własnych barkach, bo jeszcze ich stracę. Tym bardziej nie jestem skłonny
robić tego moim dziewczynom. Wie pan, u nas w domu to tylko
śmichy-chichy i w ogóle cudownie. Dlatego jedynie zapytałem żonę, z kim
radziłaby mi porozmawiać o tych wszystkich wkurzających mnie sprawach.
Nie: wyżalić się, powtarzam. Pogadać. I co mi poradziła? – Uśmiechnąłem
się. – Pana. Psychiatrę. Bo pan nie zarzuci mi wampiryzmu, cokolwiek
omówimy. Prawda?
- Prawda – odezwał się wreszcie. Był wciąż taki grzeczny,
odprężony, zasłuchany, aczkolwiek, miałem wrażenie, jakby ciut bardziej
zaciekawiony. – U mnie można zrzucić wszystko z serca.
- Nie, nie, nie. – Zmarszczyłem brwi. – Panie doktorze. Wyraźnie
mówię: nic nie potrzebuję wyrzucać. Nie chce się użalać i uwalniać
gniewu. Chcę pogadać o tym wszystkim jak człowiek z człowiekiem. Czy pan
to rozumie?
- Naturalnie – uśmiechnął się.
Przyjrzałem mu się sceptycznie. Właśnie tego obawiałem się, idąc do jego dworku. Że nie zrozumie.
Niektóre fachy determinują ludzkie postrzeganie. Tak myślę.
Używając mniej neutralnego określenia: ograniczają je, kierując na
specyficzny tor. Do takich zawodów zaliczam, niestety, psychoterapeutów,
polonistów i ginekologów.
Ale przyszedłem do gabinetu Scheiby, bo w całej Rupieci nie znałem
nikogo, kto byłby skłonny wystawić się na wampiryzm. O ile to był
wampiryzm w istocie. Bo miałem podejrzenie, że większość rzeczy, która
mnie wkurzała, wkurzała i innych.
- Chciałbym pogadać, nie wygadać się – powiedziałem. – Za to też
płacę 80 złotych. Przyszedłem do rozmówcy, nie słuchacza. Dostrzega pan
różnicę, panie doktorze.
- Naturalnie – pogłębił uśmiech.
- Bo szczerze mówiąc, nie ma dla mnie najmniejszego znaczenia, czy jest pan psychiatrą – czy psychologiem.
- To jest bez znaczenia z pańskiego punktu widzenia, panie Adamie,
bo w obu przypadkach otrzymuje pan tę samą uwagę i gotowość pomocy…
- Nie potrzebuję pomocy.
- …jednak z mojego punktu widzenia różnica jest wyraźna. Od
psychologa otrzyma pan gusła, kasety z medytacjami Leszka Szpikulca i
zalecenie uprawiania codziennego pozytywnego myślenia. Co jest
nadużyciem, by nie rzec: oszustwem. Bo pozytywnych myśli człowiek
sfrustrowany sam sobie nie wygeneruje. Skąd miałby wziąć motywację? Bazę
wiary? Z dna niecki, w której się pędraczo zwinął?
- Nie jestem pędraczo zwinięty – zaprotestowałem, ale Scheiba rozgadał się cokolwiek.
- To gusła. Bo pozytywne myślenie może zostać uruchomione tylko
przez pozytywne zdarzenie. To coś jak szarpnięcie porzuconym składem
wagonów na stacji w Beznigdziu. Rozumie pan.
- Rozumiem, w Beznigdziu. Ale…
- Taką lokomotywę doczepia pozytywne zdarzenie. Albo… - zawiesił głos z tajemniczym uśmiechem.
- Panie doktorze…
- Albo…?
- Albo? – poddałem się.
- Medykament. Prozac, Prozamel, Protodendron, cokolwiek, co ja panu przepiszę.
- Zaraz, zaraz – podchwyciłem czujnie. – Przecież to też oszustwo. Nie ma zdarzenia. Tylko proces chemiczny.
- Ale pański mózg tego nie zauważy – wymruczał z satysfakcją
psychiatra. – Lek wykreuje w mózgu wyobrażenie zdarzenia, a jeśli nawet
nie, to co najmniej euforyczny jego efekt.
- Euforyczny efekt z niczego?
- Owszem.
- I co to ma dać?
- To szarpnie składem. Doczepi lokomotywę. Którą pan poprowadzi,
stymulowany motywacją, która z chemicznego źródła przychodzi tak samo
silna, jak z pozytywnego zdarzenia losowego. A tymczasem psychologiczne
gusła…
- Dobrze, dobrze – zniecierpliwiłem się w końcu. – Panie doktorze,
zapłaciłem 80 złotych za godzinę, czas płynie. Nie potrzebuję ani guseł,
ani Protonów, nie potrzebuję pokrzepienia. Przecież powiedziałem panu,
że jestem szczęśliwy. Powiedziałem?
- Powiedział pan – potwierdził z opanowaniem.
- Że mam Trójkąt Niebermudzki?
- Że ma pan.
- No właśnie. Przyszedłem porozmawiać.
- Proszę bardzo.
Popatrzyłem na Pierre’a Richarda. Pokrzepiony jego miną,
przesunąłem z kolei wzrok na Chevy Chase’a. Ten jakiś bardziej kpiący mi
się teraz wydał.
