W okolicznościach Bożego Narodzenia rozgrywają się różne sprawy. Niekoniecznie na miarę inwazji z Marsa. Ale choćby śluby, wesela i inne masowe ceremonie. Zdarzyło się podobno komuś wyprawić Sylwestra w samą Wigilię, w ramach planu ekonomicznej oszczędności. Akurat wesel w dniach świąt rodzinnych nigdy bym sobie nie sprawiał, już nie tylko dlatego, że, mam odczucie, podcina to w kolanach obie te unikalne ceremonie, zwłaszcza Boże Narodzenie, czas wyciszenia, namysłu i splatania kręgu rodzinnego (jeśli to możliwe). Ja już samych przyjaciół i krewnych nie stawiałbym w położeniu tak kłopotliwym, jak dylemat, czy świętować rodzinnie, czy hucznie hulać (z okazji mego ożenku). Oznaczałoby to też raczej nieszczególnie miły kuksaniec ekonomiczny dla nich, jeśli zważyć, że pod koniec grudnia trzosy rozdzierają się chrzęstem już z racji samych tylko wydatków świątecznych.
Jednak, jak napisałem wyżej, w okolicznościach Bożego Narodzenia, czy nam się to podoba, czy nie, rozgrywają się wydarzenia różne. A sporo z nich ma charakter intrygujący, tajemniczy i urzekający. Namawiam, by odstąpić na chwilę od obwieszania gałęzi świerkowych i zagłębić się w historii nadesłanej przez AiR. Jak zawsze - warto.
Jednak, jak napisałem wyżej, w okolicznościach Bożego Narodzenia, czy nam się to podoba, czy nie, rozgrywają się wydarzenia różne. A sporo z nich ma charakter intrygujący, tajemniczy i urzekający. Namawiam, by odstąpić na chwilę od obwieszania gałęzi świerkowych i zagłębić się w historii nadesłanej przez AiR. Jak zawsze - warto.
Nadesłał: AiR
Gdzieś w środku Trójkąta
5 grudnia, g. 08:00 EST
Szara
pofałdowana we wszystkie możliwe strony płaszczyzna za panoramiczną szybą
mostka, białe grzywacze i szare, okrutne niebo. Pokład kołysze się i wibruje.
Sztorm na Atlantyku. Coś, czego nienawidzę jak cholery. Łajbą rzuca jak
groszkiem w pudełku, wszystkie wątpia pochodzą pod gardło. Połowa załogi
choruje.
-
Meine Herren! – słyszę za sobą głos
kapitana Helmuta Mehnera – jakie macie dobre wieści w ten piękny poranek?
Piękny,
kurwa, poranek, typowe niemieckie poczucie humoru – myślę.
-
Jak pan widzi, panie kapitanie – odpowiadam i podaję mu mapę z wykreślonym
kursem. – Znajdujemy się na 30°02’00” północ i 070°00’06” zachód, kurs 265°,
idziemy małą naprzód.
Stary
był kapitanem ze starej szkoły i przeliczanie dziesiątych, setnych i
tysięcznych części stopnia z danych przekazywanych przez GPS wprawiało go w
furię. Dla niego czas zatrzymał się na sekstansie i astrolabium…
Nalałem
mu kubek kawy i podałem. Podziękował skinieniem głowy.
-
Pogoda? - kapitan Mehner zapalił fajkę i rzucił okiem na monitor pokładowego
komputera.
-
Paskudna panie kapitanie. Wieje coraz mocniej i to od południowego-zachodu –
odparłem – fala zapowiada się co najmniej ósemka. A mamy już pięć-sześć. Robimy
ledwie pięć węzłów. Idzie huragan i to dziesiątka – jedenastka.
Stary
skinął głową.
-
Co obok nas? – zadał kolejne pytanie pykając z fajki.
Pytał
o przepływające obok statki.
-
Na północ od nas frachtowiec „John Willmann”, brytyjczyk, piętnaście mil. Na
południowym wschodzie wycieczkowiec „Serenade of the Seas”, dwanaście mil,
idzie z Nassau do Hamilton. Dwie mile dalej norweski „Nordheim” i jakiś hiszpan
„Leonian” też idą do Miami. I za nami dwadzieścia dwie mile rosyjski
„Wołgobałt-315”
z Hamilton na Kubę.
Stary
uniósł brwi.
-
Wołgobałt?
Potwierdzam
skinieniem głowy.
-
Przecież to nie są jednostki oceaniczne.
-
Ano nie są – wzruszyłem ramionami – ale jak widać… Zresztą to ich biznes, mogą
mieć kłopoty, w razie czego dopłyniemy do nich w cztery godziny.
-
Wolałbym nie… - stary pokręcił głową.
-
Ja też… - odparłem, bo obaj myśleliśmy o tym samym. Wolelibyśmy nie mieć
rozbitków na burcie…
Kapitan
pomyślał przez chwilę.
-
Niech pan da nieco bardziej na północ, w razie czego…
-
Aye, aye – odpowiadam – sternik,
proszę dać pięć stopni na prawą burtę.
Sternik
kręci kołem.
-
Panie pierwszy, jest pięć stopni na prawą burtę.
-
Tak trzymać.
-
Tak trzymać.
-
Co z lewoburtową pompą? – Mehner rzucił okiem na komunikaty meteo.
-
Chief i jego ludzie zrobili ją w nocy. Chodzi jak nowa.
Chief
Arthur McArthur był mechanikiem z Glasgow i mistrzem w swoim fachu. Załoga go
lubiła za dobry humor i ogromną wiedzę o wszelkich urządzeniach i maszynach,
które kochał i pieścił w przeciwieństwie do mrukliwego Mehnera.
-
No dobrze – kapitan wyraźnie poweselał. – Musimy się dopchać pod osłonę lądu
jak najszybciej. Wolę nie ryzykować katastrofy na pełnym morzu, i obaj wiemy,
dlaczego.
Stary
obawiał się tego, czego obawiał się każdy z nas wybierając się w ten rejs. Cała
załoga musiała podpisać zobowiązanie o zachowaniu milczenia, ale tylko kapitan
i ja dokładnie wiedzieliśmy, co wieziemy naszą MV „Caribbean Pearl” z Hamburga
do Miami… Załoga mogła się tylko domyślać, że ładunek jest wyjątkowo
niebezpieczny. A gdyby wiedziała? Sprawa była TOP SECRET. Hamburg był portem
wyjściowym jak Miami było portem docelowym, tylko na papierze, bo w
rzeczywistości szliśmy z Brestu do Galveston, gdzie znajdowały się zakłady
przetwórcze świństwa, które wieźliśmy.
-
Do lądu mamy daleko, a przeczekać sztorm na Bermudach, wolałbym nie – rzekł
kapitan. – Poza tym nie mam ochoty odpowiadać na głupie pytania ich celników.
-
Ja też panie kapitanie.
Pociągnąłem
potężny łyk kawy i spojrzałem znów za okno. Wiatr tężał, fala powoli podnosiła
się. Bujało nami nieźle. „Carribean Pearl” była krótka ale pękata, jak
hanzeatycka koga. Była jednym z pierwszych statków zwodowanych przez Norwegów
po wojnie, przystosowana do żeglugi po Bałtyku i morzach Północy, a nie
subtropikalnych wodach Atlantyku, gdzie trudno było o pola lodowe czy nawet
lodowe kęsy kry, które mogłaby kruszyć jej wzmocniona dziobnica. Krótki, pękaty
kadłub miał to do siebie, że statek kiwał się na wodzie jak boja. Ale nie
rzucał się w oczy w portach całego świata i dlatego idealnie nadawał się do
przewożenia ładunków specjalnego przeznaczenia, które przewoziliśmy od pewnego
czasu z krajów Unii Europejskiej do Stanów i z powrotem. Oczywiście nie za
zwyczajne stawki, ale trzy i czterokrotnie większe. No bo ładunek też był
nieciekawy. Bardziej niebezpieczny, niż całe stado wściekłych rekinów. Albo
kaszalotów, o orkach nie wspominając…
-
Może skręcimy na południe? – poddałem kapitanowi pewne rozwiązanie. – To
pozwoliłoby nam zejść z drogi Xavierowi.
Xavier, to był ten tropikalny huragan, który
szedł od Zatoki Meksykańskiej na wody Atlantyku. Miał siłę sławetnej Kariny i
teraz pchał się przez Cieśninę Florydzką na północ – północny-wschód. Dokładnie
w naszym kierunku.
-
Myśl niezła, panie pierwszy – kapitan łypnął na mnie z uznaniem w jednym oku. –
Tylko że musimy w takim razie sztormować w samym centrum Trójkąta Bermudzkiego.
Spojrzałem
na niego ze zdumieniem, a sternik psyknął śmiechem.
-
Chyba pan nie wierzy w te bajki, Herr
Kapitän, nich wahr? – zapytałem.
-
Bajki i nie bajki, panie pierwszy – odparł z niezmąconym spokojem – morze ma to
do siebie, że można znaleźć w nim wszystko. Od bursztynu i buł manganowych aż
do Syren i nawet Godzilli, o wężach morskich nie wspomniawszy.
-
Co do pierwszego się zgodzę, co do drugiego… Jakoś ich nie widziałem –
mruknąłem patrząc za okno, gdzie przewalały się ciężkie fale – a pływam już nie
od wczoraj.
-
No to nie zdziw się pan, kiedy jakąś spotkasz – Stary spojrzał na mapę –
idziemy za pańską radą pierwszy, w sam środek paszczy potwora i módlmy się,
żeby nas nie połknął…
* * *
Kontrola
ładunku, to była moja działka. Obijając się po trapach zszedłem do ładowni,
gdzie na grubych, drewnianych paletach znajdowało się trzydzieści szarych
pojemników przypominających mi ogromne trumny. Na gładkich powierzchniach nie
było żadnych napisów czy oznaczeń. Nawet symboli czy ostrzegawczych
piktogramów. A przecież powinny być, gdyby to był normalny statek i normalny
ładunek. Rzecz w tym, że nie był to ani normalny statek, ani normalny ładunek.
Nawet załoga nie była normalna. Zbieranina z różnych krajów, dobrana bardzo
dokładnie w jeden zespół. Teoretycznie nie powinna działać, ale działała dobrze
i precyzyjnie i to od dwa tysiące drugiego roku, kiedy po raz pierwszy
skorzystano z naszych usług – a raczej nie, to nas powołano do tego, byśmy te
usługi świadczyli…
„Carribean
Pearl” coraz bardziej kołysała się na fali. Obijając się o grodzie obszedłem
dookoła ładownię i sprawdziłem każdy pas i każdą stalówkę mocującą ładunek.
Niby mówiono nam, że ładunek jest bezpieczny, ale to nie był cukier czy banany.
Wyjąłem z kieszeni miernik i znów obszedłem wszystkie pojemniki dookoła. Przy
trzecim z kolei licznik zaświergolił. Skończyłem inspekcję i podszedłem znów do
„trójki”. Wyjąłem ze skrytki narzędziowej „żelazko” i włączyłem. Po kilkunastu
sekundach miałem odczyt. Nie było tego wiele, ale dobrze też nie było.
Podszedłem
do telefonu i zakręciłem na mostek.
-
Panie kapitanie, mamy niewielki przeciek. W normie, ale… sam pan wie, licho nie
śpi – powiedziałem do mikrofonu.
-
Ja – przyjął to lapidarnie – ile tego
jest?
-
Czterdzieści dwie jednostki – odparłem.
-
No to nie jest źle – odpowiedział. – Który numer?
-
Trójka – odrzekłem.
Milczał
na chwilę.
-
A pozostałe? – zapyta.
-
OK., tres bien and zehr gut –
odpowiedziałem.
-
No to niech pan zamknie ładownię na głucho i jak najrzadziej tam wchodzi –
rzekł wreszcie. – Aha, i niech pan trzyma ludzi z daleka, żeby tam się nikt nie
kręcił. Poza tym niech pan idzie spać, póki co, bo najbliższa doba da nam
popalić. Komunikat z Nassau mówi o dziesiątce.
Tyle
wiedziałem sam. Pokład pod nogami kołysał się coraz bardziej niebezpiecznie.
Kazałem rozwiesić sztormliny na pokładzie i dopilnować zamknięcia wszystkich
włazów. Pnąc się po stromych trapach do góry myślałem o tym, by walnąć się na
koi i odespać swoje osiem godzin. Na kołysanie byłem uodporniony, ale
przytępiało mnie i w czasie sztormu zawsze czułem się niedospany. Spojrzałem na
barometr – ciśnienie spadało na pysk. Była ósma pięćdziesiąt, kiedy wreszcie
przekroczyłem próg mojej kabiny. Zmęczony jak zgoniony pies rzuciłem się na
koję i usnąłem nawet nie wiedząc kiedy…
5 grudnia, godzina 17:13 EST
Dzwonek
telefonu przywrócił mnie do rzeczywistości z otchłani snów. Spojrzałem na
zegarek i podniosłem słuchawkę, co było z mojej strony szczytem możliwości
ekwilibrystycznych – statkiem rzucało na falach, jak spławikiem, kiedy złapie
się na haczyk potężna ryba.
-
Halo! – powiedziałem do mikrofonu pokonując opór gardła. – Co tam znowu?
-
Panie pierwszy, niech pan przyjdzie na mostek – usłyszałem głos wachtowego,
Franka Bannistera, naszego trzeciego oficera – tylko szybko, mamy kłopoty!
Poderwałem
się na równe nogi i biegnąc na mostek ubierałem się w biegu. Wpadłem po dwóch
minutach na mostek zastanawiając się, ile siniaków sobie nabiłem waląc całym
ciałem w grodzie…
-
Co jest Frankie? – zapytałem dopadając do niego i łapiąc pierwszą lepszą
poręcz.
-
Spójrz tutaj – powiedział wskazując na zielonkawy ekran radiolokatora – co
widzisz?
Spojrzałem.
Na
ciemnej tafli monitora radaru widziałem współśrodkowe ciągi fal, co było czymś
normalnym w czasie sztormu, gdzieś na zachód od nas widoczna była potężna plama
wycieczkowca, który chyba stał w dryfie albo poruszał się tak powoli, że było
to niedostrzegalne. Druga, mniejsza była na kontrkursie.
-
O co chodzi? Nic nie widzę poza tymi dwoma łajbami.
-
No to teraz spójrz tam – trzeci wskazał coś za szybą w kierunku rufy.
Spojrzałem
i poczułem, jak drętwieję.
Ocean
przed nami przypominał nieprzytomną kotłowaninę fal gnanych wiatrem z
południowego zachodu. Spojrzałem na boki, i ujrzałem taki sam krajobraz. Za to
od tyłu…
To
wyglądało jak ogromna bruzda o szerokości co najmniej mili i długości po
horyzont. Z tej pozycji nie widziałem jej głębokości, ale musiała być ogromna.
I zbliżała się powoli do nas. Może mi się zdawało, że powoli, bo w takich
chwilach czas rozciąga się jak guma-balonówka…
-
By God… panie pierwszy, co robimy?
-
Na razie dobre wrażenie – mruknąłem – idzie z tyłu, mamy szansę. Trzymaj kurs, niech
TO weźmie nas od tylca…
-
Sternik! Trzymaj kurs – poleciłem sternikowi i zaparłem się mocniej na nogach.
-
Oui mon Capitain – odpowiedział Loic
Breitone, rosłe chłopisko z Normandii – trzymam dwa-sześć-pięć!
-
Co to może być? – zastanawiał się drugi.
-
Na mój rozum, to fala solitonowa – mruknąłem – taka, która ponoć skończyła
„Threshera” w sześćdziesiątym siódmym…
-
Trzecim, szefie – poprawił mnie Loic.
-
Yhmmm… - przytaknąłem – zgadza się, w trzecim, a tak à propos, to TO zaraz tu będzie.
-
Nie ogłaszamy alarmu? – zdziwił się Loic.
Pokręciłem
głową przecząco.
-
Nie, już jest za późno. Obawiam się, że więcej ofiar byłoby, gdybym go ogłosił
teraz…
Nie
dokończyłem. Morska rozpadlina dopadła „Carribean Pearl” i zaczęła wciągać ją w
swą wodną otchłań. Rufa statku zapadła
się naraz w przepaści, zaś dziób poszedł ostro w górę.
-
Trzymajcie się! – krzyknąłem, może niepotrzebnie, bo wszyscy złapali co kto
mógł, by utrzymać się na nogach.
Spojrzałem
w dół – rufa statku powoli zbliżała się do dna doliny tej niezwykłej fali.
Zagwizdało w rurze.
-
Mostek, co się dzieje? – rozległ się głos chiefa.
-
Na razie wszystko OK. – odpowiedziałem – przegotujcie się na jazdę w drugą
stronę.
-
Superfala? – to było bardziej stwierdzenie, niż pytanie.
-
Coś w tym rodzaju – odpowiedziałem, a potem zatkałem rurę, bo na rufę zwaliły
się masy wody, kiedy osiągnęła dno fali. „Carribean Pearl” powoli prostowała
się, a po chwili rufa podniosła się niemal do zenitu. Dmuchnąłem w rurę.
-
Maszyna! Zaczynamy jazdę w drugą stronę!
-
OK., trzymamy się!
Statek
znów zaskrzypiał wszystkimi wiązaniami, kiedy zaczął wspinać się po stoku
ekstrafali.
Po
minucie było już po wszystkim. Morze wokół nas było znów spienione i
rozfalowane, a „Carribean Pearl” kiwała się jak korek na fali. Słowem wszystko
wróciło do normy.
-
Zadzwoń do starego – poradziłem trzeciemu – a mnie tutaj nie było. Idę na
kontrolę ładunku i niech wszyscy trzymają się jak najdalej od ładowni.
-
OK., panie pierwszy!
-
No, bawcie się dobrze – odrzekłem. – Aha, i nadaj ostrzeżenie CQ o tej fali.
Może ktoś mieć cholerne kłopoty – pomyślałem o wycieczkowcu.