- Kwestia jest taka – Nabrałem powietrza. Trzy razy. Może pięć - że
ja codziennie… Że ja codziennie… - Czekał nieporuszony. Nieomal jak
aktorzy i francuski doktor z jego posterów. - …biję ludzi. Wielu.
Nie okazał zdziwienia.
- A więc jednak jest jakiś gniew do rozładowania. Drogą agresji.
- Niezupełnie. Ja mam poczucie, że biję ich słusznie.
- Słusznie – powtórzył.
Warsztat psychiatrów jest imponujący. Potrafią powtórzyć każde
słowo pacjenta (czy też po prostu klienta) tonem, który nie zawiera
najmniejszej, osamotnionej mikrowibracji pejoratywnej, natomiast drga w
nim subtelnie mikrowibracja zachęcająca do dalszego zwierzania.
- Tak. Po prostu wymierzam im wszystkim po mocnym sierpowym, po którym padają jak kłody.
- Jednym sierpowym? To wystarcza?
- Tak. Każdy z nich pada bez przytomności. Bez wyjątku.
- Pan ma bardzo mocne uderzenie. Pan jest bokserem, panie Adamie?
- Tak. No nie. Nie jestem bokserem. To reakcja wynikła z gniewu.
- Z gniewu – powtórzył tym sprytnym głosem przemycającym mikrowibracje, ale byłem czujny.
- Nie, nie, nie trawi mnie gniew. To znaczy: nie trawi mnie generalnie. Tylko w owych chwilach.
- Między 12.00, a 15.00?
- Dokładnie. Więc to taki gniew chwilowy. Uchodzący.
- Ale trzygodzinny jednak – zauważył.
- No… zasadniczo, owszem – zgodziłem się niechętnie.
- I codzienny.
- No tak, ale… Pan nie rozumie, panie doktorze.
- Proszę mówić, panie Adamie.
- Ja ich biję w głowie.
- W głowę?
- W głowie. W moim umyśle. Ja tylko to sobie wyobrażam. I pewnie
dlatego wszyscy tak od razu padają po moim ciosie – dodałem z pewnym
żalem. – Rozumie pan, panie doktorze.
- A zatem nie bije pan ich naprawdę.
- Nie mógłbym, choćby nawet chciał. Oni nie istnieją.
- Nie istnieją.
Coraz mniej podobał mi się ten ciepły, podstępnie zmikrowibrowany
głos lekarza. Zaczynałem czuć się jak pacjent, którym nie byłem, jak
ofiara guseł wręcz.
Albo przedawkowanego Protodendronu.
Przetarłem twarz dłońmi.
- Panie doktorze. Oni istnieją, tylko są gdzieś daleko. Większości z nich nawet nie znam.
- Nie zna pan.
Zagryzłem wargi. Spróbowałem usłyszeć własne słowa z pozycji Wolfa
Scheiby i rzeczywiście nie wyglądało to najlepiej. Gdzie tkwił błąd? Czy
psychiatrzy to mistrzowie manipulacji, potrafiący chytrze wciągnąć
rozmówcę na tory wiodące wprost do stacji Beznigdzie?
- To może od początku. Wstaję w południe. Ponieważ dom jest pusty,
co ma dla mnie działanie usypiające, włączam telewizor. Tak dla
towarzystwa. – Nieporuszenie trzymał podbródek na mostku zdobionym
ślubną obrączką i sygnetem imitującym szlachectwo. – Robię sobie
śniadanie, co zazwyczaj oznacza jajecznicę i herbatę z cytryną, plus
kromka chleba czy dwie. I siadam przed telewizorem. Wtedy to się
zaczyna.
- Poirytowanie?
- Dokładnie. Włączam sobie jakiś film familijny, na przykład.
Jestem człowiekiem rodzinnym i włączam film familijny. Niech to będzie Beethoven.
No i co? Jest dubbing. Kto, do cholery, prosił ich o robienie dubbingu?
Czy były jakieś demonstracje w tej sprawie? Przewracano tramwaje? –
Scheiba nie kwapił się do komentarza, więc wymusiłem to wytrzeszczeniem
oczu.
- No tak, panie Adamie, no tak… Może to dlatego, że dzieci nie czytają tak szybko napisów – wymruczał łagodnie.
- Ale lektora słuchają tak szybko jak dorośli.
- No tak, no tak. Może jednak jest miło, kiedy pani mówi głosem
pani, a pan głosem pana. Oryginalne głosy zakłócają czasem lektora. A
polskie głosy są fajne.
- Tylko do Shrecka. I do Asterixa.
- Czy tak? – spytał bez najmniejszego zdziwienia.
- Czy pan się wsłuchał w te głosy dobrze? Bo ja to zrobiłem. I one
brzmią tak, jakby aktorzy grali głuptaków. I to nawet w filmach dla
widzów starszych. Te głosy przenoszą te same tony. Głupkowate. Zresztą
do gier komputerowych także. Proszę sobie włączyć Empire at War
i posłuchać, jakim polskim głosem mówi Darth Vader. Albo cesarz. No
czysta groteska. – Pokręciłem głową. – Kiedy porównałem oryginalne głosy
amerykańskich aktorów, to oni w Beethovenie czy Piratach z Karaibów
mówią normalnie. Bo komizm wynika z sytuacji i dialogu, a nie z głosu,
który pasuje do filmu o pluszowych jeżach, co urządzają w dziupli dębu
konkurs na najładniejszą piosenkę o szyszkach. A tak brzmią polskie
głosy. I to w każdym filmie. Nawet ci Szpiedzy We Wrocławiu…
- W Warszawie może? – znów zasugerował delikatnie.
- Polacy nie są stworzeni do dubbingu – stwierdziłem dobitnie. –
Kiedy mają zagrać samym głosem, odciętym od ekspresji i sceny, gubią
się. Basta. Lektor był dobry czterdzieści lat temu, dobry jest i dziś.
Zresztą ciepły głos lektora ma właściwości terapeutyczne – dodałem
impulsywnie.
- Całkiem możliwe – skomentował z zainteresowaniem. – Są jeszcze napisy…
- Napisy są o niebo lepsze od lektora, ale odrywają oczy od akcji. Umykają sceny.
- Naturalnie, panie Adamie. Zgadzam się. A jest, zdaje się,
możliwość wyboru pomiędzy lektorem, a napisami, poprzez guziki na
pilocie?
- Owszem. Tylko że oba te warianty mają z kolei wadę, której nie ma ten idiotyczny dubbing.
- Mianowicie?
- Skracają oryginalne dialogi. Wie pan, panie doktorze, wbrew
pozorom, głos lektora nie zagłusza aktorów tak do końca. I ja słyszę, co
oni mówią. Mówią więcej niż nam się to przekazuje. I ciekawiej.
- Ciekawiej?
- Czy pan myśli, że lektor albo podkładacz napisów przekaże choćby w połowicznej wierności taką oto wypowiedź de Niro: ,,Ummm, well… well, Bobby… well-wellingtons, ummm, shitty noon, that’s what we’v got today, all shitty stuff.’’? Wie pan, jak to przekazał polski lektor?
- No?
- ,,Bywało lepiej, cholera’’. Koniec przekazu. Nawet imiona
wyrzucają, a to ma psychologiczny wydźwięk w dialogu rzeczywistym, więc w
dialogu fikcyjnym tak samo, do licha! Z napisami to samo. Redukcja,
uproszczenie.
- Może brak miejsca?
- Nonsens. I dodajmy, że oprócz skracania tekstu, degradują
oryginalną specyfikę wypowiedzi. Upraszczają, robią tekst nudny,
elementarzowy. Zabijają klimat, a przy okazji markę aktora, scenarzysty i
reżysera. To jest w porządku?
- Nie jest. To może ten dubbing jednak?
- Chciałby pan słuchać de Niro mówiącego głosem Opani? Albo Zamachowskiego?
- Nie, ale przecież nie oni muszą ten głos podkładać…
- A KTO?
- …
- Kto miałby mówić za de Niro? Albo za Gary’ego Oldmana? Pamięta pan Oldmana w filmie Leon zawodowiec?
- Tak.
- A jego krzyk?
- Krzyk?
- No krzyk. ,,Everyone!’’. Czy wie pan, co się wyświetla na
pierwszym miejscu na YouTube, kiedy zacząć wpisywać w wyszukiwarkę
,,gary oldman’’? Wystarczy wpisać ,,gary o’’ i już. Wystarczy. Na drugim
miejscu wyskakuje ,,gary leon’’. Na pierwszym - ,,gary everyone’’.
- Ciekawe – zaintrygował się chyba szczerze.
- Wymowne! Osobiście stawiam ten okrzyk na pierwszym miejscu na
liście najbardziej wstrząsających krzyków w historii kina. Obok
,,Freedom!’’ Mela Gibsona. I czy pan sobie teraz wyobraża jakiegokolwiek
zastępcę dla tych aktorów? Głuptaków z Beethovena? Tak krzyczących?
- No chyba nie.
- Na pewno nie. I to są moje pierwsze ofiary. Ich pierwszych biję.
- Opanię i Zamachowskiego?
- No co pan, doktorze – żachnąłem się. – Tych, co napisy
przygotowują. I lektorów, którzy z zimną krwią czytają zdegradowany
tekst. Tych, co to zatwierdzają. I aktorów z dubbingu, bo wszystkie
filmy robią jakby to był Disney dla siedmiolatków. Bo wszyscy oni
traktują widzów jak masę owczych, tępych idiotów. Więc walę im
sierpowym. Każdego kolejno. Rozumie pan.
- No tak.
Zamilkł na chwilę, sam sobie nalewając wody. Napił się i znów umieścił brodę na mostku.
- Ale to nie wszyscy? - spytał spokojnie.
- Nie, to dopiero początek. Jestem bardzo zapracowanym bokserem.
Wystarczy, że program przerwą mi reklamy i od razu walę z piąchy tego
frajera, co zatwierdził zgłaśnianie reklam. Przecież to szlag trafia, za
każdym razem muszę to cholerstwo ściszać. Zazwyczaj w tej złości
całkowicie wyłączam dźwięk, więc koncerny w sumie tracą, zamiast
zyskiwać. Ale czy którykolwiek z tych cynicznych kretynów o tym pomyśli?
Nie. Więc ładuję im po mordzie i padają, aż miło. – Dopiłem wodę, a
Scheiba bez pytania napełnił mi szklankę od nowa. – To nie koniec z
telewizją.
- Sporo tego boksu telewizyjnego.
- Tak. Lubię telewizję.