Zszedłem
z mostka i ruszyłem w stronę ładowni obijając się niemiłosiernie o grodzie i
schody trapów. Po kilku minutach znalazłem się wśród szarych pojemników. Obejrzałem
je dokładnie – wyglądały na nienaruszone. Jazda w dół i w górę tą piekielną
windą nie uszkodziła żadnego z nich. Odetchnąłem z ulgą. Na wszelki wypadek
wziąłem detektor i podszedłem do „trójki”. Włączyłem go i jęknąłem – czerwona
kontrolka wielkości łebka dużej mrówki zajarzyła się ostrzegawczo. Spojrzałem
na podziałkę – było już 136 μSv/h i to promieniowania beta/gamma. Wyglądało na
to, że kłopoty możemy mieć, i to my. Gdzieś puściła osłona biologiczna
wiezionego przez nas ładunku wypalonych prętów z francuskich i niemieckich
reaktorów jądrowych, które szły do przeróbki w Stanach, i teraz to świństwo –
wyjątkowo „gorące” i toksyczne mogło zagrozić i nam. Promieniowanie grzało te
cholerne pojemniki i w ładowni było ciepło. Jakieś 30˚C. Podniosłem słuchawkę i
wykręciłem numer kapitana.
-
Mehner, słucham – odezwał się głos Starego.
-
Pierwszy z tej strony – odpowiedziałem – niestety panie kapitanie, mam złe
wieści.
-
Ja?
-
Jawohl, „trójka” nadal ma przeciek i
to już sto trzydzieści sześć jednostek. Poza tym ładunek zaczyna się grzać. To
przez tą cholerną falę…
-
I niedbalstwo właściciela ładunku. Firma Phènix d’Or nie zabezpieczyła
właściwie tego gówna i mamy teraz problem.
-
Co robimy? Zamykamy dalej ładownię dla załogi i może ją przewietrzymy? Na zewnątrz
jest tylko piętnaście stopni, więc trochę się to schłodzi.
-
Nie, póki pada. Woda może się dostać do pojemnika i…
Jasne,
mogło dojść do niespodziewanej reakcji chemicznej, której zakończeniem mogłoby
być duże bum jak w Czarnobylu i Fukushimie…
-
OK., w takim przypadku czekamy na pogodę. Mam nadzieję, że osłona biologiczna
tego scheissu wytrzyma. Zamykam kram
i ewakuuję się stąd.
-
Proszę wykonać – rzekł Mehner i odłożył słuchawkę.
Wyszedłem
z ładowni i zamknąłem ja na głucho. Wprowadziłem nowy kod do zamka całej
hydrauliki otwierającej pokrywy, na wypadek gdyby ktoś chciał się tam dostać i
do luku wejściowego od strony nadbudówki. A potem poszedłem do siebie.
6 grudnia, godzina 00:30
EST
Leżałem
na koi i usiłowałem zasnąć. Wydarzenia z dnia wczorajszego nie dawały mi
spokoju. Nasza „Carribean Pearl” była specjalnym statkiem do przewozu
ekstra-specjalnych ładunków – najczęściej paliwa jądrowego z USA do Francji i
Wielkiej Brytanii, i odpadów nuklearnych oraz zużytych prętów paliwowych w
drugą stronę. Na mocy porozumienia z kwietnia 2012 roku, w Europie likwidowano
wszystkie elektrownie atomowe starego typu, które zastąpiono elektrowniami ze
źródeł ekologicznych i odnawialnych – jak zrobiono to w Niemczech, albo
elektrowniami jądrowymi nowego typu i budowanymi na obszarach asejsmicznych.
Sprawą zajęła się początkowo UNSCEAR, ale po kilku aferach korupcyjnych w
Polsce Komisja Europejska sama zabrała się za reformowanie i postawiła na
bezpieczeństwo energetyczne całej Unii. Dzięki temu północno-zachodnia Polska i
przylegające do niej okręgi Niemiec stały się energetycznym centrum Europy
Środkowej. Postawiono tam dwadzieścia potężnych elektrowni jądrowych biorących
wodę z Odry i Morza Bałtyckiego. Drugą energetyczną bonanzą stała się
północno-zachodnia Francja, gdzie na Półwyspie Bretońskim anglo-francuskie
konsorcjum Golden Phoenix - Phènix d’Or Co. Ltd., wybudowano tedy tylko sześć,
ale za to gigantycznych elektrowni jądrowych o mocy gigawata. Zaopatrywały one
w prąd niemal wszystkie kraje starej dwunastki poza Grecją, która dostawała
prąd ze Wschodniej Bonanzy.
Oczywiście
taki moloch pochłaniał tony wzbogaconego uranu i toru. Część paliwa jądrowego
dostarczała Unia, ale jedna trzecia pochodziła ze Stanów, Południowej Afryki i
z Australii. I wtedy do Golden Phoenix - Phènix d’Or Co. Ltd. dołączyła się
amerykańska korporacja John Dante Goldman Uranium Mining and Power Co. Amerykanie mieli swoje własne zaplecze
energetyczne bazujące na elektrowniach jądrowych utylizujących reaktory AP-1500
i najnowsze AP-2400. W Europie pracowały reaktory systemu Super Phènix i Ultra
Phènix o mocy też powyżej dwóch gigawatów każdy. Transport tego „gorącego”
towaru odbywał się tylko morzem, by nie narażać na ataki ze strony różnego
rodzaju terrorystów, ekstremistów i innych świrów, którzy już widzieli siebie w
roli panów świata siedzących na bombach. Odbywał się właśnie takimi krypami,
jak „Carribean Pearl” – niewielkimi, nie rzucającymi się w oczy. W manifestach
i konosamentach celnych figurowała „drobnica”. I tylko nieliczni wtajemniczeni
wiedzieli, co woziło się naprawdę. Rządy nie zadawały wiele pytań, wszyscy byli
zadowoleni – nawet protesty ekologów osłabły, kiedy okazało się, że technologia
Super Phènix i Ultra Phènix jest w 99,999% bezpieczna i nie może się powtórzyć
Three Mile Island czy Czarnobyl albo Fukushima. Nawet w przypadku trzęsienia
ziemi o sile 9 stopni w skali Rychtera czy eksplozji nuklearnej w bezpośrednim
sąsiedztwie elektrowni. Poza tym reaktory te odzyskiwały część paliwa jądrowego
i dzięki temu „spalały” mniejszą ilość uranu, toru czy plutonu. Teraz w tym
rejsie wieźliśmy trzydzieści pojemników z elektrowni w Le Havre, w których
miały się znajdować pręty paliwowe. Oczywiście zużyte pręty. Zapakowane w kilka
warstw ołowiu, kadmu i czegoś tam jeszcze, co miało zabezpieczać przed
promieniowaniem. A jednak nie zabezpieczyło i „trójka” mnie martwiła.
Promieniowanie oznaczało kłopoty. A tego chcieliśmy wszyscy uniknąć.
Przynajmniej Stary i ja.
Ktoś
cicho otworzył drzwi i wśliznął się do mojej kabiny. Pewnie Royas, nasz drugi
oficer, któremu zapewne zabrakło whisky i pożyczał sobie ode mnie butelczynę.
-
Miguel! – powiedziałem głośno nie otwierając oczu – nie zapomnij oddać!
-
Robert, to ja… - usłyszałem cichy szept.
Otworzyłem
oczy i moje spojrzenie padło na siedzącą w kucki obok koi młodą kobietę.
Delikatne rysy twarzy, długie włosy w kolorze ciemnego, miodowego bursztynu i
szeroko rozwarte zielone oczy. Te włosy były jej jedynym odzieniem, z którego
krople wody spływały na wykładzinę.
-
To ja… - powiedziała Janta – poznajesz mnie chyba?
Podniosłem
się i usiadłem na koi.
-
Skąd się tutaj wzięłaś? – zapytałem. – Przecież…
Podniosłem
się z koi, a ona z kucek i po prostu zarzuciła mi ręce na szyję. Odruchowo
przygarnąłem ją do siebie. Była jeszcze mokra, więc wypuściłem ją z uścisku i
dałem ręcznik kąpielowy. Spokojnie wycierała swoje modelowe ciało zawodowej
sportsmenki.
-
Co tutaj właściwie robisz? – zapytałem znowu.
-
Nie cieszysz się, że jestem z tobą? – zapytała patrząc na mnie spod oka – bo ja
bardzo się cieszę…
Westchnąłem.
To było tak nieoczekiwane, że nie wiedziałem jak zareagować.
-
Cieszę się oczywiście – rzekłem niepewnie – ale zjawiłaś się tak…
nieoczekiwanie, że…
Uśmiechnęła
się błyskając ząbkami.
-
Oczywiście, rozumiem – odrzekła – najpierw daj mi coś do ubrania.
Dałem
jej koszulę i bermudy. Włożyła je i usiadła obok mnie. Objąłem ją ramieniem, a
ona przytuliła się do mnie. To wszystko to było zbyt piękne, by było prawdziwe.
Chociaż…
* * *
Janta…
To niezwykłe imię poznałem w czasie ostatnich wakacji w Danii. Zaszyłem się na
jakimś cholernym zadupiu pod Lemvig. Spokój, cisza, ciepły kwiecień i
przepiękne okolice… I właśnie wtedy po raz pierwszy spotkałem ją. Jantę. Na
kąpielisku w Ferring. Wyszła z morza w niebieskim bikini i podeszła akurat
właśnie do mnie. Zresztą plaża była niemal pusta i poza mną nikogo nie było w
zasięgu wzroku.
-
God dag – powiedziała z uroczym
uśmiechem.
-
God dag – odpowiedziałem. – Niestety
nie mówię po duńsku.
-
Nie szkodzi, ja też nie. Jesteś tutaj na wczasach? – zapytała po angielsku
jakbyśmy się znali od Bóg wie, jak dawno.
-
Można to tak nazwać – bąknąłem nieco zdumiony jej obcesowością.
-
Przepraszam, ale nie wiedziałam, jak zacząć tą rozmowę – uśmiechnęła się do
mnie – by wypadło to jak najbardziej naturalnie.
Spojrzałem
na nią ze zdumieniem.
-
A tak – podjęła – chciałabym z tobą porozmawiać na kilka tematów, które
interesują ciebie i mnie.
-
Czy nie uważasz, że to trochę za szybko? – wyraziłem wątpliwość.
-
A na co czekać? – odparowała – życie mamy jedno i to krótkie. Mam na imię
Janta, a ty?
-
Robert – odpowiedziałem – Bob dla przyjaciół.
-
OK. Bobby, Bobik? Może być?
-
Jeżeli jesteś przyjaciółką, to zawsze…
I
tak sobie rozmawialiśmy pławiąc się w kwietniowym słońcu, które już zdrowo
przypiekało. A kiedy słońce zawisło nad mglistym horyzontem, to podniosłem się
z kocyka i ruszyłem w kierunku samochodu.
-
Jesteś Polakiem? – zdumiała się na widok mojego auta i jego tablic
rejestracyjnych.
-
A to coś złego? – odparowałem.
-
Nie, przecież tu jest dużo Polaków. A tak by
the way, czy wy nie potraficie zlikwidować bezrobocia u siebie w kraju, a
musicie rzucać wszystko i wyjeżdżać Bóg wie gdzie?
Westchnąłem.
Ile razy będę musiał jeszcze odpowiadać na to pytanie i tłumaczyć
Europejczykom, że Polacy są dzielni w czasie wojny, ale beznadziejni w czasie
pokoju…?
-
Jakby ci to powiedzieć – zastanowiłem się na moment – Polacy są wspaniali,
mądrzy i skłonni do poświęceń w imię ideałów i wiary tylko wtedy, kiedy mają
bat nad grzbietem i bagnet na gardle. Ale kiedy mogą stanowić sami o sobie,
wtedy najczęściej przegrywają sami ze sobą.
Pokiwała
głową.
-
To dość lapidarna, ale bardzo celna ocena twojego narodu.
-
Ale tak właśnie jest.
-
I dlatego wyjechałeś z Polski?
-
Dokładnie tak, poza tym nie potrafię żyć w tak silnie sklechizowanym kraju.
-
W jakim? – zapytała z bezbrzeżnym zdumieniem.
-
Sklechizowanym. Opanowanym przez klechów.
-
Aha, rozumiem. I nie dziwię ci się. Z takimi poglądami nie masz tam nic do roboty…
Odprowadziła
mnie do samochodu, a potem wróciła pomiędzy wydmy. Nazajutrz spotkałem ją
znowu. Wyszła z morza, jakby znikąd, usiadła obok mnie i gadaliśmy o wszystkim
i o niczym. Spodziewałem się jakichś pytań dotyczących mojej pracy, jakichś
zakamuflowanych aluzji czy innych prób sondowania mnie przed zwerbowaniem mnie
do tajnej współpracy, ale nie było niczego takiego. Wreszcie nie wytrzymałem z
ciekawości i zadałem jej pytanie:
-
Gdzie ty właściwie mieszkasz?
-
A co masz na myśli? – odpowiedziała z zagadkowym uśmieszkiem.
-
No, gdzie twój dom, praca, rodzina i tak dalej…
-
Tam – rzekła i ruchem głowy wskazała na morze.
-
Co oznacza tam? – zapytałem – za morzem? Jesteś Angielką? Szkotką? Irlandką?
Islandką?
Roześmiała
się.
-
Nie uwierzysz jak ci powiem – odparła.
-
Dunką? – ciągnąłem dalej – Niemką?
-
Nie. Ale to co ci powiem zawierzam twojej uczciwości i dyskrecji.
Poczułem
jak unoszą się moje brwi.
-
To aż taki sekret?
-
Aż taki – odpowiedziała poważnie i w zieleni jej oczu nie było cienia wesołości
czy przekory.
Zastanowiłem
się na moment.
-
OK., cóż to za sekret?
Rozejrzała
się dyskretnie na boki. W zasięgu wzroku nie było nikogo, tylko gdzieś w oddali
jacyś wędkarze biczowali żyłkami sine fale.
-
Wierzysz w istnienie poza ludźmi rozumnych ras na naszej planecie?
Pytanie
było tak nieoczekiwane, że poczułem całkowity zwis kopary. Taki na full ahead.
-
Zaraz, zaraz – odpowiedziałem niepewnym głosem – chcesz powiedzieć, że ty…
Skinęła
głową.
-
Jestem Syreną. Janta to imię wywodzące się od słowiańskiego jantaru. W Rosji
nazywają nas Rusałkami. W krajach anglosaskich Morskimi Pannami – Mermaids.
Pokręciłem
głową.
-
Nu, ja sowsiem nie uwierien –
powiedziałem po rosyjsku. – Wy nie
Rusałka i nie morskaja diewa… Zatiem ukażcie wy mnie wasz rybij chwost.
-
Nie musisz wierzyć, ale właśnie tak jest – odpowiedziała po polsku i roześmiała
się. – A tak à propos, kto cię uczył
rosyjskiego?
-
Dziadek, a co?
-
Masz czystą wymowę, bez nalotów z ikaniem i akaniem. Literacki.
Mówiła
czysto, bez akcentu. Ale nie dowodziło to niczego. Języków można się nauczyć…
-
No dobrze, a możesz pokazać mi jakiś bezpośredni dowód? – zapytałem po polsku i
byłem szalenie ciekawy, czy zrozumie.
-
Jeżeli przez bezpośredni dowód rozumiesz rybi ogon, to oczywiście tak. Chodź ze
mną – rzekła i podniosła się z kocyka, na którym siedzieliśmy. – Uwierzysz
wreszcie, jak ci pokażę?
Jej
polszczyzna była bez zarzutu.
-
No chodź – podała mi rękę.
Wstałem
i ująłem jej dłoń. Była ciepła, delikatna, kobieca. Normalna.
A
jednak.
Weszliśmy
po pierś w wodę, która była zimna jak to o tej porze roku. Janta ujęła mnie
ramieniem za szyję i podniosła nogi tak, bym mógł ją ująć pod kolanami.
-
Patrz teraz! – powiedziała.
I
na moich oczach doszło do przemiany. Jej pokryte gładką i opaloną skórą nogi
pokryły się mniej więcej do pasa drobną, srebrzystą łuską. Zamiast stóp
pojawiła się szeroka, niebieskawa płetwa w kształcie półksiężyca. Nie była
pionowa jak u ryb, ale pozioma jak u delfinów. Z jej ciała zsunęły się gdzieś
niebieskie majteczki i staniczek, a mój wzrok wyłuskał ładne, kształtne i
jędrne piersi. Poczułem się głupio.
Janta
machnęła ogonem i stanęła z powrotem obok mnie. Powoli włożyła swe bikini.
-
Jak ty to… - wybełkotałem z lekka oszołomiony.
Oczy
Janty zaśmiały się. Ujęła mnie za szyję i pocałowała w usta.
-
Teraz mi wierzysz? – zapytała.
-
Wierzę, bo widziałem i dotykałem – odrzekłem kłapiąc zębami.
Rzuciła
mi rozbawione spojrzenie.
-
Jasne – rzekła lekko – wychodzimy, bo się przeziębisz. Ty też zmieniłeś kolor,
na sino – blady.
Faktycznie,
telepało mną potwornie. Woda musiała mieć jakieś dziesięć – dwanaście stopni i
nie więcej. Drętwiejąc z zimna wyszedłem
na plażę. Janta szła za mną krok w krok, następnie wzięła ręcznik i zaczęła
mnie intensywnie wycierać. Sama wyschła błyskawicznie.
-
Przyspieszasz przemianę materii i rozgrzewasz organizm? – zapytałem domyślnie.
-
Przystosowanie ewolucyjne – odrzekła – to się samo robi, bez udziału mojej
świadomości. Mechanizm obronny, jak wolisz.
Skinąłem
głową. Przynajmniej to rozumiałem.
I
naraz zdałem sobie sprawę, że przeszedłem jakąś inicjację i wszedłem w inny,
zupełnie nieznany mi wymiar rzeczywistości.
-
Tak właśnie jest – usłyszałem jej głos – to była inicjacja.
-
Jak to inicjacja? – zapytałem – do czego? Czekaj, ty czytasz mi w myślach?