- Ale może warto ją ograniczyć, skoro pana frustruje, panie Adamie?
- Ona mnie nie frustruje. Tylko irytuje, a i to chwilowo. Zresztą
nie telewizja jako taka, tylko jej zarządcy i operatorzy. A kiedy moja
rodzina jest w domu, oglądamy Kiepskich i Spadkobierców. I Kasię i Tomka. I Pingwiny z Madagaskaru.
Poza tym, gdybym nawet wyrzucił telewizor na śmietnik, to przecież tam
nic by się nie zmieniło i ja bym to wiedział. Frajerzy z telewizji wciąż
traktowaliby innych widzów, liczonych w milionach, jak durni. Zgadza
się?
- No tak.
- Okej. A przecież tu nie chodzi tylko o mnie, tylko o masę
społeczną. Ta masa jest źle traktowana. Biję też w jej imieniu,
solidarnie. Ale idźmy dalej. Ponieważ żona nakłoniła mnie do zdrowej
diety, rzuciłem kawę.
- To dobrze. Kawa pobudza boksera… To znaczy: mentalnego boksera.
- Możliwe. Ale żeby się jakoś pobudzić, czymś tę kawę musiałem
zastąpić. Czasem – naprawdę tylko czasem – włączam ,,duńczyki’’ sobie.
- ,,Duńczyki’’? Pan mówi o tych komediach z gangiem Olsena?
- Nie. Mówię o duńskich erotykach, panie doktorze.
- Duńskich erotykach? Rano? Naprawdę? Na którym kanale?
- W południe. Na kanale KopenHot. U mnie na platformie to kanał numer 1723.
- 1723 – powtórzył z namaszczeniem.
- No i włączam ten film, bo jest naukowo i hormonalnie logicznym,
że kwadrans emisji będzie dla organizmu zamiennikiem filiżanki kawy. I
tak jest… tylko że przy okazji się wnerwiam.
- Na Duńczyków?
- Na producentów z wszystkich krajów. Ale głównie na kobiety. Za te kretyńskie krzyki.
- Za krzyki.
- Czy one myślą, że to brzmi wiarygodnie? Że naturalnie?
Podniecająco? Ja rozumiem dwa-trzy krzyki podczas jednego numeru, ale
100-200? W takiej tępej, automatycznej, sztucznej serii? Co się
doskonale słyszy?
- No cóż.
- Stękanie i jęki, ciche albo głośniejsze, jeśli niewymuszone –
rozumiem. To nawet drugą filiżankę kawy dolewa. Ale to beznadziejne
aktorstwo? Krzykata sztampa? One nie są w ogóle podniecające, one są
ohydne jak kukły od krawca z Pobożnej. Seksowna to jest kobieta, która
spłonie rumieńcem, westchnie, stęknie…
- I bije je pan? – przerwał.
- No cóż. Nie do końca. Ale wywracam im łóżka i na kopach wyrzucam z planu, do kołchozu, do żniw.
- Naprawdę? Robi im to pan w wyobraźni?
- Tak – potwierdziłem zimno. – Ale producentów już boksuję. To też
kretyni i cynicy. Przykładają rękę do degeneracji dumy kobiecej, no i
robią durnia z widza.
- Hmm…
- Pan się nie zgadza , panie doktorze?
- Zgadzam się. W ogóle kino duńskie jest słabe. Chyba tylko serial dla młodzieży im się udał, Vasco da Gama ze wsi Rupcza.
- To był bułgarski serial. W życiu nie widziałem gorszego, już czechosłowackie Synowie i córki Jakuba Szklarza
całkiem nieźle trzymało w napięciu. Ale tu nie chodzi o duńskie kino.
Pornusy z Czech czy Francji są takie same. Krzyczące mechanicznie kukły.
- Oglądał pan sporo – Scheiba poruszył się na mostku nieznacznie.
- Głównie Spadkobierców – chrząknąłem. – No dobrze. Po
śniadaniu wyłączam telewizor i jadę rowerem na zakupy. Przy tej okazji
biję producentów rowerów, bo nijak nie mogę zrozumieć, jak rozwój
technologii jako sojusznika człowieka ma się do wymiany miękkich
krzesełek na te twarde zgnioty, co grożą rakiem prostaty. To jest do
reszty bezrozumne i bezczelne. Walę ich wszystkich tak, że jak kłody
padają. Wgniatam im twarze jak skorupki jajek.
- Czuje pan gniew.
- Pan sobie życzy raka prostaty? I impotencji? Bo i tak działają te
zgnioty, co siodełka udają. – Napiłem się wody. – Wchodzę do
spożywczego i znów ciosy się sypią. Za co? Zacznijmy od towaru.
Przeszedłem na zdrową dietę, żona, pamięta pan. Absolutnie odstawiłem
cukier. Rzeczywiście więcej energii, nawet te sierpowe jakieś
mocniejsze.
- Jak to?
- No wcześniej ci, co im przywaliłem, padali, ale zaraz wstawali. A teraz leżą nieprzytomni.
- W głowie nieprzytomni?
- A gdzie? Przecież nie biję naprawdę. Nie jestem agresywny.
- No i są daleko – przypomniał subtelnie.