-
Czytałeś chyba „Married to a Mermaid” Lloyda? Coś takiego było i nadal jest
możliwe. A co do czytania w myślach, to bardziej je wyczuwam, niż czytam
Poszperałem
w pamięci. I przypomniałem sobie.
-
Owszem, pamiętam, było coś takiego. Ale co to znaczy?
-
No tylko to, że jesteś moim narzeczonym – odpowiedziała. – W końcu nie
rozbieram się przed byle kim i nie oddam się byle komu, tylko tobie.
Szczęka
znów walnęła o piasek.
-
E… czym? Kim?
-
Moim narzeczonym – odpowiedziała spokojnie – ja cię wybrałam i nie sądzę, byś
miał się długo nad tym zastanawiać.
Usiadłem
na kocyku. To było delikatnie mówiąc bardzo nieoczekiwane. Dwa dni znajomości i
coś takiego!
Janta
pochyliła się nade mną i pocałowała mnie znowu w usta. Jej wargi były ciepłe i
wilgotne. Normalne, jak u normalnej kobiety.
-
Prześpij się z tym. I do jutra. Mam nadzieję, że chcesz się ze mną spotkać
jeszcze raz – szepnęła mi w ucho i powoli oddaliła się w stronę morza.
Oddalała
się coraz bardziej znikając w falach, aż wreszcie kolejna fala zakryła ją i
Janta znikła z mojego świata. A ja zostałem na ciepłym piaseczku z mętlikiem w
głowie. Resztę dnia spędziłem na wielkanocnym festynie w miasteczku i próbowałem
się bawić wraz z miejscowymi i turystami, ale myślami byłem przy Jancie i jej
dziwnej propozycji.
-
Wspominasz? – usłyszałem jej głos.
Wróciłem
do rzeczywistości. Janta w mojej kraciastej flanelowej koszuli i kolorowych
bermudach wyglądała jak półtora nieszczęścia. Jej spojrzenie też było
niewesołe.
-
Ano wspominam – odparłem. – Wtedy już się nie pojawiłaś, więc sądzę, że się
rozmyśliłaś. Krótko mówiąc wystawiłaś mnie.
Pokręciła
głową.
-
To nie tak. Stało się coś, co mi przeszkodziło i nie mogłam się z tobą spotkać,
choć bardzo chciałam.
Uniosłem
brwi.
-
Co się stało, co to było?
Teraz
ona się zdumiała.
-
Nie pamiętasz? Katastrofa w Kanale La
Manche!
No
tak, zapomniałem. Nazajutrz w Kanale La Manche, na wysokości Bouglone eksplodował potężny
tankowiec „Europe Exxon Express” z pół milionem ton ropy na pokładzie. „3E”
albo „EEE” – jak go nazywano – zderzył się z promem do Dover i dosłownie
wyleciał w powietrze. Zginęło wtedy ponad sto pięćdziesiąt osób na promie i
dwadzieścia cztery na tankowcu. Część nie spalonej ropy poszła w morze. Plama
miała wielkość co najmniej dwustu kilometrów kwadratowych. Media okrzyknęły tą
katastrofę mianem „krwawej Wielkanocy”, a tankowce musiały od tego dnia opływać
Wyspy Brytyjskie od zachodu…
-
Faktycznie – mruknąłem – zapomniałem o tym. Ale nie o tym chcesz ze mną
rozmawiać?
Pokręciła
głową.
-
A zatem słucham – powiedziałem nalewając jej do szklaneczki Jackie Danielsa na
dwa palce i wrzucając kilka kostek lodu. Janta ujęła szklankę i łyknęła nieco
bursztynowego płynu. Odkaszlnęła.
A
ja zamieniłem się w słuch.
6 grudnia, godzina 01:00
EST
-
Co wieziecie teraz, w tym rejsie? – zapytała.
-
To, co zawsze – odparłem – drobnicę i części maszyn.
Spojrzała
na mnie jak na głupka.
-
Nie o to pytam – odparła – co wieziecie NAPRAWDĘ?
-
Według tego, co nam podano we Francji, to mamy na burcie zużyte pręty paliwowe
z elektrowni Le Hauge.
Skinęła
głową.
-
Sprawdzaliście ładunek?
Pokręciłem
głową.
-
Nie radzę – mruknąłem – jest „gorący” a poza tym zamknięty w osłonie biologicznej,
którą można otworzyć tylko w zakładach przetwórczych, a co?
Zignorowała
moje pytanie.
-
Czy któryś z pojemników jest nadaktywny? – zadała kolejne pytanie.
-
Nadaktywny?
-
O matko, czy czasem nie wydziela promieniowania?
-
Ach, o to ci chodzi, tak. Jeden z nich, numer trzy. A co?
Spojrzała
na mnie i pociągnęła długi łyk whisky.
-
Kurwa mać, tego właśnie się obawiałam – zaklęła po polsku – tego się właśnie
bałam, niech to cholera...
Nalałem
sobie potężną porcję Jacka Danielsa i dodałem lodu. Wyglądało na to, że
prawdziwe emocje dopiero się zaczynają i spanie do białego rana mam z głowy.
Pociągnąłem łyk palącego płynu, wpatrzyłem się w sufit i zagwizdałem przez zęby
„Whiskey in the jar…”
-
Nie ma się co przejmować – odrzekłem – w końcu to trochę promieniowania beta
czy gamma…
Spojrzała
na mnie tak, że zrobiło mi się zimno.
-
A neutrony?
-
Nie wiem, mam tylko detektor G-M β/γ.
-
No tak. Wiesz co NAPRAWDĘ macie na burcie?
-
Nooo… - pokręciłem głową. – No nie wiem.
-
No właśnie! Nie wiecie. No to ci powiem! – wykrzyknęła. – Macie tutaj
trzydzieści głowic neutronowych o mocy jakieś sto – sto dwadzieścia kiloton
każda. Jedna z nich albo nawet dwie są niestabilne i jak widzisz promieniowanie
przebiło osłony biologiczne.
-
No nie… - jęknąłem – ty tak poważnie?
-
Nie, żartuję – burknęła – oczywiście, że poważnie!
-
Ale o co tu w ogóle chodzi? – zapytałem.
-
Z tego co wiemy wynika, że Francuzi postanowili się pozbyć kompromitujących
gadżetów i wysłali te zabaweczki do Ameryki. Oficjalnie Francja nie miała
głowic neutronowych, ale jak widać nie było to prawdą.
-
Zaraz, ale przecież Francuzi nie…
-
Ależ tak, i powiem ci nawet, gdzie!
-
Na Mururoa?
-
Też. Ale przede wszystkim w Regganie w Algierii. Tam wszystko się zaczęło. To
było miejsce, w którym Francuzi odpalali swe rakiety balistyczne i kosmiczne, a poza tym zdetonowali cztery
ładunki jądrowe. Jeszcze w latach 60. To się nazywało Gerboise – skoczek pustynny. Najpierw to była Gerboise Bleue – siedemdziesiąt kiloton, potem Gerboise Blanche o mocy około pięciu kiloton, następna była Gerboise Rouge, też poniżej pięciu ka-te
i na koniec Gerboise Verte o mocy
tylko jednej kejti… Dwie z nich były odpalone nad żołnierzami w pełnym uzbrojeniu.
Takie francuskie wydanie amerykańskiego Big Smokey… Potem Algieria uzyskała
niepodległość i Francuzi przenieśli się stamtąd. Rakiety poszły do Kourou w
Gujanie, a głowice jądrowe na Mururoa. Chwytasz?
Skinąłem
głową.
-
Na początku lat 60. ówcześni wojskowi jeszcze nie orientowali się w
możliwościach małych wybuchów jądrowych i wykorzystania ich niszczenia celów
taktycznych. A Francuzi od razu zaskoczyli, że po dodaniu do mieszaniny wodorku
litu pewnej ilości wodorku berylu wzrasta i to bardzo strumień neutronów. No i
wypróbowali to już na Mururoa…
-
To znaczy, że te trzydzieści głowic…
-
…macie właśnie na pokładzie – dokończyła.
Spojrzałem
na nią. Piękna młoda kobieta i taka terminologia. Kurwa, co za czasy –
pomyślałem – takie dziewczyny powinny kochać i być kochane, a nie zajmować się
tym obłędem…
-
A co w drugiej ładowni? – zapytała.
-
Jakieś części maszyn – odpowiedziałem – prawdę mówiąc nie wiem, jakich. W
papierach nic nie ma poza tym lapidarnym stwierdzeniem. Interesował mnie trefny
ładunek.
-
Czyli może być wszystko – zakonkludowała. – Chciałabym to zobaczyć.
-
Hmmm… - mruknąłem – a gwiazdki z nieba panienka by nie chciała?
Uśmiechnęła
się z wysiłkiem.
-
Wierz mi, ale nie. Chcę zobaczyć, co macie w drugiej ładowni.
Zastanowiłem
się na chwilkę.
-
OK. – odrzekłem po kilku sekundach – to się da zrobić.
Podnieśliśmy
się z koi. Oczywiście Janta nie mogła iść tak jak stała, więc dałem jej
jaskrawożółty oilskin z
szerokoskrzydłym kapeluszem sztormowym i wysokie, gumowe buty. Otworzyłem drzwi
i rozejrzałem się po korytarzu. Do zejściówki nie było widać żywego ducha.
Szybko podszedłem do trapu i rzuciłem okiem w dół. Na trapach nie było nikogo.
Statkiem bujało mniej i można było poruszać się dość szybko nie zwracając
niczyjej uwagi. Sztorm cichł i to się czuło. Wycie wiatru na zewnątrz było już
niemal niesłyszalne. Huragan poszedł sobie dalej na północ.
Za
dwa tygodnie będzie wiało i lało w Polsce… - pomyślałem nieco bezsensownie
zważywszy na sytuację, w której tkwiłem.
Skinąłem
ręką i Janta błyskawicznie znalazła się obok mnie.
-
Schodzimy, tylko cicho – szepnąłem.
Szybko
przemknęliśmy przez cztery pokłady i znaleźliśmy się w korytarzu wiodącym do
obu ładowni.
-
Gdzie macie te pojemniki? – zapytała szeptem.
-
W ładowni numer jeden – wskazałem jej na masywny właz. – Ale my idziemy tam.
Wskazałem
w głąb korytarza.
-
Do ładowni numer dwa.
-
Tak…
Ruszyliśmy
i po minucie staliśmy przy drugim włazie. Tu nie było szyfrowego zamka, więc
bez przeszkód otworzyłem właz i wszedłem do ładowni. Janta za mną. Zamknąłem
właz i zaświeciłem lampy ładunkowe.
Całą
przestrzeń ładowni wypełniały wielkie paki stojące na drewnianych paletach. To,
co zawierały było niemal doskonale widoczne spoza zwojów półprzeźroczystej
folii plastykowej.
-
No masz te swoje maszyny – powiedziałem – no i co ty na to?
Janta
podeszła do pierwszej z nich. Przyjrzała się jej dokładnie. Potem do drugiej,
trzeciej i kolejnej… Wreszcie zatrzymała się i skinęła na mnie dłonią.
Podszedłem
do niej, a ona wskazała mi na wnętrze paki.
Rzuciłem
spojrzeniem w tamtym kierunku i zdębiałem. Były tam jakieś ogromne zwojnice
rurek i drutów, które wyglądały jak fragmenty jakiegoś gigantycznego
transformatora czy raczej elektromagnesu…
-
Wiesz co to jest? – zapytała mnie półgłosem.
-
Ni cholery – odparłem – jakiś transformator? Przetwornica?
Pokręciła
głową przecząco.
-
Nie, choć w pewnym sensie masz oczywiście rację – odrzekła.
Miałem
tego dosyć.
Złapałem
ją za ramiona i odwróciłem ku sobie.
-
Słuchaj Syrenko – warknąłem jej wprost w twarz – Powiedz mi, o co tu chodzi?
Zjawiasz się nieproszona, usiłujesz mnie zastraszyć opowiastkami o bombach N.
Teraz też mówisz samymi zagadkami. W co ty grasz? Chcę wiedzieć, o jaką stawkę
nadstawiam karku!
Spojrzała
smutno.
-
Nie ufasz mi? – zapytała cicho.
-
Nie, bo nie mówisz mi prawdy.
-
Ależ mówiłam – odpowiedziała – tam rzeczywiście są te głowice neutronowe…
-
A tutaj? – wysyczałem z resztą pasji, która mną targała.
-
Nie uwierzysz jak ci powiem – odparła.
-
No to choć spróbuj!
Delikatnie
wyswobodziła się z mojego chwytu.
-
Chcesz wiedzieć, to słuchaj. Tu, przed tobą znajduje się rel’sotron, działo magnetyczne, przeciwlotnicza i
przeciwsatelitarna broń XXI wieku.
6 grudnia, godzina 02:00
EST
Ochłonąłem.
Janta objęła mnie i tak przytuleni do siebie staliśmy jak dwie płaczące matki
nad usranym dzieckiem. Byliśmy znowu w mojej kabinie i straszna rzeczywistość
powoli dochodziła do mnie. Ktoś wykorzystał nasze przewozy do swoich niecnych
celów. Komuś znowu marzyły się wojny i rewolucje. Ktoś znów chciał rzucić
żagiew wojny na jako tako stabilny świat.
-
Czym jest to cholerne działo? – zapytałem.
Uśmiechnęła
się.
-
Rel’sotron? O to jest bardzo
wyrafinowana technika. Mówiąc krótko solenoidy, przez które przepuszcza się
prąd są w stanie wyrzucić kawałki metalu ze swego wnętrza. Chwytasz zasadę?
-
Jasne, że tak.
-
No właśnie. Teraz taki solenoid działa jak armata wyrzucająca pociski z
prędkością około 7 Ma, czyli ponad dwa kilometry na sekundę w atmosferze! A
który jest schładzany helem do temperatury zaledwie jednego czy dwóch kelwinów,
to może wyrzucać pociski z prędkością ponad 12 km/s. A jak wiesz tyle wynosi
Druga Prędkość Kosmiczna… Rozumiesz? Można zestrzelić KAŻDY pojazd orbitalny!
To nie jest Wielki Babilon. Coś takiego istnieje naprawdę i… jest na tym
statku.
Usiedliśmy
na koi. Odeszła mnie wszelka senność. Zrobiłem szatana i rozlałem go do
filiżanek.
-
Kto do cholery, chce się bawić w wojenkę? – zapytałem.
-
Nie wiesz? – zapytała z lekkim zdumieniem – cały świat o tym bębni.
-
Nie słucham radia i nie oglądam TV – mruknąłem – kto?
-
Generałowie Hector Zargoza, Alonso Esteranda i Santiago Dourano z Costaricany.
Trzech skrajnie prawicowych generałów obaliło rząd prezydenta Apollona Diaza.
Pucz był doskonale przygotowany. Służby specjalne Diaza, a także Panamy i
Hondurasu niczego się nie spodziewały, ani niczego nie podejrzewały. Armia
wypowiedziała posłuszeństwo prezydentowi, a potem ruszyła na Nounas. Diaz w
ostatniej chwili uciekł do Belize, a po dwudziestu czterech godzinach wszelka
opozycja i opór został zlikwidowany. Zargoza po prostu kazał rozwalić każdego,
kto mu się sprzeciwił. W Nounas ponoć doszło do masakry, ale to wiadomo tylko z
drugiej i trzeciej ręki, bo granice zostały zaryglowane, a dziennikarze
wydaleni w ekspresowym tempie. Łącza internetowe i wszelkie inne zostały albo
przerwane, albo zablokowane. Zargoza postanowił przeciwstawić się wszelkiej
interwencji, a w szczególności amerykańskiej i dlatego potrzebne mu są te bomby
i działo magnetyczne…
Położyła
się na koi. Musiała być zmęczona.
-
Zaraz – powiedziałem trzeźwo – skoro na wszystko jest taki knebel i czapa, to
skąd masz te informacje?
-
Wasze służby ich nie mają, ale nasze tak – odparła. – I powiem ci więcej. Za
tym wszystkim stoi ktoś inny.
Uniosłem
brwi. Jeżeli Syreny miały u nas swe służby, to działały one o wiele sprawniej
od naszych… Zaczynam się bać – pomyślałem.
-
Kto? Chiny, Korea Północna? Może Kuba?
Znów
pokręciła głową.
-
Nie, żadne z nich. To nie ten odcień łajdactwa. Bardziej przypomina to Hitlera
i jego cholerne urojenia, niż Castro czy Kima…
-
A zatem?
-
Twierdza Andyjska – odparła. – Dlatego Amerykanie zajęli się tą sprawą. Nie
chcą mieć pod bokiem jakiegoś Führera,
który, jak widzisz, już sobie znalazł źródełko dostaw broni…
-
… z Francji – dokończyłem niemal szeptem – wierzyć się nie chce…
-
Nie z Francji, ale z Kanady. Wiesz, co to jest AQL?
-
Nie.
-
Armia Wyzwolenia Quebeku. Banda świrów marzących o oderwaniu Quebeku od Kanady
i przyłączenia go do Francji. Ma więcej zwolenników we Francji niż w Kanadzie,
więc teraz rozumiesz ten francuski ślad. Oni załatwili im te głowice, działo i
statek. A teraz słuchaj: nie wolno nam dopuścić do tego, by te fanty wpadły w
ręce tych zbrodniarzy z Costaricany!
Zacząłem
wreszcie myśleć, bo kofeina zaktywizowała moje szare komórki.
-
Raczej ich mocodawców z Festuung Anden
– odparłem. – Co moglibyśmy zrobić? Zatopić tą łajbę z ładunkiem, odpada.
Przekazać ją Amerykanom?
-
Owszem, pod warunkiem, że nikt z Galveston nie będzie na usługach TAMTYCH, a
wszystko wskazuje na to, że jest.
-
Przekazać Brytyjczykom? – zastanowiłem się – mamy dwa dni drogi do Nassau na
Bahamach.
Zastanowiła
się.