- Nie wszyscy. Sprzedawczyni jest w moim zasięgu, jej mąż, typowy
polski rekin-schapaniec zazwyczaj też. Rómburak, wie pan, który. A ja
chcę kupić towar bez cukru. I co?... Sięgam po sok Bubuś –
składniki: marchew, woda, CUKIER. Nosz cholera, tyle się trąbi o tym
cukrze, że szkodzi, rozwój dzieci zakłóca – i co? Przecież oglądają te
same media, czy tak? Więc wiedzą, że to niewłaściwe, rzekłbym:
przestępcze. A cukier dalej w kartonie. Kartony zresztą też szkodzą. Za
PRL były butelki, prawda? No. Dobrze, chcę kupić ryby, sięgam, etykietę
czytam: cukier. W puszce sardynek. Nawet chrzanu, który jadłem od
piątego roku życia, dziadek mnie namówił, nie mogę już kupić, bo w
składzie biała śmierć. Wszędzie biała śmierć, nawet w żółtym serze. Tak
nas mordują.
- Mordują nas.
- Pan to nazwie pokrzepianiem? – Nie odpowiedział. – Ostatecznie
kupuję twaróg i jabłka. I ziemniaki. Proszę o torebkę foliową. Dostaję, z
irytującym mozołem rozwijam, bo cienkie to jak kożuch, sklejone… Już
mnie to rozdrażnia, ale w końcu udaje mi się, wrzucam do torebki
ziemniaka, dwa, trzy i buch! – dno się rozdziera, pyry na ziemi. Pan
rozumie, panie doktorze. Wpychają nam szajs. Kupuję worki na śmieci – to
samo. Trzeba się bardzo nagimnastykować, żeby kupić solidne. Ile razy
już mi się worek w domu rozerwał – nie policzę. Tak więc walę w mordę
producenta woreczków małych, co to trzech kartofli nie udźwigną, walę w
mordę producenta worków na śmieci, walę Rómburaka, który świadomie, w
swoim schapaniu ekonomicznym, podsuwa takie torebki i worki klientom,
walę…
- …żonę Rómburaka…
- No nie. Ją do kołchozu, do żniw.
- Na kopach?
- Na jednym, takim kierującym do drzwi, niespecjalnie mocnym. Gdyby
kopał mój zmiennik Trockij, byłoby gorzej. On trenuje kung-fu Hung Gar.
- Jest takie? Na Węgrzech?
- Czemu na Węgrzech? – zdumiałem się. – Powiedziałem ,,Hung Gar’’, nie ,,Hungary’’. To kung-fu chińskie. Jak każde inne.
- No tak. Cóż... Dużo ludzi pan bije, panie Adamie. Najwięcej, zdaje się, tych z telewizji.
- To zależy, ilu stoi na przystanku.
- Na przystanku.
- Tak. Ilu czeka na autobus. Bo oczywiście, kiedy już mi krocze się
do reszty wygniecie od tego siodełka rowerowego – a dodam: drogi,
psiakrew, góral, nie jakaś Ukraina, którą UPA rozwoziła
meldunki po stepie – to przesiadam się na autobus. Do pracy jadę
autobusem. Ale, na miłość boską… Kiedy ostatni raz wsiadał pan do
autobusu, panie doktorze?
- W 67-mym.
- A do pociągu?
- W 68-mym. Raczej autem jeżdżę. Własnym albo taxi.
- No tak. W końcu zarabia pan więcej niż odgarniacz śniegu Wypłoń. Coś pan zapamiętał z tego wsiadania w 67-mym czy ósmym?
- Owszem. Przepychanki przy wsiadaniu. Co trochę rozumiem; na 52
miejsca w jelczu-ogórku nacierało około stu osób. Czasem dużo więcej.
- Dziś się nic nie zmieniło, panie doktorze. Poza jednym.
- ?
- Na 50 miejsc w autobusie naciera w zbiorowej histerii 20 osób.
Albo do pociągu, nawet jeśli pusty. Ba! Do samolotu nawet, choć to
jakoby bardziej ,,elitarny’’ pojazd, w każdym razie nie kursujący
pomiędzy Rupiecią, a Wyświninem. A polskie tumany w amoku histerycznym,
ledwo drzwi otworzą, prą jak sołdaci chciwi gwałtu i rabunku. Co mnie
tak wnerwia – ta ich tępota gorzej niż kozia – że walę ich wszystkich
równo, po kolei, morda w mordę. Aż pięść boli. I padają w stos
bezmózgiej padliny, którą są. Ja zaś odjeżdżam pustym autobusem. Tak to
wygląda. Niestety - tylko w mojej głowie.
Zapadło krótkie milczenie. Doktor Scheiba dolał nam wody. Jeśli
jego beznamiętna twarz cokolwiek zdradzała, to tylko zadowolenie. Tak mi
się zdawało – że moje słowa poprawiły mu humor.
A przecież powinno być wprost przeciwnie.
Czyżbym się jednak przeliczył?...
Psychiatra patrzył na mnie łagodnie, nie ponaglając.
- To chyba wszystko – rzekłem niepewnie, bo miałem odczucie, że
młóciłem sierpowymi znacznie więcej osób. – Chociaż… Wczoraj o tej porze
znokautowałem Trockija.
- Chyba Trockiego?
- Możliwe. Albo Trockijego. Nieważne. Dostał w czapę i padł dureń.
- Przecież trenuje kung-fu? Tak się dał?