-
To by się dało zrobić, pod warunkiem, że załoga nie będzie ci przeszkadzała –
rzekła w zamyśleniu.
-
Przechodzimy pomiędzy Eleutherą a Gran Abaco idąc wprost na New Providence,
więc postaram się wpakować naszą łajbę na rafy gdzieś na północ od Eleuthery.
Mielizn i raf tam dostatek, więc może się udać. Ale to nie wszystko. Trzeba
nadać rozgłos temu, co mamy na pokładzie. Ja nie mam kontaktów z mediami czy
Greenpeace, więc może ty…
Skinęła
głową.
-
Tym się zajmie mój znajomy z Bermudów. Profesor Milczarek. Nie wiem, czy to
nazwisko czy pseudonim, ale on jest jedynym, który może pomóc w takiej
sytuacji. Aha, i jeszcze jedno. Wasz statek jest śledzony przez jakiś inny,
który płynie za wami. To jest zakamuflowana jednostka pełnomorska, która jest
uzbrojona. Taki Q-ship. Na razie was zgubili, ale możecie mieć kłopoty, kiedy
was odnajdą, a tak się stanie.
-
Masz jakąś wizję przyszłości? – zapytałem.
-
Nie, ale oni mają bardzo mocny i bardzo silny radar… - uśmiechnęła się.
-
To ten „Wołgobałt”? Czyli muszę wpakować naszą krypę na rafy tuż obok wejścia
do portu w Port Nassau – odrzekłem – innego wyjścia po prostu nie ma…
-
Dokładnie tak, tych Rosjan z „Wołgobałta” wymordowano i ciała wyrzucono za
burtę zaraz po wyjściu z Hamilton. Rekiny wtroiły zwłoki i teraz będzie jeszcze
jedna legenda więcej o złych mocach Trójkąta Bermudzkiego…
-
No tak, teraz zaczynam rozumieć to, co tu się dzieje… - mruknąłem.
-
A zatem jak działamy dalej? – zapytała podnosząc się z miejsca.
-
Za dwa dni osadzę nasz statek na Devil’s Reef na podejściu do Port Nassau. To
tylko dwie mile od portu. W tym samym czasie musi ukazać się w mediach
komunikat o ładunku, który znajduje się na burcie, ze szczególnym naciskiem na
promieniowanie z niestabilnych głowic N. Musicie napuścić na nas Greenpeace,
prasę, radio i TV, wszystkich kogo tylko się da. I wrzucić wszystko do
Internetu.
-
A co z „Wołgobałtem” i piratami na jego pokładzie? – zapytała.
Uśmiechnąłem
się.
-
To zostawmy Kompanii Szarego Komina[1],
w końcu piraci to ich działka…
6 grudnia, godzina 12:00
EST
Objąłem
wachtę i tkwiłem teraz na mostku. Głowa nieco bolała mnie po nieprzespanej nocy,
ale to było najmniejsze zmartwienie.
O
trzeciej w nocy zszedłem z Jantą na rufę, skąd skoczyła do jeszcze
rozkołysanego oceanu. Na pożegnanie zrobiła stójkę w wodzie i pomachała mi
ogonem. Odprowadziłem ją wzrokiem i poszedłem wykorzystać pozostałe cztery
godziny wypoczynku. Przez ostatnią dobę zrobiliśmy zaledwie pięćdziesiąt mil w
kierunku Bahamów i trzeba było nadgonić opóźnienie. Kazałem maszynie dać „pół
naprzód” i nasza prędkość podskoczyła do jedenastu węzłów. Łajba mogłaby
wycisnąć nawet osiemnaście, ale przy flaucie. Teraz nie było szans, by osiągnąć
więcej, bo oceanem kołysała jeszcze szóstka. Ale im było dalej na południe, tym
lepiej i kołysanie było mniej męczące. Załoga zabrała się za zwyczajną,
rutynową robotę. W sumie wszystko wracało do normy.
Komunikat
meteo z Nassau też nie zwiastował niczego groźnego. Huragan szalał teraz gdzieś
w okolicy Waszyngtonu, zaś tutaj z każdą chwilą niebo było coraz bardziej
pogodne, aż wreszcie rozbłysło słońce. Na radarze znikły widma fal i znowu
widać było wyraźnie ostre echa statków idących na akwenie Trójkąta, do którego
południowego-zachodniego boku zbliżaliśmy się z każdym obrotem śruby. Za nami
widoczne było echo „Wołgobałta”, który szedł za nami trop w trop.
6 grudnia, godzina 18:00
EST
-
Ile zrobiliśmy? – zapytał kapitan Mehner.
-
Następne sto pięćdziesiąt mil – odparłem – kręcimy teraz piętnaście węzłów.
-
No i tak trzymać, panie pierwszy – Stary był najwyraźniej zadowolony.
Nie
mogłem tego powiedzieć o sobie. Położył słuchawkę, a ja westchnąłem.
Nie
powiedziałem mu najważniejszego. „Wołgobałt” trzymał się wciąż z tyłu i to na
stałym dystansie ośmiu mil. Dwukrotnie dałem „małą” i on dwukrotnie zwolnił.
Dałem „całą” i oni też przyspieszyli. Jedno było oczywiste – Janta nie kłamała. Byliśmy śledzeni i tylko byłem ciekawy,
kiedy będą chcieli nas dopaść...
7 grudnia, godzina 01:00
MSK
W
gabinecie dowódcy sił morskich Federacji Rosyjskiej admirała Wiaczesława
Sokołowa było ciemno od dymu. Za oknami na niebie wieczornej Moskwy przemykał kolejny
śnieżny szkwał. Mróz tężał i na ulicach robiły się powoli zaspy. Narada
kończyła się, pozostał jeszcze jeden punkt, który należało przedyskutować.
-
No i mamy punkt ostatni – admirał sięgnął po kolejny plik kartek – kapitanie
proszę referować.
Wskazał
na kapitana pierwszej rangi[2]
Matwieja Aristowa, który wstał i podszedł do ekranu. W gabinecie zgasło
światło.
-
Zacznę od tego – zaczął – że niewiadomym sposobem i w niezbyt jasnych
okolicznościach z naszej bazy Wojsk Rakietowych wykradziono trzydzieści głowic
neutronowych o mocy od trzydziestu do stu kiloton każda. Najprawdopodobniej
sprawcami są separatyści czeczeńscy albo terroryści związani z Al-Kaidą.
Pozostał jeszcze Al-Ansar al-Islam lub pokrewne ugrupowanie albo któraś z grup
mafijnych działających w rejonie bazy w Ust’ Ułuk. Nasz kontrwywiad pracuje nad
tym.
-
Separatyści islamscy odpadają – stwierdził zastępca do spraw operacyjnych
viceadmirał Siergiej Polieskij – przede wszystkim użyliby ich przeciwko nam…
-
Nie wykluczamy żadnej możliwości – stwierdził Aristow – a jest to jedna z
wielu. Osobiście stawiałbym na mafię. Jedna głowica neutronowa na czarnym rynku
kosztuje grubo ponad dziesięć milionów euro.
-
Nie dolarów? – zapytał ktoś z drugiego końca stołu narad.
-
Nie, po ostatnich spadkach na giełdzie w Nowym Jorku, Londynie i Berlinie,
podziemie przestępcze przeszło na rozliczenia w euro albo we frankach
szwajcarskich, a na Dalekim Wschodzie w jenach. Świat się zmienia, panowie…
Trzydzieści głowic to jakieś pół miliarda euro. Pytanie brzmi: kto ma taką
kasę, by mógł za nie tyle zapłacić?
-
Tylko mafia?
-
Albo ktoś, kto chce bardzo użyć tej broni w przypadku agresji, ktoś kto ma
bagnet na gardle – Aristow wyświetlił pierwszy slajd. – Jak zapewne wiecie,
towarzysze, w Costaricanie doszło do przewrotu. Jego scenariusz przypomina
dokładnie wydarzenia w Chile z siedemdziesiątego trzeciego, kiedy to rząd Salwatora
Allendego został obalony przez generała Augusto Pinocheta i admirała Jose
Cezara Mendozę.
-
A zatem zleceniodawcą tej kradzieży była junta wojskowa z Costaricany? –
odezwał się ten sam głos. – Ale przecież wbrew nazwie, ten kraj jest biedny jak
mysz kościelna! Pół miliarda euro, to wartość ich całego PKB z dziesięciu lat…
Rozległ
się śmiech.
-
A jednak to wszystko się zgadza. Głowice zostały wykradzione przez kogoś i
dostarczone do Francji. I jeszcze jedno, wykradziono nam działający model rel’sotronu. Prawdziwe i działające DEM
z Projektu Fonar. Niezorientowani
muszą wiedzieć, że jest to broń elektromagnetyczna wyrzucająca pociski z
ogromną prędkością powyżej 12 km/s, co umożliwia nam zestrzelenie każdego
sztucznego satelity ziemi z jego orbity. Amerykański odpowiednik nazywa się railgun i ma podobne osiągi, ale nasz
jest lepszy, bowiem zastosowaliśmy płynny hel do chłodzenia magnesów co pozwala
na zmniejszone zużycie energii i zwiększenie prędkości wylotowej pocisku. To
wiemy na pewno, bowiem nasi ludzie w MAEA dowiedzieli się, że zostały one
załadowane na statek „Carribean Pearl” i pierwszego grudnia wyprawione do
Galveston. Rutynowa procedura przewozu paliwa jądrowego i zużytych prętów do
zakładów przetwórstwa w Houston. Ale stało się coś niezwykłego, a mianowicie: w
dniu czwartego grudnia na Bermudach został najprawdopodobniej zaatakowany i
porwany nasz statek „Wołgobałt-315”.
Nie wiemy, co się stało z załogą, nasi agenci w Hamilton na razie niczego nie
wiedzą, co się z nimi stało.
-
Przecież to Trójkąt Bermudzki! – zawołał znowu głos z drugiego końca stołu.
-
Towarzyszu kapitanie drugiej rangi[3]
Tkaczenko – admirał podniósł głos jednocześnie usiłując stłumić śmiech – proszę
o powstrzymanie się od nienaukowych komentarzy!
-
Tak jest towarzyszu admirale – Tkaczenko parsknął i się uciszył.
Przez
moment nastrój rozluźnił się, ale szybko powróciła ciekawość. Śmiech umilkł.
-
I co dalej? – zapytał Polieskij.
-
Nasz wywiad satelitarny prowadzi obserwację „Wołgobałta”, który płynie w
odległości ośmiu mil za „Carribean Pearl”. Nie mamy żadnego rozpoznania
sytuacji na jego pokładzie, ale wygląda na to, że nasza załoga zginęła, albo
została zmuszona do pracy na rzecz porywaczy. Tak czy owak trzeba będzie coś z
tym zrobić, żeby znowu Amerykanie nie wieszali na nas zdechłych psów.
Implikacje polityczne towarzysze, mogą być jak najgorsze. Poza tym prezydent i
premier naciskają, by jak najszybciej skończyć tą sprawę, zanim zacznie się
poważny kryzys. Dlatego też proponuję zrobić to tak…
W 24 godziny później, na wodach
Trójkąta Bermudzkiego…
Jeszcze
jeden dzień i będziemy na Bahamach – pomyślałem nanosząc naszą pozycję na mapę.
Znowu za oknem miałem wieczorne niebo, które szybko nabiegało granatem nocy.
Pomyślałem, że w Europie już jest noc, zimna i śnieżna. W domach dzieciaki
czekają na Świętego Mikołaja czy Gwiazdora… Uśmiechnąłem się do tej myśli i
wspomnień.
-
Panie pierwszy, niech pan spojrzy na sterburtę. Na godzinie piątej – usłyszałem
głos Ferra Vojtaššaka wachtowego marynarza, z pochodzenia Słowaka – chyba mamy
problem. To jakaś „atomówka”?
Faktycznie,
od północnego-wschodu szybko zbliżała się nieduża, ale intensywnie ciemna,
niemal czarna chmura. Połączona była z morzem ciemnymi pasmami wirga
rozjaśnionych filetowym światłem błyskawic i faktycznie przypominała ogromny
grzyb, jak po wybuchu atomowym. Znajdowała się jeszcze daleko.
O
w mordę! – pomyślałem – co jeszcze się nam przydarzy?
-
Spróbujemy zejść TEMU z drogi – rzekłem – ster prawo na burt, kurs trzysta
trzydzieści.
-
Jest trzysta trzydzieści!
Przesunąłem
rączkę telegrafu maszynowego na „całą naprzód”.
Dmuchnąłem
w rurę.
-
Maszynownia – usłyszałem w odpowiedzi głos chiefa.
-
Chiefie, niech pan doda trochę obrotów, mamy tutaj mały problem.
-
Jak mały? – zainteresował się chief.
-
Deszczowy szkwał plus burza z piorunami szesnaście mil od nas i zmierza w
naszym kierunku.
-
Nie uciekniemy, ale spróbuję – rzekł – i daję całą.
Maszyny
ruszyły ostro i statek zaczął wykonywać cyrkulację. Na radarze widać było echo
tego CZEGOŚ. Spojrzałem na log, który zaczął piąć się w górę w miarę jak
okrętowe diesle osiągały coraz wyższe obroty.
-
Nie uważa pan, że to jest odbicie niemal pełnometaliczne? – odezwał się Ferro.
Skinąłem
głową. Echo tego CZEGOŚ było jedną jasną plamą na zielonkawym ekranie
radiolokatora…
-
Może coś w tym jest? – zastanawiałem się – jakieś UFO?
Ferrowi
rozbłysły oczy.
-
Pan też tak sądzi?
-
Nie wiem, ale słyszałem o kilku dziwnych wypadkach właśnie w takich
okolicznościach. Jeszcze na początku awiacji w prasie
pojawiały się informacje o spotkaniach samolotów z czymś podobnym i niewiele
się odróżniającym od chmur. Kiedy nasze maszyny wpadały w takie „chmury”, ich
przyrządy psuły się, piloci tracili orientację a w rezultacie tego z latającymi
aparatami, jak wówczas mówiono na samoloty, zdarzały się kraksy i katastrofy, a
niekiedy po prostu przepadały one bez śladu. Jednym z takich incydentów miał
miejsce w USA w 1942 roku. Sterowiec „L-8” pilotowany przez Cody’ego i Adamsa
wystartował z bazy w San Francisco w lot patrolowy wzdłuż wybrzeża. Manewry
statku powietrznego śledziło wielu ludzi z kutrów rybackich i okrętów stojących
na redzie. Wszyscy widzieli, jak sterowiec wleciał do jednego, jedynego obłoku
przepływającego na niebieskim niebie. I jak później okazało się, właśnie w tym
momencie z pilotami sterowca urwał się kontakt radiowy. A potem stało się coś
dziwnego – sterowiec z tego obłoku już nie wyszedł! Po kilkunastu godzinach
znaleziono sterowiec, który znajdował się na wybrzeżu. Spadochrony znajdowały
się na swoich miejscach, radiostacja była sprawna, silniki były sprawne, no
tylko obaj piloci znikli. I tylko pozostało zagadką, jak sterowiec mógł
wylądować na plaży w stanie zupełnie nieuszkodzonym…?
- Naprawdę?
- Ponoć tak.
Zresztą Amerykanie nazwali ten sterowiec The
Ghost Blimp – balon-widmo.
- Niby taki
napowietrzny Latający Holender?
- Dokładnie.
Podobny przypadek miał miejsce w 1930 w Korpus Christi w Teksasie. Tym razem to
był samolot, który eksplodował po tym, jak wleciał w chmurkę. Ciał pilota i
pasażera nigdy nie znaleziono, choć szczątki maszyny rozsmarowało na półtora
kilometra…
- A tutaj?
- O, tutaj
było bardzo ciekawie. Najpierw słynny Charles Lindberg miał kłopoty w czasie
lotu z Hawany na Bahamy. To było w 1928 roku. Potem była historia lotu numer
19, z grudnia 1945… Te mgielne obiekty, jak sądzą niektórzy specjaliści, są
wytwarzane przez Obcych w celu zamaskowania obecności UFO w czasie tego
„polowania na ludzi”. No i zdarza się to najczęściej w miejscach, gdzie
„myśliwi” mają najmniej szans wejścia w pole widzenia niewygodnych świadków.
- Pan tak na
serio…?
- Kto chce,
niech wierzy, kto nie chce… - nie dokończyłem, bo tknęła mnie nagła myśl.
Spojrzałem
na monitor radiolokatora. „Wołgobałt” wlokący się za nami znikł. Po prostu
jakby rozpłynął się w chmurze. Spojrzałem przez lornetę. W opalowych kręgach
lornetki widziałem dziwne, fioletowe błyskawice i lejące się strumienie deszczu. Morze pod dziwną chmurą
było gładkie jak oliwa. „Wołgobałta” nie widziałem nadal. Najwidoczniej skręcił
na południe, albo po prostu ukrył się za deszczową strefą burzy.
-
Co robimy panie pierwszy? – zapytał Vojtaššak.
Zastanowiłem
się na moment.
-
Wracamy na stary kurs, to nie wygląda tak groźnie, jak się wydaje – rzekłem – i
proszę podać mi pozycję.
-
Aye-aye, sir! – Vojtaššak zakręcił
kołem sterowym.
Zakręciłem
rączką telegrafu maszynowego na „pół naprzód” i wibracja maszyn opadła.
Otworzyłem dziennik i poczyniłem wpis na godzinę 18:35 EST.
-
Jesteśmy na 26°26’41” północ i 075°49’12” zachód – powiedział Ferro. – I na
dodatek mamy cztery tysiące siedemset sześćdziesiąt metrów pod kilem.
Pomyślałem,
że to nie ma dla nas najmniejszego znaczenia, ale może mieć znaczenie dla Janty
i jej rodaków. Coś trzeba było zrobić z tym bardakiem, który mieliśmy w
ładowniach. Przy tym ten pieprzony badziew promieniował coraz silniej. Zastanawiałem
się, czy to Syreny nie miały czegoś wspólnego z tą „atomówką”…
8 grudnia, godzina 00:45
EST
Śniło
mi się, że jestem w jakiejś szarozielonej przestrzeni pełnej kołyszących się
miarowo brunatnych kształtów, w której od czasu do czasu zapalały się
niebieskawe i zielonkawe światełka, jakby robaczków świętojańskich. Słyszałem
jakieś niewyraźne głosy, jakby spoza grubej warstwy wody. nadstawiłem ucha, ale
te głosy mówiły coś zupełnie niezrozumiałego. Chciałem się rozejrzeć, ale nie
mogłem, coś krępowało moje ruchy. Głosy stały się głośniejsze. Naraz
dostrzegłem silny błysk, szarpnąłem się mocno i… otworzyłem oczy, w które bił
blask lampki nocnej.
Leżałem
na wznak na koi, wśród skopanej pościeli, a na skraju mojego legowiska
siedziała Janta i patrzyła na mnie swymi zielonymi oczami.
-
To ty? – wychrypiałem – co się stało?
Uśmiechnęła
się.
-
Przyszłam do ciebie – odpowiedziała – czyż to nie jest wystarczający powód?
Usiadłem
obok niej, a ona objęła mnie i położyła głowę na moim ramieniu. Była naga, a
jej gładka, jedwabista skóra emanowała ciepłem. Jej włosy pachniały morską solą
i czymś jeszcze, jakby delikatnymi, ale niesamowicie zmysłowymi perfumami.
Siedzieliśmy tak chwilę, póki nie otrzeźwiałem z resztek snu i nie dotarło do
mnie to, co się dzieje.
-
Jak tu weszłaś? – zapytałem.
-
Normalnie. Wskoczyłam z fali na rufowy pokład, a potem weszłam do nadbudówki i
na drugi pokład do ciebie. To nietrudne, przecież już raz tu byłam…
-???
-
No tak, a poza tym zawsze mogę ciebie odnaleźć. Pomiędzy nami jest taka
specjalna więź, która pozwala mi znalezienie ciebie nawet na końcu świata.
-
Aha, to jest to słynne przywiązanie Syreny do mężczyzny?
Skinęła
głową i roześmiała się.
-
Żebyś wiedział. Dzięki temu nasz gatunek trwa. Wasz zresztą też, tylko że u was
przytępiła to cywilizacja, religia i inne bzdury, którym zawracacie sobie
głowy. My żyjemy bliżej Natury i… - urwała, jakby zorientowała się, że
powiedziała zbyt dużo.
Postanowiłem
pociągnąć ją za język.
-
… i co? – zapytałem.
-
I czerpiemy z Niej nasze siły i możliwości. Natura nie kłamie, tylko trzeba
umieć stawiać jej właściwe pytania – oświadczyła z najzimniejszą krwią i
uśmiechnęła się zagadkowo.
-
Uhmmm… - odpowiedziałem unosząc znacząco brew. Było oczywiste, że mnie zbyła.
-
A tak właśnie jest – powiedziała i pocałowała mnie w usta. Powoli, z
wyrafinowaniem. A ja…
Naraz
poczułem, jak bardzo jej pragnę. I obudziło się we mnie pożądanie.
Oddałem
jej pocałunek, równie delikatny, jak namiętny.
Odsunęła
się ode mnie na moment i jej zielone oczy wpatrzyły się w moją twarz. Strome,
kształtne piersi falowały w rytm oddechu.
-
Fantastycznie całujesz – powiedział cicho – możesz to powtórzyć?
-
Mogę – odpowiedziałem.
Janta
usiadła mi na kolanach i powoli położyła mnie na wznak. Całowaliśmy się
namiętnie. Chciałem ją podnieść i pieścić, ale mi nie pozwoliła. Położyłem się
wygodnie na plecach, a ona na mnie. Leżeliśmy na sobie, ona na mnie i syciliśmy
się swoją obecnością i ciepłem naszych ciał. Nie spieszyliśmy się. Janta
wsunęła delikatnie swój języczek do moich ust, a ja odwzajemniłem się jej tym
samym, potem powoli uniosła się na rękach i wchłonęła mnie w swą głąb.
Zadrżałem
na całym ciele. Był to wcale przyjemny dreszcz.
Zachichotała.
-
I jak? – szepnęła.
-
Cudownie – odpowiedziałem.
Janta
położyła się z powrotem na mnie i jej biodra poruszyły się delikatnie, zmysłowo
i z wyczuciem.
Jej
włosy opadły mi na twarz. A ja zacząłem odpowiadać na jej ruchy. Uniosła się
znów, ale tak, by czubeczki jej piersi delikatnie ocierały się o mój tors.
Po
chwili cicho jęknęła i położyła się na mnie, a ja objąłem ją mocno.
Przyśpieszyliśmy, a nasze oddechy stały się świszczące. Janta wyswobodziła się
znowu z moich objęć i zaczęła ocierać się piersiami mój tors i brzuszkiem o mój
brzuch. Teraz ja zacząłem mocno pracować biodrami.
Janta
opadła na mnie i mocno objęła moją szyję, a biodra dostroiły się do mnie.
Ruszyliśmy do biegu po rozkosz. Po paru minutach poczułem jak dochodzi do
szczytu. I stało się to najciekawsze. Janta krzyknęła cicho i jej ciało
zesztywniało. W sekundę później ja wbiegłem na szczyt i poczułem rozkoszne
mrowienie w dole brzucha. Chciałem wyjść z niej, ale nie mogłem. Janta
literalnie przygwoździła mnie do koi. Szczytowaliśmy oboje ciężko dysząc. Jej
ciało wreszcie się rozluźniło i leżała bezwładnie na mnie.
-
Przepraszam cię – wyszeptała.
Wysunąłem
się z niej, kiedy uniosła się nade mną.
-
Za co? – zapytałem, ale zamknęła mi usta pocałunkiem.
Zsunęła
się ze mnie i mogłem odetchnąć swobodniej.
-
Że nie pozwoliłam ci wyjść ze mnie – powiedziała. – Po prostu chciałam przeżyć
to z tobą do końca…
-
Wszystkie Syreny tak kochają? – zapytałem.
Uśmiechnęła
się i przytuliła do mnie biodrem i bokiem.
-
Owszem, tak. Zresztą wszyscy wasi pisarze o tym piszą. Syrena w łóżku, to jest
to, o czym marzą wszyscy prawdziwi mężczyźni. Ale tylko prawdziwy mężczyzna
może kochać się i zaspokoić Syrenę. Seks z Syreną to nie sport dla zdechlaków.
Parsknęliśmy
śmiechem. A potem oboje osunęliśmy się w ciepłą czerń snu bez widzeń i majaków.
8 grudnia, godzina 06:10
EST
Staliśmy
na rufowym deku zasłonięci wiatrochronem.
-
A zatem wpakujesz tą krypę na mieliznę? – zapytała.
-
Owszem – to jest jedyne wyjście, by to załatwić bez wzbudzania podejrzeń –
rzekłem – będę musiał was poprosić o pomoc. Kompas magnetyczny musi zwariować
na parę minut. Ja unieszkodliwię żyrokompas i tylko w ten sposób będzie można
to zrobić.
Zastanowiła
się na moment.
-
Zatem OK., to się da zrobić – odrzekła – wprowadzisz łajbę na 25°31’08” północ
i 076°53’47” zachód, na płyciznę przy Harour Island. Tylko się nie pomyl.
-
Oh, to jest najmniejsze zmartwienie – mruknąłem – największe zmartwienie mamy
tam – wskazałem za rufę.
-
Aha, ci – stwierdziła – no cóż, zrobimy jeszcze jedną demonstrację straszliwych
i tajemniczych sił Trójkąta Bermudzkiego.
I
zachichotała uroczo.
-
Spadam, robi się już jasno – powiedziała poczym zdjęła płaszcz i buty,
pocałowała mnie w usta i jednym susem przeskoczyła reling.
W
kilkanaście sekund później na grzbiecie nadbiegającej fali zobaczyłem
błyszczący srebrzyście ogon. Odetchnąłem z ulgą i zabierając sztormiak i buty
wszedłem do nadbudówki.
8 grudnia, godzina 16:45
EST
Na
południowo zachodnim horyzoncie pojawił się wreszcie nieco tylko ciemniejszy
pasek lądu. Niemal jednocześnie na ekranie lokatora GPS wyskoczył napis:
Northern Eleuthera.
-
Nareszcie – usłyszałem za sobą głos Starego – nawet trochę wyrobiliśmy się w
czasie.
-
Obawiałem się, że się bardziej spóźnimy, ale jak widać… - odrzekłem patrząc na
ekran radaru, na którym wyraźnie rysowały się kontury Eleuthery, a właściwie
jej dwóch wysepek u północnego brzegu: Harour i Russel Island. Poza tym na
północnym zachodzie majaczyły niewyraźne jeszcze kontury Wielkiej Abaco.
-
Może pójdźmy bardziej na północ, tam jest głębiej – odezwałem się znowu - ponad trzy kilometry. Przecież to Wielki
Kanion Bahamski…
-
Owszem, ale musimy nadgonić jeszcze jakieś pół dnia, panie pierwszy – kapitan
Mehner spojrzał przez lornetę w kierunku brzegu.
To
mi odpowiadało. Na tle brzegu byliśmy mniej widoczni, a nasi przyjaciele z
„Wołgobałta” mogli nas łatwo zgubić nawet na radiolokatorze.
-
Co pan myśli o tym statku? – Stary odezwał się znienacka. – Idzie za nami
niemal trop w trop. Teraz ma do nas tylko dwie mile…
-
Może po prostu robimy im za pilota? – poddałem mu pierwszą lepszą myśl jaka mi
przyszła do głowy.
- Nein, idą za nami przez cały czas od
Bermudów – kapitan pokręcił głową – nie podoba mi się to, panie pierwszy.
-
Ale zniknęli na czas przejścia tego… tej…
-
Wiem, czytałem pański wpis – mruknął. – Lokalna burza, khe, khe, ładnie to pan
nazwał!
Skwitowałem
to milczeniem, które trwało parę sekund.
-
A oni – skinąłem głową w stronę rufy. – Piraci?
-
Żeby tylko… - mruknął – na pańskim miejscu zacząłbym się modlić, żeby to byli
tylko piraci…
-
To aż tak? – mruknąłem unosząc brew. – Nie przesadza pan, kapitanie?
Pokręcił
głową i wypuścił wonną chmurę dymu.
-
Widzi pan, Ruscy pływają na Kubę i do Wenezueli, ale południowymi trasami,
omijając Bahamy i Keysy od południa, do Santiago de Cuba i Manzanillo. Nie
zapuszczają się tutaj. A oni jak pan widzi…
-
Faktycznie, to mi się też nie podoba… - mruknąłem. – Czyli pójdziemy
kryjąc się przy brzegu?
-
Ja, natürlich – kapitan zaczął znowu
obserwować morze. – Niech pan zobaczy na nasz ładunek, OK.?
-
Aye-aye, Captain – powiedziałem i
zszedłem z mostka.
Szybko
pokonałem zejściówkę i znalazłem się przed włazem do ładowni numer jeden.
Wprowadziłem szyfr i zamek odskoczył. Wszedłem do środka i sięgnąłem do
włącznika światła. Pstryknąłem nim i ładownię zalało ostre światło.
-
Ochżesztykurwatwojamać! - wyrwało mi
się po polsku.
Pojemniki
z głowicami leżały porozrzucane po całym pokładzie. Stalówki popękały, a
parciane pasy przetarły się od ruchu statku spowodowanego wysoką falą. Ale nie
to było najważniejsze. Jeden z pojemników pękł i ze środka wysunął się
stożkowaty przedmiot z rosyjskimi oznaczeniami. Zdrętwiałem. Janta miała rację,
to były głowice neutronowe, ale nie francuskie tylko rosyjskie!
Naraz
kilka faktów połączyło się w przerażającą całość…
Podniosłem
słuchawkę telefonu.
-
Panie kapitanie, mamy tu poważny problem – powiedziałem spokojnym głosem – czy
mógłby pan przyjść na dół?
Przez
moment panowało milczenie.
-
My też tutaj mamy problem – Mehner wycedził to do mikrofonu – to niech pan tu
przyjdzie.
Powiedział
to spokojnie, ale takim tonem, że ciarki przeze mnie przeszły. Zrobiłem jeszcze
pomiar radioaktywności, na szczęście nie przekraczała normy, tylko trójka
promieniowała jak zwykle.
Wyszedłem
z ładowni i biorąc po dwa stopnie pognałem do góry. Wpadłem na mostek i
przypadłem do kapitana.
-
Jestem – wydyszałem – co się dzieje?
-
Niech pan spojrzy – powiedział podając mi lornetę i skinieniem głowy wskazał mi
w kierunku rufy. – Nasi przyjaciele mają gości.
-
I to wprost z nieba – stwierdził Loic Breitone stojący przy sterze.
W
polu widzenia lornety zobaczyłem jak „Wołgobałt” stanął w dryfie, a nad nim
uwijają się trzy duże helikoptery, ciemne i bez jakichkolwiek oznaczeń.
Helikoptery stały w zwisie, a z nich na pokład zjeżdżały na linach malutkie
sylwetki…
-
Wygląda na atak komandosów z SAS czy SEAL – mruknąłem.
-
Nie wygląda, bo to JEST atak komandosów – stwierdził kapitan – i co najgorsze
zamierzają i nam złożyć wizytę.
Faktycznie,
jeden z helikopterów ruszył w naszym kierunku i szybko zbliżał się do naszego
statku. Patrzyliśmy na niego i…
-
Scheisse – Mehner wysyczał to przez
zaciśnięte zęby – to ruski szturmowy „Mi-8” albo „Mi-10” w wersji morskiej. To Kubańczycy,
Wenezuelczycy…
-
…albo Rosjanie – dokończyłem za niego.
Helikopter
zawisł nad nami i po linie szybko zjechało trzech uzbrojonych ludzi. Spojrzałem
na ich broń – były to pistolety maszynowe AKS-74U o kalibrze 5,45 mm.
Jednak
Rosjanie – pomyślałem z satysfakcją.
Coś
jeszcze zwróciło moją uwagę – wiszący helikopter był bardzo cichy, niemal nie
słyszało się pracy jego silników, a przecież powinien hałasować jak wszyscy
diabli… Najwidoczniej Rosjanie wynaleźli jakiś sposób wyciszania pracy silników
niemal do minimum.
Tymczasem
trzej komandosi wpadli na mostek i dwóch z nich od razu wzięło nas na muszkę.
Trzeci ku naszemu zdumieniu podszedł do Starego i elegancko zasalutował.
Tego
się nie spodziewaliśmy.
-
Jestem kapitan drugiej rangi Siergiej Porszniew z Marynarki Wojennej Federacji
Rosyjskiej – powiedział bezbłędną angielszczyzną – i żądam wydania rzeczy,
które macie w waszych ładowniach. Należą one do Federacji Rosyjskiej i są
własnością naszego rządu. Zostały nam skradzione, a Matuszka Rossija nie lubi, kiedy się ja okrada. Nie mówiąc już o
tym, że nasz batiuszka Putin był bardzo rozbazylony,
kiedy się o tym dowiedział.
Zatkało
nas.
Skąd
wiedzieli? – tłukło mi się w głowie. – Może złapali Jantę?
-
Witam na pokładzie komandorze – powiedział spokojnie Stary. – Możecie opuścić
broń, tu nie macie wrogów. A co do ładunku, to bierzcie go sobie. Aha, bardzo
proszę o pokwitowanie, jeżeli nie sprawi to panu kłopotów.
Porszniew
skinął głową.
-
Dziękuję – rzekł – mam nadzieję, że wszystko pójdzie sprawnie. A co do
pokwitowania, no cóż, nie wystawiamy. Nie jestem uprawniony do ich wystawiania,
ale skoro pan nalega…
Wyjął
z kabury pistolet i dwukrotnie wypalił w kopułkę kompasu magnetycznego.
Dmuchnął w lufę i schował go z powrotem do futerału.
-
Powiecie, że podli Rosjanie was sterroryzowali i zabrali swoje igruszki – uśmiechnął się jakoś
przepraszająco.
Staliśmy
bez ruchu. Od huku wystrzałów zadzwoniło nam w uszach.
-
No dobrze, Wołod’ka bierzemy co nasze
i zabieramy się stąd! – powiedział to do mikrofoniku swojego walkie-talkie i dwaj jego towarzysze
trzymający nas na muszce wyszli z mostka.
Z
helikoptera opuszczono sieć, do której załadowano zawartość pierwszej ładowni.
Drugi helikopter, który przyleciał znad „Wołgobałta” szybko zabrał zawartość
drugiej. Po kwadransie zostaliśmy sami. Nie mogliśmy uwierzyć, że Rosjanie
zabrali swe zabawki i wynieśli się nie robiąc nam krzywdy…
8 grudnia, godzina 22:00
EST
Staliśmy
na redzie portu w Nassau, a właściwie na akwenie pomiędzy Rose a Paradise
Island, gdzie postawiono nas ze względu na obawy przed radioaktywnością, co nie
miało jakiegokolwiek sensu, boż kręciły się tam cały czas motorówki i żaglówki,
które przecież mogłyby zostać skażone. Władze portowe chciały chyba uspokoić
swoje sumienie i nie wszczynać paniki w tym raju…
Stałem
na górnym deku i patrzyłem na nocne życie miasta. Gdzieś na południowym
zachodzie od czasu do czasu błyskało się, i to bynajmniej nie na pogodę.
Zbliżał się kolejny sztorm, a barometr znów spadał na łeb na szyję. Nadchodził
kolejny sztorm już nazwany Yetta.
Jutro
mieli przylecieć z Galveston dochodzeniowy z Golden Phoenix - Phènix d’Or i
Amerykanie z Uranium Mining and Power, którzy mieli nas przesłuchać na okoliczność
przewozu trefnego towaru – bardziej trefnego, niż zazwyczaj. Ciekawy byłem, czy
spróbują zwalić na nas całą winę za to, co się działo w ostatnich dniach, czy
poszukają kozła ofiarnego gdzieś indziej?