- Jakiś słabszy był w mojej głowie. A dostał wie pan, za co? Otóż
oddawałem mu dług. 10 złotych. Tyle że w monetach, trochę
rozdrobnionych. I co usłyszałem? To klasyczne, tępe, takie typowo
polskie ,,Tylko nie w drobnych’’. Pan to rozumie? Każdy jeden tłuk tak
zakwęka, kiedy mu dać drobne. Każdy, kogo znam. Wszystkich ich walę w
mordę. Bo nie mają szacunku do pieniędzy. Powinni zbiednieć i pokutować w
rynsztoku. Pokorny człowiek powinien uśmiechać się do każdej
jednogroszówki, która wpadnie mu do dłoni. Pan się zgodzi, panie
doktorze?
- Mądre słowa. Ktoś jeszcze obrywa?
Zastanowiłem się.
- To już chyba wszyscy – odrzekłem. - Tylu ich biję.
- Codziennie?
- Codziennie, między 12.00, a 15.00. Potem nie zawracam sobie nimi głowy, ani myślą nie sięgam. Jakby nigdy nie istnieli.
- Jest pan, panie Adamie, w swoim Trójkącie Niebermudzkim.
- Tak, jestem w Trójkącie. Tamtych drani i głupców już nie ma.
- Ale wracają. Następnego dnia wracają, prawda?
- A jest ktoś, komu nie wracają? Pana nie wkurzają durnie i
hipokryci? Telewizyjni i uliczni? Bo ja myślę, że każdego normalnego,
wrażliwego w kwestii zasad i patologii społecznej człowieka oni bardzo
drażnią. Codziennie. Przez nich świat jest rottweilerem.
- Ale to nie znaczy, że ci poirytowani ich biją.
- Skąd ta pewność, panie doktorze?
- Wszyscy w jakiś sposób radzimy sobie z wypełniającą nas agresją,
tylko niektórzy lepiej, a niektórzy gorzej… A pan, panie Adamie, radzi
sobie całkiem nieźle. Nie bije pan nikogo tak naprawdę, co więcej,
przyszedł pan do mnie po pomoc.
- Nie przyszedłem po żadną pomoc – zirytowałem się już – tylko porozmawiać.
- Naturalnie.
- Jak kolega z kolegą. Albo chociaż jak sąsiad z sąsiadem. Za to płacę.
- Naturalnie – powtórzył tym samym tonem. Trochę monotonnym.
Zerknąłem na Richarda. Czy mi się zdawało, że w jego oczach
widziałem teraz więcej przenikliwości, pojmowania spraw, niż w oczach
Scheiby?...
Komicy. Oni są bardzo, bardzo sprytni. Przewracają się o wiadra z
wodą, wpadają w torty weselne, bombardują jajkami – ale naprawdę
rozumieją hipokryzję cywilizacji ludzkiej o wiele bardziej niż smutnoocy
intelektualiści czy beznamiętni terapeuci. Tak, oni ten świat
przejrzeli.
- No to słucham – zwróciłem się do lekarza.
Pokiwał głową, uśmiechając się łagodnie.
- Panie Adamie. Mamy trudne czasy ekonomicznej i moralnej zapaści.
Nic dziwnego, że dotykają nas frustracje. Ma pan prawo czuć
rozczarowanie, więc…
- Ale co PAN sądzi? – przerwałem już trochę zły. – Co pana wkurza? Prosiłbym o przykłady. Mieliśmy pogadać sobie.
- Co mnie wkurza? – powtórzył z wahaniem. – To wiadome… To, co wszystkich.
- Oprócz tych ludzi wpychających się do autobusu.
- No tak.
- Ale szajs? Reklamówki, komórki, papier do dupy, który się w palcach rozłazi, co dopiero na pośladku?
- Ykhm…
- Celebryci, którym cycki wyskakują? Te kobiety będą miały lub już
maja mężów i dzieci, ale co tam, prawda? Podepczę własną godność, a że
przy okazji całej rodziny, no trudno, prawda? Że przy okazji dołożę
cegłę do procesu demoralizacji społeczeństwa, co tam, prawda? Pan wie,
że aktorki nierozbierające się w filmie będziemy liczyć przez jakieś pół
minuty? Joanna Kurowska… Nie wiem, kto jeszcze. – Jego brwi nieznacznie
zbiegły się ku sobie. – Dziewczęta w peep-show nazywa się dziwkami, a
aktorki obnażające ciało dla – co tu mówić – znacznie większej ilości
mężczyzn – artystkami. Facetów, którzy wmówili kobietom, że istnieją dwa
gatunki obnażania się – erotycznego i artystycznego – też walę w mordę.
Panu to nie śmierdzi cyniczną hipokryzją, panie doktorze?
- No cóż…
- Mniejsza z tym jednak. Wszak teraz pan mi ponarzeka.
- Ja?
- Spokojnie, jestem odporny na wampiryzm. Chętnie posłucham.
- Narzekania?
- Jest pan moim sąsiadem, spotkaliśmy się na schodach, pamięta pan?
Zagryzł wargi. To było niewiarygodne, ale pierwszy raz zgubił swoje sympatyczne opanowanie i… wyraźnie się zakłopotał.
On. Fachowiec od doczepiania lokomotyw.
- Co cię wkurza, Janku? – pospieszyłem z pomocą.
Jeszcze bardziej się zakłopotał. Wychylił szklankę do dna, po czym chrząknął.