Westchnąłem
i splunąłem przez reling. Trochę dla fanfaronady trochę od złego uroku.
odwróciłem się i już miałem wejść do nadbudówki, kiedy usłyszałem cichy plusk
wody i głos wołający moje imię. Wróciłem do relingu. Z wody od strony oceanu
wynurzała się wdzięczna główka Syreny. Mojej Syrenki.
-
Janta? Co ty tutaj robisz?
-
Chciałam się z tobą umówić – odpowiedziała – co powiesz na spotkanie na plaży
na Rose Island. Tam jest najmniej ludzi, a chciałabym się z tobą spotkać. Od
strony oceanu, OK.?
-
Stęskniłaś się? – zapytałem.
-
Bardzo – odpowiedziała – kiedy przyjdziesz?
-
Postaram się być – odrzekłem. – Powiedzmy o czwartej po południu. Ale co z Yettą?
Machnęła
lekceważąco ręką.
-
O to się nie martw, przejdzie bokiem, nawet nie poczujemy. Trzymam cię za słowo
– odpowiedziała i zanurzyła się, a potem jak zwykle pomachała mi na pożegnanie
ogonem jak delfin.
I
znikła w odmętach.
Wróciłem
na mostek. Pokręciłem się po pokładach, a potem pogoniłem wachtowych do
zamknięcia wszystkich włazów i bulajów. Czyżby Syreny miały jakiś sposób na
uciszenie czy skierowania gdzie indziej tropikalnego huraganu? Tym niemniej nie
miałem ochoty bić się z jakimiś miejscowymi opryszkami czy lokalnymi piratami i
tym samym powiększyć liczbę ofiar Trójkąta…
9 grudnia, popołudnie.
-
Mam wolne, więc płynę na Rose Island – oznajmiłem Staremu. – Może wreszcie
znajdę sobie jakąś Syrenę…
-
A jedź, jedź – kapitan Mehner wzruszył ramionami – tylko wróć przed dwunastą.
Ja też schodzę na ląd z chiefem i wrócę dopiero rano. Zostaje tylko wachta na
mostku i w maszynie.
-
OK. – odrzekłem – wezmę Zodiaka.
Wyszedłem
z kabiny Starego i poszedłem na sterburtę, gdzie kołysał się motorowy ponton.
Drugi stanowił tender komunikacyjny z lądem i był na bakburcie. Przez moment
zastanawiałem się, czy nie wziąć jakiegoś walkie-talkie, ale wreszcie machnąłem
na to ręką. W końcu coś od życia mi się też należało.
Odbiłem
od burty i uruchomiłem silnik. Skierowałem się zrazu w kierunku plaży, ale
potem odbiłem na północ i skierowałem się do cieśniny, by opłynąć Rose Island
od północy. Miałem jeszcze kwadrans czasu do umówionego spotkania. Pogoda była
słoneczna i dość spokojna, tylko na zachodzie widać było ciemną oponę chmur. Tam
szalała Yetta, pastwiła się gdzieś na
Florydzie i jej mieszkańcach…
Opłynąłem
Wyspę Róż od północy i Zodiak wyrwał się na szeroką toń wodną Atlantyku, ale
skierowałem go w stronę White Sand Beach, jej bezludnego odcinka na wysokości
cypla koło Fruit Garden. Wypasione wille i ośrodki wypoczynkowe były po drugiej
stronie wyspy i nikt nam nie mógłby przeszkodzić, zresztą grudniowy sztorm,
który miał nadejść nad te strony skutecznie wypłoszył przyjezdnych. Płynąłem
powoli bacznie patrząc na wodę. I naraz nieco na prawo od dziobu woda zapieniła
się i uniósł się nad nią ogon. To Janta kierowała mnie w kierunku plaży.
Dopłynąłem
do brzegu i rzuciłem kotwiczkę, a sam wskoczyłem do ciepłej wody. To właśnie
było to, za co wręcz kochałem tropiki – ciepła, krystalicznie czysta woda przez
cały rok.
-
Halo! – usłyszałem za sobą.
Odwróciłem
się. Janta podniosła się z wody, obok niej była druga dziewczyna nieco podobna
do niej, tylko jakby nieco młodsza?...
-
Halo… – odpowiedziałem niepewnie – …widzę, że zabrałaś ze sobą przyzwoitkę?
Roześmiały
się.
-
Nie, choć może powinnam – odpowiedziała Janta. – Poznajcie się, to jest Robert.
Bob, to jest Marietta.
-
Cześć Bob – powiedziała Marietta podając mi rękę – jestem jej kuzynką, dlatego
jesteśmy trochę do siebie podobne.
Odpowiedziała
na nie zadane przeze mnie pytanie – pomyślałem – więc jednak one potrafią
czytać w myślach?
Wyszliśmy
z wody na wąski pas plaży, poza którym znajdował się pas niskich krzewów i
trawy, a dalej palmy.
-
Może popłyniemy na Gilligan Island? – zaproponowałem.
-
Na Sandy Cay albo Honeymoon Island? – Marietta uniosła brwi – raczej dziękuję,
za dużo publiczności. Już wolę tutaj.
-
A tutaj można rozpalić ognisko – rzekła Janta i wskazała na suche liście
palmowe i gałęzie leżące poza białym piaskiem plaży. – O ile wiem, to ten
fragment plaży jest publiczny, więc nie doczepi się do nas żaden idiota…
Po
kilkunastu minutach usiedliśmy przy płonącym ogniu.
-
Szkoda, że nie mamy czegoś do grilla – zauważyłem.
-
No, masz rację, nie pomyśleliśmy o tym. Zresztą tak też jest fajnie –
stwierdziła Janta.
-
Za parę minut się ściemni – powiedziała Marietta – więc będzie nam weselej przy
ogniu, a ja nie jestem głodna.
-
Powiedz mi lepiej, jak wam poszło z tymi typkami z Galveston? – zapytała mnie
Janta.
-
Właściwie nijak – odparłem. – Przylecieli, przepytali mnie i Starego oraz
radzika. Nie zjedli nawet z nami obiadu i się ulotnili gdzieś do diabła.
-
Nie dziwi cię to?
-
Nie – odparłem – To ważniaki, white
collars, ale ta cała sprawa jest cuchnąca od A do Zet. Pytali nas, pytali,
i żaden z nich tego nawet nie notował, co im opowiadaliśmy. Wydawało się, że
mają gotowe odpowiedzi na każde pytanie i to całe „przesłuchanie” to czcza
formalność, którą musza odwalić, zanim się wyniosą do siebie.
Janta
zmarszczyła brwi.
-
Nie podoba mi się to – rzekła.
-
Mnie też. Ale…
I
naraz zrozumiałem, co miała na myśli.
-
No nie, sądzisz że to my będziemy kozłami ofiarnymi?
-
Dokładnie tak – odparła – i coś mogą wam szykować, jakąś niespodziewankę.
-
Jaką na przykład?
-
Mina na farwaterze, torpeda w bok, piraci na pokładzie…
-
Już się boję… - mruknąłem – nie przesadzasz aby?
Podniosła
na mnie swe zielone oczy.
-
Nie – powiedziała twardo. – I jestem zdania, że nie powinieneś wracać na
statek.
Zdumiał
mnie jej stanowczy ton.
-
E, tam. Ty chyba jednak trochę przesadzasz – odrzekłem – nie sądzę, by się
odważyli zrobić nam kuku tak blisko portu.
-
A jak się odważą?
-
No właśnie? – nieoczekiwanie poparła ją Marietta – uwierz mi, nie takie rzeczy
działy się w Trójkącie!
-
Przecież to wszystko są ponoć bajędy, nawet nie uczciwy mit – powiedziałem
tonem łagodnej perswazji – więc nie straszcie mnie nimi!
-
Jak uważasz – Marietta podniosła się z piasku i otrzepała nogi oraz kształtną
pupę.
Podeszła
do Janty i usiadła obok niej, a po chwili ich wzrok spotkał się z moim. Janta
podniosła się i uklękła. Jej dłoń powędrowała do boku i jednym ruchem rozpięła
tasiemki i zsunęła z siebie staniczek.
-
OK., ale nie puścimy ciebie tak prędko na twój statek – rzekła.
Marietta
uklękła obok niej, a ona objęła mnie za szyję. Po chwili Janta puściła mnie i
podeszła do ogniska. Paroma szybkimi ruchami stopy zasypała je piaskiem.
Tymczasem Marietta zdjęła staniczek i objęła mnie za szyję.
-
Janta powiedziała, że jesteś prawdziwym mężczyzną – szepnęła – więc chciałabym
mieć z tobą ten pierwszy raz…
Zdjąłem
koszulkę. Janta tymczasem zdjęła Marietcie majteczki. Ta z kolei korzystając z
tego znów całowała się ze mną. Po chwili wszyscy troje zdjęliśmy z siebie
wszystkie ciuszki. Obie dziewczyny uklękły naprzeciwko siebie i zaczęły się
pieścić. Usiadłem za Mariettą i zacząłem pieścić jej piersi, a ona z kolei
pieściła piersi Janty. Dziewczyny znów uklękły zwrócone twarzami do siebie i
muskały się delikatnie wargami po ustach i piersiach. Ukląkłem obok nich i
wsunąłem dłonie pomiędzy ich rozwarte uda pieszcząc z kolei ich myszki. I naraz
wszystkim nam zrobiło się bardzo gorąco…
-
Wstań – szepnęła cicho Janta.
Posłusznie
wstałem, a Marietta ujęła delikatnie ustami moją nabrzmiałą męskość. Delikatny
masaż wargami i językiem był czymś bardzo przyjemnym. Po kilku minutach Janta
oderwała ją ode mnie. Marietta odwróciła się i wypięła swoją pupcię.
-
Weź mnie – powiedziała prosząco.
Nie
musiała dwa razy powtarzać i wsunąłem się w nią na cała długość. Nie wyczułem
żadnego oporu, ale Marietta krzyknęła cicho.
Krzyknęła
i naparła na mnie. Janta klęczała obok niej i pieściła jej piersi, a potem
usiadła przed nią i całowała namiętnie w jej usta. Po chwili Marietta podniosła
się i usiłowała przytulić plecami do mnie, ale to się jej nie udało i
wyskoczyłem z niej.
-
Teraz ty – powiedziała do Janty i obie znów zaczęły się pieścić dotykiem i
wzrokiem…
Janta
wreszcie uklękła przede mną, a Marietta przed nią. otworzyła się przede mną, a
ja wsunąłem się w jej głąb. Marietta całowała jej usta. Ruszyłem ostro i po
kilku minutach usłyszałem, jak z ust Janty wyrywa się jęk rozkoszy. Janta
podniosła się i teraz całowaliśmy się wszyscy troje. Potem dziewczyny znów
zaczęły się całować, a dłoń Janty wsunęła się pomiędzy rozwarte uda Marietty i
zaczęły pieścić jej perełkę.
-
Może coś zmienimy? – powiedziała Janta i podniosła się, a ja położyłem się na plecach.
Janta usiadła mi na biodrach znów wchłaniając mnie w swą ciepłą głąb. Marietta
ujęła ją za piersi, które zaczęła pieścić palcami i ustami…
Janta
podniosła się tylko po to, by odwrócić się do mnie twarzą. Marietta dalej
pieściła ją, a ona zaczęła swój finisz… - wreszcie wydała cichy okrzyk i
osunęła się na mnie. Marietta delikatnie zdjęła ją ze mnie.
-
No to teraz ja – powiedziała jak niecierpliwa dziewczynka na widok ulubionej
zabawki i usiadła na moich biodrach. Po chwili i ona zaczęła swój sprint. Jej
ruchy były coraz szybsze i po dwóch minutach wydała z siebie gardłowy okrzyk i
docisnęła mnie do pisku. Łkający oddech wyrywał się z jej piersi. po chwili
mięśnie zwiotczały i dziewczyna osunęła się na kocyk podścielony jej przez
Jantę, która wykorzystała moment i znów usiadła na mnie.
Tym
razem jej ruchy były powolne, wyrafinowane.
-
Teraz my oboje – powiedziała do Marietty – patrz mała i ucz się od starszych!
I
rzeczywiście. Po kilku minutach Janta leżała na mnie, a naszymi ciałami
wstrząsał paroksyzm potężnego orgazmu.
Przytuliliśmy
się do siebie i leżeliśmy w błogim odprężeniu. Na plaży było już zupełnie
ciemno. Nie widzieliśmy gwiazd, a zatem nadeszły chmury. W ferworze miłosnych
uniesień nawet nie zauważyliśmy, jak zmieniła się pogoda. Od strony oceanu
zaczęło wiać. Na razie lekko, ale wiatr tężał z kwadransa na kwadrans.
Spojrzałem na zegarek. dochodziła za kwadrans dziewiąta.
-
Będziesz musiał odpłynąć – powiedziała Janta z żalem w głosie – a szkoda, bo
miałam jeszcze ochotę na…
-
Ja też, ale muszę zobaczyć, co ze statkiem. Może jutro zmustruję – powiedziałem
mając na myśli ostrzeżenia Janty i Marietty.
Jednocześnie
odczułem dziwny niepokój. Szybko pozbierałem się. Obie Syreny także były
niespokojne.
-
Wsiadajcie na Zodiaka – powiedziałem – podrzucę was w okolice rafy.
Skinęły
głowami i zajęły miejsce w pontonie.
Odpaliłem
silnik i skacząc na rosnącej fali odbiliśmy od White Sand Beach. Po minięciu
cypla fala się trochę uspokoiła a w ciemności widać było białą pianę
rozbijającego się żywiołu na zębach raf. Po kilku chwilach Janta wyciągnęła
rękę.
-
Podrzuć nas tam – powiedziała – i zmykaj stąd. Patrz, ten twój statek jest
niemal ciemny. To nie oznacza nic dobrego…
Miała
rację. „Carribean Pearl” stała cicha i ciemna kołysząc się w takt martwej fali.
Paliła się tylko lampa trapowa i nic więcej. Czemu zgaszono wszystkie światła?
-
Zwolnij – powiedziała Janta i wstała. Marietta też i po chwili obie skoczyły za
burtę.
Nie
czekałem na słowa pożegnania, tylko podkręciłem manetkę gazu i ruszyłem w
kierunku łajby. Na dwa kable przed wejściem na trap zmniejszyłem obroty do
minimum, by podpłynąć doń jak najciszej. Opłynąłem krypę. Drugiego tendra nie
było, co oznaczało, że załoga była jeszcze w porcie. Ale co z wachtowymi?
Podpłynąłem
do trapu, zgasiłem silnik i zacumowałem Zodiaka, a sam po chwili wskoczyłem na
platforemkę i na palcach zacząłem się wspinać po trapie. Wyszedłem na pokład i
rozejrzałem się po pokładzie. Żywego ducha. Trapowego nie było, a właz do
nadbudówki był otwarty na oścież…
9 grudnia, godzina 21:20
EST
Poczułem
się, jak marynarze, którzy odkryli dryfującą „Mary Celeste”. Zrobiło mi się
nieswojo. Skradając się poszedłem na mostek.
-
Jest tu ktoś? – rzuciłem pytanie w ciemność nie licząc na odpowiedź. A jednak w
panującej tam ciemności usłyszałem cichy jęk. Po omacku otworzyłem skrytkę i
wyjąłem z niej lampkę fluorescencyjną. Złamałem plastykową pałeczkę i mostek
zalało zimne niebieskawe światło.
Spojrzałem
na pokład. Loic leżał pod kołem sterowym w kałuży krwi, która w tym upiornym
świetle była czarna. Przypadłem do niego.
-
Loic! – krzyknąłem – Co tu się stało?
Otworzył
oczy i spojrzał na mnie. Chciał coś powiedzieć, ale z jego ust wydobył się
tylko szept. Nachyliłem się nad nim.
-
To… oni tu jeszcze wrócą… - wyszeptał.
-
Kto to był?
-
Hiszpanie… - wyszeptał i stracił przytomność.
Przyjrzałem
mu się dokładniej. Dostał dwie kule w brzuch. Stracił mnóstwo krwi… Bredził?
Bredził czy nie? Co za Hiszpanie? – w głowie miałem huragan myśli. – Co tu się
stało???
Szybko
zdarłem koszulkę i zrobiłem prowizoryczne szarpie, które wetknąłem w rany. Tyle
mogłem zrobić.
Loic
był na mostku – liczyłem – w maszynie Thor Jurgenson, małomówny Duńczyk, przy
trapie stał Fero Vojtaššak. Nigdzie go nie znalazłem, to mogło oznaczać, że już
nie żyje. Napastnicy zabili go jako pierwszego i ciało wrzucili do wody.
Zbiegłem
do maszynowni. Tak jak się spodziewałem, Thor leżał niemal przepołowiony serią
wystrzeloną z bliska, jego kombinezon nosił ślady osmalin po spalonym prochu.
Powoli poszedłem do ładowni. Ku mojemu zdumieniu ładownia numer jeden była
zamknięta. Otworzyłem ją i wszedłem.
W
tej chwili poczułem za sobą czyjąś obecność. Błyskawicznie odwróciłem się i
niemal instynktownie zasłoniłem się ręką przed ciężkim łomem, który omal nie
rozwalił mojego czerepu. Odbiłem cios i złapałem napastnika za rękę. W świetle
lampki zobaczyłem przerażoną twarz Vojtaššaka.
-
Uspokój się Ferro – powiedziałem spokojnym tonem – to ja.
-
Panie pierwszy!
-
Co tu się stało?
Z
nieskładnej opowieści Vojtaššaka dowiedziałem się, że zaraz po zapadnięciu
ciemności do trapu dobiła motorówka bez jakichkolwiek oznaczeń, z której
wysiedli jacyś mówiący po hiszpańsku ludzie uzbrojeni jak komandosi SEAL.
Vojtaššak usiłował ich zatrzymać, ale ktoś uderzył go znienacka w głowę i
stracił przytomność. Ocknął się leżąc u podstawy trapu u włazu do ładowni,
która nie była zamknięta. Wczołgał się do niej i zamknął właz, a potem czekał
na nich z łomem w dłoni.
-
Co z Loicem? – zapytał na koniec – i z Thorem.
-
Thor nie żyje, Loic jest ciężko ranny. Jak dostarczymy go na czas do szpitala,
to się wyliże.
-
Sakra! To co robimy panie pierwszy –
zakończył pytaniem.
Zastanowiłem
się na moment. Sytuacja była paskudna, ale trzeba było ratować tamtych.
-
Weźmiesz Zodiaka. Załadujemy Loica i dostarczysz go do szpitala w Nassau. Potem
odszukasz kapitana i opowiesz mu wszystko. On będzie wiedział, co robić dalej.
-
A pan?
-
Zostaję tutaj, ktoś musi pilnować tej łajby. Idziemy!
Wyszliśmy
z ładowni i od razu udaliśmy się na mostek. Loic wciąż jeszcze żył.
Przenieśliśmy go do Zodiaka. Kazałem mu płynąć i odrzuciłem cumę. Zgodnie z
moim zaleceniem odbił na małej naprzód i dopiero kiedy znalazł się pół mili od
naszego statku przyspieszył do całej i znikł mi z oczu. Zostałem sam.
Odetchnąłem
z ulgą. Przynajmniej ci dwaj byli już bezpieczni.
Poszedłem
do maszynowni i uruchomiłem agregat. Na wszystkich pokładach zabłysło światło.
Ciało Jurgensona nakryłem kawałkiem brezentu, a potem poszedłem do swojej
kabiny i otworzyłem skrytkę, w której znajdował się mój wierny przyjaciel – desert eagle 12,5 mm i sześć magazynków.
Przypomniałem sobie pewną noc w Kosowie, kiedy otoczyli nas Serbowie. Straciłem
wtedy czterech kumpli z drużyny, ale wystrzelałem sobie i reszcie chłopaków
drogę odwrotu właśnie tym pistoletem…
Załadowałem
go i zabezpieczyłem. Byłem gotowy na przyjęcie gości. Miałem tylko nadzieję, że
Ferrowi uda się dowieźć żywego Loica do szpitala i że udało się ostrzec załogę.
Miała być do północy na burcie, a zatem…
10 grudnia, godzina 00:30
EST
Nieproszeni
goście zjawili się krótko po północy. Było ich dziesięciu, cała drużyna facetów
uzbrojonych jak komandosi, ale którzy chyba komandosami nie byli, sądząc po
zachowaniu. Podjechali pod trap na pełnym gazie i zdesantowali się na pokład od
razu rozbiegając się po całym statku. To znaczyło, że są albo tak pewni siebie,
że nie sądzili iż natrafią na opór, albo tak głupi, że poniechali wszelkiej
ostrożności. To stanowiło dla mnie okoliczność nad wyraz pomyślną. W obu
przypadkach dawało mi przewagę własnego boiska. Poczekałem jeszcze minutę, aż
się rozejdą po całym statku. Tłukli się i łomotali tak, że mogłem z łatwością
ich zlokalizować…
Zszedłem
z górnego pokładu na mostek, gdzie dwóch oprychów uważnie oglądali kałużę krwi,
którą zostawił Loic. Nie bawiłem się w ceregiele, tylko łupnąłem w czaszkę
pomiędzy oczy najpierw temu, który stał bliżej mnie, a potem wygarnąłem
drugiemu, który usiłował poderwać uzi do biodra. Liczyłem na to, że strzały
zwabią następnych i zaczaiłem się przy wejściówce.
I
rzeczywiście, trzech następnych biegło pod górę szwargocąc coś po hiszpańsku i
mierząc we wszystkie kąty ze swych uzi z długimi tłumikami. Pierwszy z nich
zobaczył mnie dosłownie w tej chwili, kiedy wpakowałem mu plombę w mostek i
poprawiłem w łeb. Pryskając mózgiem i krwią na gródź osunął się na pokład.
Trzech
mniej – pomyślałem.
Pozostali
dwaj cofnęli się.
I
o to mi chodziło.
Przeskoczyłem
przez całą szerokość korytarza, otworzyłem drzwi i pobiegłem po trapie na
rufowy dek, a potem obiegłem nadbudówkę i zaczaiłem się za winklem mając widok
na przedni pokład. Usłyszałem jak ci z góry coś wrzeszczeli do swych kolegów,
którzy wyskoczyli z otwartej teraz ładowni. I to był ich błąd, bo na tle
oświetlonego pokładu wyglądali jak tarcze na strzelnicy. Czterej biegli do
trapu wiodącego na mostek.
Wycelowałem
w ostatniego z nich i posłałem mu pigułę. Uderzenie półcalowego pocisku jest
straszne. W tym przypadku zatrzymało i rzuciło o pokład
dziewięćdziesięciokilowego na oko, mężczyznę.
-
Holá, amigos! – krzyknąłem i rzuciłem
się do ucieczki na rufę.
Dwóch
z nich pobiegło w moim kierunku, a trzeci w stronę drugiego przejścia na rufę,
by zajść mnie z drugiej strony.
Amatorzy
– pomyślałem. – Nawet nie zadali sobie trudu, by zrobić zwiad.
Tamta
droga była zaślepiona stertą skrzyń po prowiancie. Facet musiałby przez nie
przejść, lub zawrócić. Po chwili usłyszałem stek przekleństw z tamtej strony.
Poczułem jak szyderczy uśmiech wykrzywia mi twarz.
Skoczyłem
za kabestan i przykucnąłem oczekując na ich nadejście. Dwóch bandziorów
skradało się celując w każdy podejrzany cień. Kiedy podeszli na dziesięć kroków
gwizdnąłem. Stanęli rozglądając się na wszystkie strony.
Mój
desert eagle grzmotnął dwa razy
wysyłając obu prosto do piekła. Połowę z komanda zabójców miałem z głowy.
Wymieniłem magazynek i szybko wskoczyłem do włazu prowadzącego do kluzy
kotwicznej. Teraz zamierzałem wystrzelać tych, którzy plądrowali w kadłubie.
Dwóch było na mostku, trzeci na
pokładzie, a zatem dwóch na pewno znajdowało się w rufowej części
statku, gdzie znajdowała się maszynownia, magazyny i warsztat chiefa z jego
kanciapą.
Usłyszałem
nad głową stłumione klaśnięcia wystrzałów i stukot z jakim pociski uderzały o
poszycie pokładu.
To
jednak amatorzy… - pomyślałem znowu. – Zawodowcy nigdy by się tak nie
zachowywali. Zawodowcy usiłowaliby mnie podejść i ustrzelić. Ci zaś zachowywali
się jak dzieciaki, którym dano broń do ręki i kazano się bawić w podchody…
Tym niemniej trzymałem się na baczności.
Amatorzy czy nie, wciąż byli groźni. Atut własnego boiska i element zaskoczenia
chronił mnie tylko częściowo. W dalszym ciągu mieli przewagę liczebną – pięć do
jednego.
Otworzyłem
właz na podpokład i rzuciłem okiem. Nie było tam nikogo. Wiodła z niego droga
do maszynowni, a stamtąd do ładowni i do zęz. A także do góry, na mostek. Moich
przeciwników tam nie było. Nie słyszałem ich w ogóle, natomiast odgłosy ich
kroków dobiegały z góry. Po chwili usłyszałem, jak uruchamiają kabestan
wyciągający łańcuch kotwiczny. Liczyli na to, że będę w pomieszczeniu kluzy i
poruszający się łańcuch zmiażdży mnie, lub wykurzy z pomieszczenia na zewnątrz
– czyli na pokład. Szybko podbiegłem do trapu i rozejrzałem się błyskawicznie
dookoła. Nikogo w zasięgu wzroku.
Biegnąc
najciszej jak tylko mogłem wydostałem się na wejściówkę do góry i po chwili
byłem przy wyjściu na przedni dek. Mogłem zrobić dwie rzeczy – ukryć się gdzieś
w nadbudówce, albo wyskoczyć na zewnątrz i wdać się w strzelaninę z bandytami.
Była jeszcze trzecia możliwość – wyskoczyć do wachy i wpław przedostać się do
Nassau. Tylko że mógłbym sobie od razu strzelić w łeb. Oni mieli przecież łódź…
Zaraz…
łódź! – zamajaczył mi w głowie cień pomysłu – a jakby tak wskoczyć, uruchomić i
odpłynąć? Tam nie zostawili żadnego człowieka w swej głupocie… Spróbować
warto!
Cichcem
wyszedłem z mojego ukrycia i podszedłem do relingu. Łódź była przy trapie i nikogo
w niej nie było. Już miałem wbiec na trap, kiedy stało się coś dziwnego. Tuż
koło trapu pojawił się jakby pręt wystający pionowo z wody. po chwili
usłyszałem stłumione uff… i przy burcie „Caraibean Pearl” pojawił się czarny,
obły kształt, a po sekundzie otworzył się właz, z którego wypadło kilku rosłych
mężczyzn. Czterech z nich wpadło na trap, pozostali pięli się do relingu. W ich
rękach była broń.
-
Hands up! – usłyszałem za sobą. – Freeze!
Położyłem
pistolet na pokładzie i powoli podniosłem ręce.
-
Gdzie reszta? – padło pytanie.
-
Na rufie. Jest ich pięciu.
-
Dawaj rebiata – usłyszałem w
odpowiedzi.
Rosjanie!?
– pomyślałem – cholernie szybcy i sprawni rosyjscy komandosi. Co oni tu robią?
Usłyszałem
za sobą krzyki i serie z broni maszynowej. Rosjanie nie używali tłumików i
ostry jazgot kałasznikowów niósł się po wodzie. Po razu minutach wrócili kładąc
zwłoki zabitych w pokot.
Jeden
z Rosjan, najwidoczniej dowódca podszedł do mnie.
-
Ty kto? – zapytał ostro.
Przedstawiłem
mu się. Spojrzał na mnie życzliwiej.
-
Musieliśmy ich posprzątać – burknął – to ci, którzy zabili naszych na
„Wołgobałcie” kilka dni temu na Bermudach. A gdzie wasza załoga?
-
Na lądzie. Oni zabili naszego wachtowego i ciężko zranili drugiego…
Skinął
głową, jakby wiedział.
-
Ilu ich było?
-
Dziesięciu. Pięciu zabiłem sam, resztę wy…
Spojrzał
na mnie z uznaniem.
-
Mołodiec… - mruknął. – Gdzie
wojowałeś?
-
Byłem w Kosowie, potem w Chorwacji.
Znów
skinął głową.
-
No dobra, gospodin pierwyj – rzekł –
my się zabieramy i ich też. Musimy ich zidentyfikować, a co złego to nie my.
Oddajcie mu broń – polecił pilnującemu mnie komandosowi.
-
Dziękuję za pomoc – odpowiedziałem – nie wiem, czy dałbym sobie radę sam.
-
Ja dumaju. Aha, jeszcze jedno. Nas tu
nie było, rozumiemy się?
Gwizdnął
na palcach i po chwili Rosjanie zabrali się i rozpłynęli w ciemnościach nocy.
Za burtą zabulgotało i midget[4]
wsunął się w ciemne odmęty wodne. Po wizycie zostały tylko plamy krwi i
porozrzucane tu i ówdzie sterty łusek po wystrzelonych nabojach.
Kto
ich zawiadomił? Skąd wiedzieli, że kostarykańczycy tu będą jeszcze raz? –
myślałem siedząc na pokładzie. – I najważniejsze: dlaczego zostawili żywego
świadka, czyli mnie? Przecież musieli się liczyć z tym, że ujawnię przed
władzami i mediami, że tutaj byli…
Poszedłem
do mojej kabiny i wróciłem do trapu z butelką Jacka Danielsa. Popijałem i
zastanawiałem się nad tym, co się mnie przydarzyło w ciągu tych dni. I tak
bijącego się z myślami i walczącego z niemal opróżnioną butelczyną zastała mnie
załoga, która powróciła z lądu około trzeciej nad ranem.
10 grudnia, godzina 16:00
EST
Obudziłem
się z wysuszonym gardłem i potwornie bolącą głową. Monstrualny kac dawał się we
znaki. Półprzytomny z bólu i ogólnej słabości znalazłem Alka-zeltzer i wodę
mineralną. Wrzuciłem do szklanki dwie tabletki, zalałem mineralką i rozbełtałem
je, a potem wypiłem duszkiem. Po paru minutach poczułem, jak zawarta w nich
kofeina i witamina C zaczyna działać i szalejący pod czaszką huragan powoli
zmniejsza swoją siłę i mogę myśleć w miarę normalnie…
Wstałem,
ubrałem się i powlokłem się na mostek. Starego nie było – może odsypiał
hulaszczą noc, a może tłumaczył się przed władzami portowymi. Na mostku był
Frank Bannister.
-
Kiepsko pan wygląda, panie pierwszy – zauważył na mój widok, ale panu się
należało po tym wszystkim, co się tutaj działo.
Potrząsnąłem
głową i poprosiłem o kawę na mostek. Po paru minutach steward przyniósł mi cały
dzbanek.
-
Jak tu dotarliście? – zapytałem krzywiąc się na dźwięk własnego głosu.
-
Zwyczajnie, naszą łodzią. I co najciekawsze, na kei stała jakaś dziewuszka i
powiedziała, że pan ją przysłał, bo nie ma łączności ze statkiem i żebyśmy
wszyscy czekali na nabrzeżu. Stary się wściekł, poszedł z awanturą do
kapitanatu. W kapitanacie powiedzieli, że nic nie wiedzą o nas… Normalnie
czeski film.
-
I co dalej?
-
A dalej to Stary wracając zobaczył Zodiaka i ślady krwi. Zrobił raban na
policji portowej i kazał szukać was wszystkich, bo nie wiedział, kto
przypłynął. Myślał, że to pan, ale wtedy przyszedł Ferro i wszystko się
wyjaśniło.
-
A właśnie, co z Loicem?
-
Przeszedł dwie operacje i żyje. Stan ciężki, ale stabilny.
-
Wyliże się – mruknąłem.
-
A co z tą dziewczyną, co was zatrzymywała?
-
Znikła. Jakby skoczyła do wody.
-
To znaczy się skoczyła, czy nie?
-Nooo…
jakby to powiedzieć – trzeci zaplątał się – ona poszła wzdłuż nabrzeża, a kiedy
znikła, to z tamtej strony usłyszeliśmy plusk…
-
A jak ona wyglądała? – zapytałem, bo wreszcie do mnie dotarło, co opowiadał
Bannister.
-
Blondynka, na oko dwadzieścia pięć lat, zielone oczy, wysoka, bardzo ładna…
Janta!
– pomyślałem. – To ona uratowała załogę…
-
No to ciekawie tam było.
-
A jak pan sobie dał tu radę? Zatłukł pan dziesięciu zbirów…
-
Tylko pięciu… - burknąłem.
-
Jak to? – zdziwił się – przecież…
-
No właśnie – odparłem – pięciu pozostałych rozwalili ruscy komandosi. SPECNAZ
ichniego marwoju. Tak dobrzy jak chłopcy z SEAL… Wyrównywali porachunki za
swoich chłopaków z „Wołgobałta”. Szkoda, że Thor nie przeżył… Ale – ale, gdzie
kapitan?
-
Na lądzie, tłumaczy się glinom i przedstawicielom firmy.
-
Co robimy dalej? Chyba płyniemy do domu?
-
A Bóg raczy wiedzieć. Chyba stary przywiezie jakieś dyrektywy z firmy, to się
zobaczy.
W
tej chwili usłyszeliśmy odgłos pracy silników i pod trap dobił Zodiak z kapitanem.
Po kilku minutach wpadł na mostek.
-
Panie trzeci – zaczął bez wstępów – posprzątać ten burdel na pokładzie.
Frank
skinął głową i zaczął poganiać załogę do roboty.
-
O, pierwszy! – zawołał Stary na mój widok – czy jest pan zdatny do czegokolwiek?
-
Jawohl! Jestem – odpowiedziałem
podnosząc się z krzesełka nawigatora.
-
No to sehr gut! – odparł –
przygotować statek do wyjścia w morze. Idziemy do Tampa po jakieś gorące
świństwo i przez całą drogę powrotną do Bahamów mamy eskortę Straży
Przybrzeżnej.
-
O, na Florydę – ucieszył się trzeci – kaducznie dawno tam nie byłem!
-
No to niech się pan nie cieszy – mina kapitana była chmurna – bierzemy ładunek
i idziemy do… do Hawru. Tam nas przesłucha co najmniej pięć francuskich
wywiadów i na dodatek komisja z firmy. O wywiadzie NATO nie wspominam…
10 grudnia, godzina 24:00
EST
Odbijaliśmy
równo o dwunastej w nocy. Statek oddał cumy i przy dość niskiej jak na grudzień
fali szliśmy w kierunku Florydy. Cieszyłem się na Miami, ale Amerykanie z
jakichś powodów wybrali Tampa – port leżący po zachodniej stronie półwyspu.
Najwidoczniej ładunek paliwa jądrowego miał przybyć lądem, a następnie miał
zostać załadowany na statek Firmy i popłynąć do Europy. W czasie przelotu przez
Atlantyk nic nam raczej – poza paskudną pogodą – nie groziło.
12 grudnia, godzina 22:30
AST
Dobijamy
do kei portu w Tampa. Przygaszone światła, na kei żywego ducha. Cumownicy
odchodzą jak najszybciej mogą. Nie wiem, co im powiedziano, ale zapewne nic
pochlebnego… Patrzę przez lornetkę na nabrzeże i stwierdzam, że jest dokładnie
obstawione przez MP. To dlatego nie było żadnego komitetu powitalnego celników
i klarków. Nawet oficerów imigracyjnych. Potraktowano nas jak statek
zadżumionych!