- Panie Adamie… Cóż… Rozumiem bardzo dobrze pańskie… zniecierpliwienie…
- Moje co?
- Zniecierpliwienie powolnym tempem zmian na lepsze.
- Na jakie? Wychodzisz czasem ze swego dworku, Janek?
Zatrzepotał powiekami.
- No tak – wymamrotał. – No tak. Oczywiście wkurza mnie to wszystko i…
- Konkretnie co?
- …
- Papier toaletowy?
- Tak, papier. Ale w zasadzie nie aż tak bardzo... A nawet wcale nie.
- Jak to? – nie zrozumiałem.
Popatrzył na mnie już z większym opanowaniem.
- Bo ja mam sposoby na wyciągnięcie ręki. Takie jak Prozac.
I w rezultacie niczym się nie przejmuję ani między 12.00, a 15.00, ani o
żadnej innej porze. Nic mnie nie dotyka, trzymam się optymizmu i w
rezultacie sam pan widzi, co mnie otacza. Ostoja dobrobytu. Pole siłowe.
- Z powodu Protonów?
- Prozacu, Prozamelu, Protodendronu. Tak. W znacznej mierze.
- Takie buty - zadumałem się. Teraz to ja ułożyłem brodę na mostku. – No, to nie ponarzeka pan za bardzo, panie doktorze.
- Prawdę mówiąc, nie mam na co.
- Czyli… Co tu mówić. Chyba straciłem 80 złotych.
- Policzę 50, jeśli teraz zakończymy. I oczywiście przepiszę Prozac.
- Co? – zdębiałem. – Jaki Prozac? Po co mi to?
- Na stan depresyjny.
- Oszalał pan, panie… Przepraszam, panie doktorze – zmitygowałem
się. - Uniosłem się. Ale ja nie mam depresji, moje życie jest w dechę.
Ja też żyję sobie jakby w dworku. Mam pole siłowe, w każdym razie od
3.00 do południa następnego dnia.
- No tak. W końcu nocny podpalacz pana nie denerwuje – zauważył.
Czy ironicznie? Nie dało się odczytać. Był fachowcem i błyskawicznie wrócił do równowagi.
A może to Protony tak działały…
- Jednak – podjął już swym formalnie ciepłym tonem – zakończenie sesji teraz nie byłoby wskazane.
- Jakiej, do cholery, sesji?
- Ponieważ bije pan, jak się wydaje, coraz więcej ludzi w swej
wyobraźni. Pewnego dnia może zadać pan prawdziwy cios. I to naprawdę
mocny. Co jest nieomal nieuchronne, zważywszy, że w żadnej z materii,
które pana drażnią, nie należy oczekiwać szybkich zmian na lepsze.
- Raczej na gorsze.
- Prawdopodobne. Jednak pan będzie zabezpieczony. Przepiszę panu Protodendron, jest najsilniejszy z tych wszystkich, jak to pan określa zabawnie, Protonów. Taki Prozamel uaktywnia serotoninę w mózgu najszybciej po czterech dniach. Zazwyczaj: po 8-10-ciu. A po co czekać? Protodendron
doczepi panu lokomotywę w ciągu 48 godzin. I nie będzie to byle
spalinówka, lecz mocny PaFaWag EU07. Pański szef, Bayzel, ruszył swoim
pociągiem jeszcze tego samego dnia, po przyjęciu pierwszej dawki.
- Bayzel? On też?...
- Każdy ma stresy – odparł, po czym zmieszał się nagle. – Liczę na
wzajemność w kwestii dyskrecji, panie Adamie. Połowa miasta tu
przychodzi po Protony.
- Nie ma sprawy. Ale – zawahałem się – nie moja żona?
- Odmawiam odpowiedzi.
- Jeśli jest przecząca, po co odmawiać? – okazałem zdumienie.
- Odmawiam odpowiedzi. – Wbił nieczytelny wzrok w palce dłoni.
Zamrugałem oczami zbity z tropu. Czy… Nie, to niemożliwe.
A jeśli jednak?
Czy podczas pracy w cukierni mogły denerwować moją żonę problemy z
rozlatującymi się torebkami (vide: pretensje klientów o ich jakość), z
papierem toaletowym, co się ani do nosa, ani do tyłka nie nadawał, z
marudzeniem kupujących, z klapsami w pośladek od szefa, Kantowicza…?
No mogły. Każdego dnia, od 9.45 do 15.00.
Codziennie.
Na Boga.
- Jeszcze coś – dodałem naprędce. – Byłbym zapomniał. Jeszcze walę sierpowym Kantowicza.
- Cukiernika?
- Owszem. Czasem poprawiam mu nawet. Po 15.00. Ale to rzadko całkiem.
- Panie Adamie. Wygadał się pan, wyża…
- Po-gadałem. Po-. Nie wy-. Chociaż rzeczywiście się nie udaje. Pan nie umie rozmawiać, panie doktorze.
- Momencik. – Wyciągnął z szuflady notes i długopis. – Protodendron… Jest w aptece na rynku.
- Nie mamy innych aptek w Rupieci – zauważyłem nieco kąśliwie, lecz zignorował to.
- Przyjmować na czczo, raz dziennie przez pierwsze dwa dni, potem
przez tydzień dwa razy dziennie, dalej już trzy razy dziennie. Zawsze
popić dużą ilością wody. Mogą się pojawić dziwne wahania nastroju na
początku, i duża potliwość. Niech pan się tym nie martwi, przejdzie.
- Ja nie życzyłem sobie Protodendronu – wycedziłem.
- Na początek kuracja trzymiesięczna. Potem ustalimy, co dalej, dobrze?
- Czy możemy jednak porozmawiać? – zasapałem bezradnie. – Janek, coś cię wkurzyło ostatnio? Co?
- Naturalnie, że porozmawiamy – powiedział kojąco, podpisując
zamaszyście receptę, oczywiście klasycznie nieczytelną. – Położy się
pan, panie Adamie, na kozetce, włączymy Czajkowskiego… Dobrze? I powie
mi pan, tak szczerze, otwarcie, co pana denerwuje między godziną 3.00, a
10.00 wieczorem… Dobrze?
- Panie doktorze…
- Jak panu się udają stosunki z żoną?
- Proszę?
- Z żoną.
Zwinął kartkę w pół i podsunął mi ją, jednocześnie wstając.
Wstawał, żeby włączyć Czajkowskiego w wieży, którą miał za plecami.
Nawet zaczął się do niej obracać, z tym nikłym, krzepiącym uśmiechem
przyklejonym do twarzy w podejrzanie długotrwały sposób.
Jednak wtedy dwa ułamki sekund zmieniły rzeczywistość, w każdym
razie rzeczywistość doktora Janusza Wolfa Scheiby, który chyba za bardzo
wierzył w to swoje pole siłowe.
W pierwszym bowiem ułamku dostrzegł kątem oka, że stoję, i że moja
prawa ręka znajduje się na dziwnej wysokości. Oczywiście zamarł i nawet
uśmiech psychiatryczny zaczął się odklejać mu od twarzy.
Ale to tyle. W drugim ułamku sekundy moja pięść trzasnęła go z
niewiarygodnym impetem w szczękę tak, że padł jak kłoda wprost na wieżę.
Która została tym samym mocno uszkodzona, ale doktor niewiele mniej.
I jak to zwykle się działo z każdym, kto mi się nawinął pod pięść
miedzy 12.00, a 15.00, także psychiatra rupiecki zaległ nieprzytomny.
Nie mogło być inaczej, bo, zdaje się, zebrał całą skumulowaną siłę
uderzenia, przeznaczoną dla kilku tysięcy irytujących mnie osób.
Doktor Scheiba, bardzo dobry fachowiec, słusznie przepowiedział, że zadam w końcu ten prawdziwy cios. Bardzo mocny.
Więc zaległ. I w ogóle zwinął się pędraczo.
W przeciwieństwie do mnie. Ja bowiem byłem bardzo daleki od
pędraka. Ogarnęła mnie gwałtownie dziwna ulga, euforia, co mówię –
uszczęśliwienie! Nigdy nie czułem się tak szczęśliwy i beztroski!
Zupełnie, jakby cios zadany w rzeczywistości uwolnił mnie nagle od tych
wszystkich głupot i patologii, którymi zawracałem sobie głowę.
A teraz miałem to gdzieś. Teraz miałem ochotę zrobić coś szalenie
fajnego. Wbiec do cukierni w przebraniu kupca marokańskiego i porwać
żonę. Uciec z nią do parku i…
Albo zakraść się do szkoły i zacząć stukać w okna klas, gdzie
uczyły się moje córki, rozśmieszać je, rozpraszać tak, aby wszystkie
dostały uwagi…
Albo zostały zwolnione do domu, co pozwoliłoby mi z kolei porwać je do parku. Lub do mamy, do cukierni na ciasto z truskawkami.
Już nie przejmowałem się cwaniakami i idiotami z Polski, Bułgarii
czy Danii. No tak, byli hipokrytami, ale może nie potrafili przetrwać
innym sposobem w naszym obłąkanym do reszty świecie rottweilerowym?
A czyż ze mną nie było tak samo? Czy nie byłem hipokrytą usiłującym
przetrwać bezpiecznie, chronić Trójkąt Niebermudzki i moje w nim
stabilne osadzenie?
Czy nie przewracałem się na skórce bananowej, goniąc za moim
zmiennikiem, gdy wzniecał pożar remizy? Czy on nie przewracał się w
pościgu za mną?
Spojrzałem na nieruchome ciało psychiatry.
- Panie doktorze – rzekłem z wdzięcznością i niedowierzaniem – nie
wiem, jak to zrobił, ale bardzo mi pan pomógł. Czuję się cudownie.
Możemy się umówić za tydzień?
*

Oj, chyba za radą, dam mojemu psychiatrze po mordzie. Nareszcie będę wiedziała, za co wziął kasę.
OdpowiedzUsuńToż pomogę! O której akcja?
UsuńA czy mój e-mail dotarł?
UsuńNie...
UsuńMożesz do mnie wysłać? Chyba używam złego adresu. :/
UsuńTo ma być moja terapia!
OdpowiedzUsuńOki-doki!
OdpowiedzUsuńExtra....
OdpowiedzUsuń:-) Ale tak i zabawne i niezabawne zarazem, nie?
OdpowiedzUsuńCzy u Ciebie na stronie jest coś poświęcone Nowej Szwabii albo Unterlandowi? Jeśli tak, prosiłbym o linki. :)
Usuń