Załadunek
pojemników z plutonem trwał równie szybko i sprawnie. Najwidoczniej nikt nie
chciał się z nami stykać i statkiem też – może bali się promieniowania, a może
jakichś terrorystów z Costaricany? Diabli wiedzą…
12 grudnia, godzina 04:50
AST
Wychodzimy
z Tampa. Wraz z nami duży patrolowiec typu Hamilton uzbrojony jak lekki
krążownik – automatyczne działo kalibru 127 mm, działka przeciwlotnicze, torpedy i
pociski rakietowe zdolne rozwalić wszystko, co nam stanie na drodze.
Także
i nas, w razie czego – tłucze mi się w głowie bezsensowna myśl.
Chociaż
po tym, co przeszliśmy wszystko było możliwe… Stary położył statek na kursie i
idziemy pół naprzód w stronę Cieśniny Florydzkiej.
Za
tydzień będziemy już po drugiej stronie Atlantyku – myślę i cieszę się na myśl
o Świętach na lądzie. – Może pojadę do Szwajcarii na narty? Albo do Zakopanego?
Choć tam jest coraz drożej, a poziom usług jak zawsze, to znaczy mierny…
13 grudnia, godzina 23:00
EST
Leżę
na koi. I usiłuję zasnąć. Mamy za sobą Bahamy i powoli oddalamy się w cichnącym
sztormie od kontynentu amerykańskiego. Liczę barany, przepowiadam sobie
tabliczkę mnożenia, ale sen nie przychodzi. Coś mnie niepokoi. Odnoszę
wrażenie, że zapomniałem o czymś niezmiernie ważnym, albo może wkrótce stanie
się coś niezmiernie ważnego…
Cholerny
stan wewnętrznego niepokoju. Mało powiedziane – to jest strach. Strach przed
niewiadomym? Zastanawiam się, czy mówi mi to intuicja czy rozum. Nie wytrzymuję
– wstaję i ubieram się, a potem niemal biegiem udaję się na mostek.
Na
zegarku jest jedenasta w nocy, omiatam spojrzeniem ekran radiolokatora – jest
ustawiony na zasięg dwunastu mil i pusty. Nie ma żadnego większego echa poza
cieniami fal…
-
Co się dzieje panie pierwszy? – pyta zaniepokojony Jim Archer, najmłodszy
członek naszej załogi.
-
Gdzie jesteśmy? – odpowiadam nie udzielając mu odpowiedzi. Mój niepokój udziela
się i jemu…
-
27°27’47”,47 północ i 070°07’42”,30 zachód – odpowiada, a ja widzę
jak jego twarz blednie. – Rany boskie, panie pierwszy, jesteśmy…
-
… w samym środku Trójkąta Bermudzkiego – kończę za niego. – Boisz się?
Jim
przełyka ślinę, a ja biorę się w garść.
-
Tyle siódemek, to nie powinno nam się stać niczego złego – mówię kojąco.
-
Nie wierzę w zabobony – Jim także oddycha z ulgą.
-
Ja też nie, ale strzeżonego Pan Bóg strzeże – przekładam mu na angielski
polskie powiedzonko – to tak jak u was: ostrzeżony – uzbrojony!
Śmiejemy
się patrząc w mroki atlantyckiej nocy.
13 grudnia, godzina 23:59
EST
-
To co, jest za minutę północ – Jim przeciągnął się jak zadowolony kociak –
niech pan idzie spać panie pierwszy. Jutro będzie ciężki dzień, bo coś mi się
widzi, że ten sztorm nas nie opuści, a Wyż Azorski go chyba zatrzyma na tych
wodach…
-
E, nie – odpowiadam – Azory za daleko, a ten sztorm pójdzie zwykłym torem: na
Islandię, a potem odwinie się na wschód i południowy-wschód i pójdzie na Europę
Środkową. Za dwa tygodnie będzie tam odwilż.
-
I nie pojeździ pan na nartach…
-
Ano nie – wzruszam ramionami – może pójdę na wspinaczkę?
Spojrzałem
na zegarek, na moim binarnym czytniku wyskoczyła dwunastka. Była dokładnie
północ. To co stało się później przypominało jakiś koszmar połączony z
horrorem.
Najpierw
poczuliśmy gwałtowny wstrząs, jakby statek uderzył w jakąś przeszkodę. Ale do dna
mieliśmy ponad cztery kilometry, a do najbliższego lądu setki mil… Potem zgasło
światło i jednocześnie usłyszeliśmy głuchy huk.
-
Ładownia! – usłyszałem głos Jima – panie pierwszy!
Skoczyłem
do okna i zdrętwiałem z przerażenia.
Ładownia
przypominała wejście do Piekła albo co najmniej krater wulkanu. Jej pokrywa
była wyrwana i przewieszała się przez reling. Z wnętrza bił żar białych
płomieni. Musiało tam być z tysiąc stopni, jak nie więcej. nie wiem, co to
było, ale gaszenie tego wodą mijało się z celem. Poza tym promieniowanie…
„Pastylek” z tlenku uranu w cyrkonowej obudowie nie zagasi się wodą, bo każda
próba gaszenia tylko wznieca pożar i zwiększa możliwość wybuchu chemicznego
mieszaniny piorunującej wodoru z tlenem z atmosfery… .
-
Alarm „opuścić statek” – wydałem polecenie i wdusiłem przycisk syreny
alarmowej. Na szczęście miała niezależne zasilanie i we wszystkich
pomieszczeniach rozległo się jodłowanie jej sygnałów.
W
chwilę potem poczuliśmy kolejny wstrząs i wyleciała w powietrze pokrywa ładowni
numer dwa, z której świecą strzeliły w niebo jaskrawe płomienie. Pomyślałem, że
tak musiały wyglądać płonące tankowce z arktycznych konwojów, kiedy trafiały w
nie niemieckie torpedy…
Usłyszałem
kolejny huk i zewsząd posypało się szkło. Poczułem potężne uderzenie w ciemię i
zapadłem w bezgraniczną czerń…
24 grudnia, rano
Otworzyłem
oczy. Ostre światło dnia uderzyło bezlitośnie w źrenice, więc je zamknąłem
ponownie i odczekałem, aż przyzwyczaja się do światła.
-
Pacjent się wybudził – słyszę.
Otwieram
oczy. Obok mnie siedzi pielęgniarka z dziwnie znajomą twarzą. Wytężam
mózgownicę, ale nie mogę sobie przypomnieć, kto zacz…
-
Nie poznajesz mnie? – pyta.
Kręcę
przecząco głową.
-
Amnezja – słyszę obcy głos – pourazowa.
W
polu widzenia pokazuje się twarz lekarza.
-
Jak się pan nazywa? – pyta.
Znów
wytężam pamięć zdając sobie jednocześnie sprawę z tego, że nie pamiętam i tego…
-
A teraz znów musi pan pospać – słyszę głos lekarza i czuję ukłucie igły.
Świat
odjechał ode mnie w ekspandującej czerni…
Bermudy, w dwa miesiące
później
Wróciłem
już całkiem do siebie. Przypomniałem sobie wszystko, co przyczaiło się gdzieś w
zakamarkach mojej pamięci, a Janta nie odstępowała mnie ani na krok. Odwiedzali
mnie członkowie załogi, którzy byli w stanie chodzić po tym, co nas spotkało w
środku Trójkąta Bermudzkiego. Według ich relacji zdołałem odtworzyć sobie, co
się właściwie stało na pokładzie „Carribean Pearl” owej fatalnej nocy z
trzynastego na czternasty grudnia ubiegłego roku.
Eksplozja
bomb termitowych podłożonych w dwóch ładowniach. Tak to miało wyglądać, jakby
statek literalnie zapadł się pod wodę płonąc. Ktoś musiał cholernie lubić dobrą
robotę. Załoga uratowała się tylko dlatego, że udało się nam uruchomić alarm.
Gdyby nie, to połowa by zginęła, a resztę wtroiłyby rekiny czy inne żarłoczne
rybki.
Mieliśmy
fart. Eksplozje i pożar zauważył satelita szpiegowski, który przekazał obraz
tego, co się dzieje do centrum operacyjnego NORAD. Temperatura eksplozji była
tak wysoka, że operatorzy sądzili, że nastąpiło odpalenie pocisków rakietowych
na Stany Zjednoczone. Ponieważ nie można było zidentyfikować tego zjawiska, a
żadnej rakiety lecące na Amerykę nie zauważono, z Miami wysłano samolot
zwiadowczy, który znalazł nasze szalupy i tratwy i z kolei przysłano po nas
statek ratowniczy, który podjął nas na pokład. Tak wyglądało nasze ocalenie.
Oczywiście – jak przy tego rodzaju okazjach – prasa brukowa zaczęła używanie na
całego i kulałem się ze śmiechu czytając te brednie, które wypisywano.
Oczywiście była także druga strona tego skandalu.
Z
drugiej strony sprawa działalności koncernu John Dante Goldman Uranium Mining
and Power Co. oparła się o senat, którego komisja postanowiła przyjrzeć się
dokładniej tej firmie i jej działalności – w tym kooperacji z Golden Phoenix -
Phènix d’Or Co. Ltd. Uruchomiono śledztwo w trakcie którego zaczęły wychodzić
pokrętne interesy prowadzone z reżimem w Costaricanie, powiązania z
terrorystami z AQL oraz tajemniczymi organizacjami neohitlerowskimi w Ameryce
Południowej. Zrobiła się zadyma, przy której afera Iran – Contras, to małe piwo, nawet nie – mały pikuś, a Ollie North to
żałosny amator. Afera nuke-ships –
jak ochrzciła ją prasa bulwarowa – zataczała coraz szersze kręgi…
Wszystko
to działo się, kiedy leżałem z rozbitym łbem w szpitalu w Hamilton i wracałem
do siebie. Wreszcie wypisano mnie ze szpitala i mogłem wyjść „na wolność”.
Janta przyszła po mnie i czekała, aż pielęgniarka wyda mi wszystkie dokumenty.
Z plikiem papierów pod pachą wyszedłem wreszcie przed szpital i wpadłem w
objęcia Janty.
-
Co masz zamiar ze sobą zrobić, kiedy jesteś już zdrowy? – zapytała po wymianie
powitalnych uścisków i pocałunków.
-
Zainstalować się gdzieś i jakoś wrócić… - zacząłem i dotarło do mnie, że na
dobrą sprawę nie mam do kogo, gdzie i do czego.
-
Nie masz gdzie wracać? – zapytała Janta, ale właściwie było to stwierdzenie –
gdzie twój dom, marynarzu?
-
Cztery kilometry pod wodą oceanu – burknąłem – mógłbym wrócić do Londynu.
-
Tam mieszkasz? – zainteresowała się.
-
Ad interim – odpowiedziałem –
tymczasowo. Wynajmuję chatę w Felixtowe.
-
Masz tam kogoś?
-
Przecież wiesz dobrze, że nie…
-
Przepraszam, że cię wypytuję, ale chcę wiedzieć, na czym stoję.
Stanąłem
i spojrzałem na nią zdumiony.
-
Czy chcesz przez to powiedzieć, że…
-
…że cokolwiek powiesz, ja odpowiem „tak” – odrzekła.
Parsknęliśmy
śmiechem.
-
Nawet nie dałem ci pierścionka – powiedziałem z żalem – jak na romantyczną
Syrenę, to jesteś bardzo rzeczowa.
-
Bo jestem – odparła – kocham ciebie, więc dlaczego nie moglibyśmy być razem?
-
No tak, ale gdzie będziemy mieszkali? Chyba nie w Felixtowe. Fajne miasto, nad
morzem, ale nie wiem, czy byś się czuła tam dobrze. A ja do oceanu się nie
nadaję.
Roześmiała
się.
-
I kto to mówi – rzekła na koniec – marynacha!
-
No to OK., zamieszkamy na łajbie – zaproponowałem.
-
Nie, w Tsingalai – odparła.
-
E, gdzie?
-
W Tsingalai, przecież mówię.
-
Co to takiego?
-
To miejsce, w którym znajduje się największe centrum kulturalne i
administracyjne Ludzi Morza, coś jak wasze stolice państw. Oczywiście jest ono
przystosowane do podtrzymywania życia istot oddychających tlenem, jak ty. No i
ja też, rzecz jasna.
Wzruszyłem
ramionami.
-
Pierwsze słyszę.
Uśmiechnęła
się zagadkowo.
-
Idę o zakład, że tak nie jest – odparła – i co więcej, być może nawet marzyłeś
o tym miejscu.
-
No to gdzie ono jest?
-
Na południowym Pacyfiku. Marie Therese Reef.
-
Tam??? – ze zdumienia brwi podjechały mi w górę – przecież tam… Zaraz, zaraz…
Znów
się roześmiała.
-
Oczywiście, pamiętasz „Tajemniczą Wyspę” Verne’a?
-
No pewnie. Chodzi o wyspę Lincolna i wyspę Tabor.
Westchnęła
z udawanym współczuciem i ulgą jednocześnie.
-
Nooo… zaskoczyło! Ale o tym jeszcze pogadamy. A teraz chodź na plażę.
Stęskniłam się za słońcem i wodą.
Ja
też. Powiedziałem jej to, więc najpierw pojechaliśmy do Grape Bay Beach Hotel,
gdzie zainstalowała się Janta i od teraz ja także.
-
Jak nas zameldowałaś? – zapytałem zdumiony.
-
Nie wiesz? – odparła z szelmowskim uśmieszkiem – jak zwykle w takich razach:
Pan i Pani Smith. Koniec, kropka, the end.
-
No a koszty pobytu? To jeden z droższych hoteli…
-
A co mnie to obchodzi? – wzruszyła ramionami – póki trwa śledztwo w sprawie
afery nuke-ships za nasz pobyt tutaj
płaci Wuj Sam.
No
to było do przyjęcia.
-
Co robimy Mister Smith? – zapytała, kiedy już zakwaterowałem się w naszym
pokoju.
-
Najpierw jakiś dinner, byle nie pizza
czy inne fast-gówno, a potem plaża – zaproponowałem.
-
Świetnie. Potem poleżymy sobie nad basenem albo na plaży, to tylko sto metrów
stąd i sobie wreszcie pogadamy. Opowiem ci pewną historię, która dotyczy moich
przodków i katastrofy statku pasażerskiego na Atlantyku. To pewna zagadka,
której nie potrafię rozwiązać. I chyba nikt, może więc ty coś mi poradzisz…?
-
Ja?
-
Pewnie, że ty – powiedziała z zagadkowym uśmiechem – jesteś marynacha, czy nie?
Skinąłem
głową.
-
No to idziemy coś przekąsić, a potem muszę kupić sobie jakieś szałowe bikini.
Niech te babsztyle, co ciebie tak obmacują wzrokiem widzą, że nie mają szans…
Eh,
te kobiety – pomyślałem – czy Syreny czy Kosmitki, zawsze są te same…
Spojrzała
na mnie.
-
Faceci – prychnęła – zawsze myślą tylko o jednym!
Zmierzyłem
ją wzrokiem.
-
A nie przyszło ci to do twojej ślicznej główki, że właśnie na tym opiera się i
wokół tego kręci się ten świat?
-
Seksistowskie gadanie – zaśmiała się i pociągnęła mnie za rękę – chodź wreszcie
i nie marudź!
I
poszliśmy razem do restauracyjki, gdzie dano nam normalne, europejskie
jedzenie. Na szczęście z francusko-włoskiej kuchni, a nie angielskiej, czego
się obawiałem. Zjedliśmy, co nam dali i Janta pognała do hotelowego sklepiku.
Po chwili wróciła z trzema kostiumikami w ręku. Dwa były w jakieś kolorowe
ciapy, od których oczy bolałuy w podzwrotnikowym słońcu, trzeci gładki i
zielony.
-
Który ci się najbardziej podoba? – zapytała.
-
Zielony – odparłem – pasuje ci do oczu. Też są zielone.
Uśmiechnęła
się.
-
Akurat – burknęła – jest najbardziej kusy ze wszystkiego.
-
Kobiety uwielbiają się rozbierać – stwierdziłem – i to bynajmniej nie dla
innych kobiet.
Pokazała
mi język. Potem poszła do toalety i wyszła z niej już w stroju. Była
olśniewająca.
-
Jesteś olśniewająca – rzekłem – wyglądasz jak Rusałka.
-
A ty jak bladawiec – oświadczyła – chodź na słońce, przynajmniej to tu jest za
darmo…
-
Tak czy inaczej, wyglądasz, że jejku… Nawet podwójne jejku!
-
Zdradzę ci nasz sekret – powiedziała scenicznym szeptem – uwielbiam się
rozbierać, bo nagość jest naszym naturalnym stanem. Tylko Polacy rodzą się w
rogatywkach i z szablą w dłoni. Reszta nacji rodzi się normalnie, czyli
zupełnie nago. Zrozumiał? A teraz chodź, słońce i woda czeka. Idź się wreszcie
przebierz, aha, kupiłam ci kąpielówki…
I
tak sobie dogadując poszliśmy na plażę. Usiedliśmy obok siebie. Janta
przytuliła się do mnie, a ja objąłem ją ramieniem. Patrzyliśmy oboje na niebo,
na którym wędrowały oświetlone słońcem obłoki.
-
Co to za sensacyjna historia, którą chcesz mi opowiedzieć?
-
Dotyczy mojej prababci, która podobnie jak ja zgłupiała i zakochała się w
człowieku. No i oczywiście poszła za nim w świat…
-
No piękny początek – burknąłem – czy chcesz mnie zdołować na samym początku
naszego, ehem…, związku?
Zachichotała
uroczo.
-
Nie zdołować, tylko zdominować – oświadczyła spokojnie – ale jak znam ciebie,
to wiem, że się nie dasz. A kiedy mi się oświadczysz?
-
Jutro – odparłem – dzisiaj nie chce mi się łazić po sklepach.
Przylgnęła
do mnie mocniej, a ja pocałowałem ją w usta.
-
Ale jutro – zastrzegła się, kiedy puściłem ją do złapania oddechu.
-
OK., masz moje słowo – odparłem – a teraz twoja historia…
No
i ją opowiedziała, a kiedy skończyła zrobiło się całkiem ciemno, a ja miałem
wrażenie, że ponownie dostałem belką w czaszkę. Ale to już temat z innej
ballady…
KONIEC

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz