...tym wszystkim, którzy z wulgarną histerią pomstują nad Jarzębiną i przeuroczym, pełnym radości utworem Koko Euro Spoko. Czegoż by chcieli owi podskakujący zajęczo malkontenci? Jakiejś pieśni grunwaldzko-pompatycznej? A w jakim to celu?
Może rozważymy taką pieśń, gdy nasi piłkarze zaczną grać jak Hiszpanie lub Niemcy i będą husarskimi szarżami roznosić drużyny oponentów. Póki co pieśń radosna i wesoła jest całkiem na miejscu. Zresztą optymizm z niej bije i do boju też zagrzewa. Tyle że bez jakiejś pompy smutno-powstańczej. I całe szczęście.
To, że utwór może się nie podobać, to ja rozumiem doskonale. Jeszcze takiej piosenki nie zaśpiewano, by wszystkich na tej planecie zauroczyła. Gusta jak i smaki różnie się rozkładają.
Niestety, dystans, pokora i poczucie humoru także. I tego wyraźnie brakuje tym wszystkim niziołkom-koziołkom, których arcydramatyczne komentarze (język godny Pitekantropów, którym ogień i futra skradziono) poczytałem w Internecie. Piszą o hańbie, ośmieszeniu i w ogóle wymiotują jedną wielką traumą.
Jedno tylko powiem: są na tym świecie ludzie, których prawicę z szacunkiem i radością ściskam.
I są też na tym świecie niziołki-koziołki, których kopytek nie mam okazji uścisnąć.
I nie żałuję.
Zapraszam do części III Bębniarzy.
Bębniarze. Sanna Anakondy
[cz. III]
Wieczorem, po kolacji, którą stanowiły placki z miodem i
serem kozim, nastroje w namiotach panowały mieszane. Owszem, niektórzy
bębniarze byli w całkiem radosnym nastroju. Fakt, że przetrwali pierwszy dzień szkolenia, kazał im sądzić, że
są bębniarzami niebiańskich mocy i talentu.
Wielu jednak łkało w poduszki wyplecione z ratanu, wielu
tkwiło w kamiennych kuckach…
Ja i moi towarzysze próbowaliśmy zagrać w pokera
kamieniami, ale nic z tego nie wyszło. Ręce nam drżały – połowa wciąż
„bębniła”, do rana zresztą – poza tym Padyzz oszukiwał; grał znaczonymi
kamieniami.
- E tam, pogadajmy lepiej, moi mili – Deffir, który miał
skórę tak delikatną, że nawet muśnięcie jej połą płaszcza wywoływało krwiaki. –
Co myślicie o tym wszystkim?
- Wojnę wygramy – zawyrokował Wuruk beznamiętnie. Nigdy
nie widziałem, by zdradzał jakiekolwiek emocje. – Oczywiście otwartą sprawą
jest, ilu z nas przejdzie szkolenie.
- Jesteśmy co prawda na półmetku… - wymruczałem, słysząc
w głowie słowa ojca.
I matki zresztą.
Kosze ci trzeba
wyplatać. I łubianki.
- Zagrajmy w bierki może, co? – zaproponował Padyzz
trochę nerwowo.
- Na pewno grasz znaczonymi - wyszczerzył zęby Liklik, który był z nas
najodważniejszy, a przy tym chełpił się platynowymi włosami, sięgającymi
pośladków.
Podczas ćwiczeń widziałem kątem oka, jak „Agrest”
Lugolodl przystawił kuszę do jego pleców, po czym ją opuścił z wahaniem. Być
może to właśnie niezwykłe włosy Liklika ocaliły mu skórę.
Nie miałem ochoty na gry w znaczone bierki. Wolałem
myśleć o bitwie.
Trening był surowy, lecz rzeczywiście działał.
Jakoś przestałem bać się owiniętych w jelita
Olagardczyków i wybijania rytmów w najkrwawszym kotle.
Przeciwnie. Moje oszołomienie ustępowało pola żądzy walki
i dołożenia wrogom.
Myślałem o bębnie. Czułem głód bębna.
- Udark chyba tęskni za narzeczoną – mrugnął okiem
Liklik, uśmiechając się do mnie.
- Masz jakąś? – zaciekawił się Kuczm, który ożenił się
tydzień przed wybuchem wojny. – Pocałowałeś ją chociaż? Pogładziłeś po łydkach?
Bo…
W tym momencie do namiotu wszedł nasz instruktor.
Natychmiast zapadła cisza godna grobowca tysiącletniego.
Kapitan Mogorf stanął na środku i potoczył bacznym
wzrokiem po leżących tudzież kucających na matach bębniarzach. Niespodziewanie
westchnął i uśmiechnął się ciepło. Ciepłym też głosem rzekł:
- Moi synkowie, dziateczki-owieczki… Nie gniewajcie się
za moje surowe komendy i próby odporności waszej. To jest potrzeba chwili.
Albowiem w waszych rękach leżeć będzie pojutrze los króla i całego kraju. W
pole takiej próby mogą wyjść tylko najtwardsi z twardych. A ja wierzę, że wy
tacy właśnie jesteście. Jutro znów będę oschły, gdyż jestem za dnia waszym
nauczycielem… Lecz w nocy miejcie mnie za ojca. Czy zrozumieliście, synkowie
dzielni?
Czy zrozumieliśmy? W naszych oczach zabłysły małe słońca
radości lub małe księżyce wzruszenia. Po tych słowach kapitana wola poświęcenia
i gotowość okazania chwały i dyscypliny mogły być tylko większe.
Dużo większe.
Już nie tylko dla króla.
Dla naszego kapitana także.
- Dziękujemy, panie – skłonił się Kuczm. – Hard Stalowonosy
nie zapomni naszych bębnów.
- Nie zapomni! – poderwał się Padyzz na swych długich,
raczej kosarza godnych kończynach.
Padyzz grał znaczonymi kamieniami, bierkami i kręglami,
ale miał charakter. Lubiliśmy go wszyscy i nikt nie wnosił pretensji o utracone
w grze onuce, szelki, manierki, pasy i sztylety.
Mogorf pogłębił uśmiech i powiódł po nas spojrzeniem
jeszcze cieplejszym.
- Jutro przy ostatnich dla was ćwiczeniach znów wydam się
surowy, lecz wy będziecie wiedzieć, że każdemu życzę przetrwania. Jutro
nauczymy się Sanny Anakondy i Zwijanego Skorpiona.
- Co to Zwijany Skorpion? – zapytał Deffir.
- Rytm odwrotu. Obu tych rytmów nauczę was z pomocą
weterana Paleotusa.
- Czy będzie bardzo ciężko? – chrząknął nieco zmieszany
Kuczm.
- Nie – pocieszył kapitan. – Najgorsze za wami. Dziś
mieliście przetrenować odporność ducha na śmierć towarzyszy z szeregu. Bo
nawet, gdyby ktokolwiek z was miałby zostać na placu ostatni, jak legendarny
Kabum, bicie w bęben nie może ustać. To bicie podwaja zapał, nadzieję i siły
ewentualnie zdziesiątkowanym żołnierzom. A jeśli ich braknie, to przynajmniej
ściąga posiłki we właściwy punkt.
Jutro nie będzie już uodparniania na jatkę w szeregu.
Jedynie na walkę ze słabością organiczną. Chodzi o to, żeby wzrosła wasza
odporność na ból i uderzenia. Jest tylko
jedna religia dla bębniarza w czasie walki. NIC NIE MOŻE ZAKŁÓCIĆ JEGO RYTMÓW.
NIC. – Przez chwilę milczał, poświeciwszy czas na przyglądanie się naszym
twarzom. – Dlatego w trakcie trenowania Anakondy i Skorpiona przyłożę pałką
temu i owemu. W nerki, w krocze, w nos… szczególnie zaś w ręce. W nadgarstki. W
palce. A wam nie wolno wypuścić pałeczek z dłoni. Nie wolno sfałszować rytmu.
Rozumiecie?
- Tak, panie – rzekł zdławionym głosem Padyzz.
Jako jeden z niewielu stał i jako jedyny chwiał się na
nogach jak kosarz, któremu już przywalono pałką w krocze.
- No – instruktor skinął głową z satysfakcją. – Jeśli
chodzi o wybijanie Zwijanego Skorpiona, to i tu nie może być mowy o fałszywym tonie.
Groziłoby to chaosem: część oddziałów uchodziłaby z pola, część wznosiła
szańce, część rozwijała natarcie… Oznaczałoby to pogrom o straszliwych dla
kraju skutkach. Jedną prowincję już straciliśmy. Przez 20 lat Jakobin będzie
ojczyzną upiorów jęczących o zmierzchu.
Po tych słowach zapanowało pełne przygnębienia milczenie.
- Chcę iść w bój i wybębnić im śmierć – wycedziłem.
Mogorf odszukał mnie wzrokiem i uśmiechnął się.
- Wierzę w ciebie synu. Bęben bije w twej piersi od
urodzenia, od razu to zobaczyłem. Mogę cię zapewnić: wszyscy Olagardczycy zginą
pojutrze nieopodal, na Polu Lalczanym, gdzie uszykujemy zasadzkę i
fortyfikacje.
- Panie – wyciągnął ramię Wuruk. – Mamy tylko jeden dzień
na trening, a dwa rytmy aż… Czy zdążymy nauczyć się walki bronią?
Wszyscy wbili w kapitana niespokojny wzrok.
- Walki bronią, synu? – uniósł brwi instruktor.
- Nooo, kłucia włócznią, szermierki…
- Nie będziecie tego ćwiczyć – uciął bez emocji Mogorf. –
Nie dostaniecie też żadnej broni. Nie wolno wam zabrać nawet sztyletu na pole boju.
Każdy przyłapany z bronią bębniarz zostanie natychmiast rozrąbany, a jego
ćwiartkami wykarmię moje ratlery.
Znów zapadła cisza. Nie zabrakło w niej zawiesiny
osłupienia.
Wuruk, jak zawsze, nie okazał przejęcia.
- Nie dostaniemy broni, panie? – zapytał odważnie. – Ale
dlaczego? A co, jeśli zamkną nas w kotle?
Kapitan Mogorf pokręcił głową.
- Bębniarz ma obowiązek nieskończonego skupienia na
rytmie. Na bębnie, który zastępuje mu serce. Pomyśl, synu, co stałoby się,
gdyby rzeczywiście wróg zamknął was w kotle i podchodził coraz bliżej,
wybijając chroniących was żołnierzy. Zaczęlibyście odczuwać lęk i rozterki: „A
może by tak sięgnąć po miecz? Po sztylet?”. Gdybyście mieli takowe, co by się
stało? Otóż odrzucilibyście bębny, bo instynkt każe bronić życia.
Chwycilibyście za broń, to prawda. W rezultacie klęska spadłaby na całe wojsko.
Bo gdy bębny milkną, przepada trans bojowy i wyczarowana niezłomność. Tak to
się przedstawia. Waszą bronią są oddziały, którym wybijacie rytmy. Bez względu
na to, jak blisko ujrzycie twarze Olagardczyków pojutrze, nie wolno wam
przerwać rytmu. Rytm będzie stanowił o sile armii Wiletanii. Rozumiecie?
- Tak, panie – odparł spokojnie Wuruk i przysunął do
siebie bęben.
Wszyscy spaliśmy ze swoimi bębnami.
Stały się częścią naszego jestestwa.
- Dobrze. – Kapitan zrobił krok w kierunku wyjścia. –
Pamiętajcie: jutro będę surowy, ale wojna jest surowa, a muszę mieć pewność, że
przeciw Olagardczykom wyprowadzę najtwardszych bębniarzy świata. Ja sam
bębniłem pod Aruklą, Wyszadarem i Erligolią.
Pod Erligolią!... W ciągu ostatnich kilkunastu lat wiletańskie
wojsko nie przegrało ani jednej bitwy, raz było jednak bliskie klęski. Pod
Erligolią. W tej bitwie wziął udział król Romb i omal nie zginął. Z dwudziestu
bębniarzy tylko trzech przetrwało ostrzał znakomitych łuczników nieprzyjaciela.
I ci trzej bębniarze z determinacją zagrali taki rytm, że poderwane rodzime
wojsko odepchnęło wroga i ruszyło za nim w niepowstrzymany, trzytygodniowy
marsz zniszczenia.
Trzech bębniarzy spod Erligolii. Nawet w mojej wsi mieli
swój pomnik.
A kapitan Mogorf był jednym z nich.
Znów odczuliśmy wzruszenie i głód heroicznej walki.
- Spać, bębniarze moi – rzekł ciepło nasz nauczyciel.
Ale gdy wyszedł, nikt spać nie chciał. Przytulaliśmy
bębny poruszeni do głębi.
- Jest nas wciąż ponad trzy setki – przypomniał Defirr. –
A jutro nie będą już nas zabijać. To oznacza dla Olagardczyków tony
ogłuszające. Zmiażdżymy ich.
- Zagramy? – zapytał „Kosarz” Padyzz. – Mam „Pchełki” z
guzików galowych. Nieznaczone.
- Kłamiesz, druhu – zauważył ciepło Liklik, czesząc swoje
długie platynowe włosy.
- Oczywiście – wyszczerzył zęby Padyzz.
Roześmialiśmy się wszyscy.
Kuczm zerknął ku mnie z sympatią.
- I co? – zapytał. – Masz dziewczynę? Głaskałeś już
łydki?
- Nie. Nie mam. Nie głaskałem łydek. Odkąd pamiętam,
kocham tylko bębny.
- Niegłupie – wymruczał Kuczm. – Niegłupie… Aczkolwiek…
Defirr potoczył po nas zamyślonym spojrzeniem.
- Najważniejsze – powiedział – jest to, że jutro nie
zginiemy z rąk własnej armii.
- Tak – skinął głową Wuruk. – Jutro ani jeden bębniarz
nie padnie martwy.
Z tym przekonaniem zasypiało się przyjemnie.
Tyle że było najzupełniej nieprawdziwe. Zapomnieliśmy o
jednym istotnym szczególe. Bezpieczny trening obiecał nam nocny ojciec Mogorf.
Ale szkolenie prowadził daleki od ojcowskich pieszczot
instruktor. Surowo ciosany bohater spod Erligolii.
Kapitan Mastif.
*
O świcie obudzono nas techniką polową. Otóż długimi
pikami rozdarto namiot w strzępy i chrzęst, a także poranne słońce, wyrwały nas
ze snu.
- Musicie uodpornić się na dziwne sytuacje – powitał nas
kapitan Mogorf. – Cokolwiek towarzyszy wam w warunkach wojny, dalekie jest od
trwałości. Dziś wieczorem będziecie spać w dołach. Ruszać się, bębniarze!!
Wyszliśmy pospiesznie na plac treningowy. Położony był na
wzniesieniu, więc nie sposób było zignorować uroczego widoku setek
złoto-brązowych namiotów rozsianych wokół. Niebo było błękitne, a słońce chyba
już dokuczało tym, którzy mieli zwyczaj spać w pancerzu (a nie brakowało takich
w wojsku Romba Ostatniego). Za wzgórzami
znajdowały się Pola Lalczane, na których już jutro spodziewano się 80 000
szaleńców krytych zbrojami kościanymi. Na razie jednak kręciło się tam kilka
setek moich rodaków, skupionych na pospiesznych przygotowaniach, na przykład
kopaniu wilczych dołów.
Nie pora była na podziwianie widoków i ekscytowanie się
pomysłami inżynierów, których aż stu ściągnięto na miejsce koncentracji wojsk
Wiletanii. Kapitan Mogorf miał znów całkiem surową twarz, kiedy kazał nam
rozstawić się z bębnami.
Co prawda z ulgą przyjąłem fakt, że nigdzie nie było
widać kusznika „Agresta” Lugolodla ani jemu podobnych „instruktorów”, ale
jadeitowa pałka w dłoni Mogorfa podrygiwała jak ogon rozdrażnionego gada i
zacząłem się zastanawiać, czy dudnienie bębnów zagłuszy chrupot miażdżonych
kości, czy niekoniecznie.
Obok kapitana stał Paleotus odpowiedzialny za wpojenie
nam Zwijanego Skorpiona i Sanny Anakondy, którą Defirr z właściwym sobie
humorem nazwał Sanną-Anną.
Przez chwilę wielu karmiło się nadzieją, że ciosy pałką
będą im oszczędzone, bo iluż w końcu może dosięgnąć sam tylko nasz instruktor,
choćby i Paleotus służył mu pomocą.
- Bębniarze! – przemówił Mogorf, przyglądając nam się
zmrużonymi oczami. – Do obiadu przećwiczycie Sannę Anakondy. Jest to bardzo
ważny rytm bojowy armii wiletańskiej, ponieważ stanowi on o sile i dynamizmie
jej uderzenia. Macie kilka godzin na to, by opanować ten rytm . Każdy, który
wybije fałszywy rytm w chwili, gdy gong ogłosi nam obiad, zostanie powieszony!
Nie mamy czasu na dwumiesięczne szkolenie sposobne w czasach pokoju. Nie mamy
czasu na egzaminy. Musicie naśladować obecnego tu Paleotusa, ale przede
wszystkim musicie połączyć się z waszymi bębnami ręką, sercem i umysłem. Nie
myślcie o żonach, o ciosach mojej pałki… ani o mastifach, które wracają,
właśnie widzę sześć zbiegających ze wzgórza.
Obejrzeliśmy się bez większej radości. Mastify w istocie
spieszyły na plac. Mogorf nie będzie tak zupełnie sam.
- Problem polega na tym – ujawnił kapitan – że moje psy
są wyszkolone także i do wyłapywania fałszu. Nie będą zabijać, lecz każdy, kto
będzie łamać tak istotny dla działań armii rytm, straci stopę. Moje ratlery
odgryzają stopy w ramach przygany.
Spojrzeliśmy ku sobie z mieszanymi uczuciami.
Bardzo mieszanymi. Ja miałem minę niewyraźną i
wspominałem rodziców.
Ba, przez chwilę zastanawiałem się nawet, czy propozycja
matki odnoście koszy i łubianek nie była lepsza niż dotąd uważałem.
Liklik oblizywał wargi, przygładzał platynowe włosy i
chyba trochę się martwił.
„Kosarz” Padyzz przymknął oczy i szeptem modlił się do
Czterokonia.
Defirr uśmiechał się lekko i zerkał w niebo.
Wuruk stał nieporuszony, jakby kiedyś tam, któryś z
bogów, wstawił mu w pierś nieskłonne do trwogi i wzruszeń serce spiżowe.
Kuczm drżał delikatnie i zerkał ku mnie ze wzrokiem,
który ujawniał i zadumanie, i niepokój.
- Mam żonę i nawet nie wiesz, co to oznacza, mój Udarku –
wymruczał tonem zatroskanie.
Nie wiedziałem, to prawda. Kobiety mnie w ogóle nie
interesowały. To jest: nie interesowały mnie aż do popołudnia owego dnia, bo po
obiedzie zaszło coś niespodziewanego. Natomiast odkąd sięgam pamięcią, do
chwili przybycia pod Pole Lalczane pociągała mnie tylko wojna.
Czy raczej: bębny wojenne.
Dlatego chciałem przeżyć ten trening. Bardzo chciałem.
Nie wiem, czy moja twarz objawiała owego poranka spokój
czy też strach. W środku czułem roztrzęsienie, ale kładło się na nie wiele
spraw. Nie tylko cień kalectwa i śmierci, co mógł zadać wszak nie tylko wróg,
lecz własny dowódca lub jego „ratler”. Chwiała mną nade wszystko rosnąca żądza
bębnienia.
Bębnienia w środku bitwy. Pragnąłem tego bardziej niż
czegokolwiek innego.
Myśl o koszach o łubiankach nagle przepadła.
Spojrzałem na kamiennego Wuruka z nagłym poczuciem
wdzięczności. To był wspaniały towarzysz, bo jego spokój spływał na tych
wszystkich, którzy mieli go przy sobie.
Wuruk zerknął ku mnie i skinął głową.
- Macie godzinę na opanowanie Sanny Anakondy – oznajmił
Mogorf. – Po tym czasie ja i moje ratlery zaczniemy obchód.
Nie była to zupełnie ścisła informacja. W ciągu godziny,
której nikt z nas nie zmarnował na drzemkę i grę w znaczone kręgle, do Mogorfa
dołączyło 30 piechurów z długimi na metr pałkami z drewna.
Nie było wątpliwości, że ciosy nie ominą nikogo, kto
sfałszuje rytm.
Tak właśnie sądziliśmy. Ale i to było naiwne. Bardzo
naiwnym było myśleć, że pałki spadną tylko na tych, którzy pomylą tony.
A waliliśmy w bębny z miłością do nich samych, do króla,
do kraju, do wojny, i do tej prowincji zamordowanej.
Biliśmy w bębny z transem, który objawił się nagle, spadł
na nas jak sama anakonda i objął wszystkich.
Paleotus był mistrzem nauczania i już samo jego
zaangażowanie było porywające.
Sanna Anakondy była najbardziej wznoszącym rytmem, jaki
kiedykolwiek słyszałem. Byłem gotów wybiec daleko za wzgórza ku wrogom, i
rozbić ich szereg obnażoną piersią.
Nie miałem żadnych wątpliwości, że tego bym dokonał.
Żadnych. Sanna Anakondy robiła coś niezwykłego z mózgiem, a mózg zmieniał ciało.
Stało się jasne, dlaczego wojsko wiletańskie rozbijało w
trociny wszelkich oponentów. Sanna Anakondy zamieniała je w tysiące
niezniszczalnych taranów, mknących ku linii wroga szybciej niż pociski
wymiotane z wyrzutni.
Dlatego nawet nie wiedzieliśmy, kiedy minęła ta godzina.
Nie wiedzieliśmy, dopóki Mogorf, sześć mastifów i 30 pałkarzy nie przystąpili
do próby odporności na ból.
Tak to wyglądało.
- Trzymać rytm! – krzyczał kapitan, krocząc wzdłuż
naszych szeregów i rozdając ciosy. – Nie czujecie bólu!... TRZYMAĆ RYTM!!...
Trans, który osiągnęliśmy, dużo nam pomógł. Nikt nie
spanikował, a większość nie sfałszowało „Sanny-Anny” mimo zmiażdżonych przez
uderzenie pałki kłykci.
Tak, ciosy były potężne. Pałki spadały na palce,
nadgarstki, łokcie, obojczyki, bary…
Wymierzane były w kolana, z obu stron zresztą, w stopy,
piszczele, nawet w czoła, nosy i uszy.
Niektórzy oczywiście pomylili rytm, bo trudno jest go
zachować, gdy z palców lewej dłoni zostaje uczyniony purpurowy placek, prawy
nadgarstek zostaje z anatomiczną otwartością złamany, a kolejny cios wgniata
nos w głąb twarzy. Taki bębniarz po prostu walił się do tyłu lub na swój bęben
ze skowytem bólu.
Za takiego bębniarza brał się mastif, jeśli akurat był w
pobliżu.
Jeśli nie, dopadał biedaka tuzin pałkarzy z piechoty i
walił na wyścigi, aż się pałki w powietrzu zderzały na skutek stłoczenia.
- Trzymać rytm! – wrzeszczał kapitan, który miał
przerażającą twarz mastifa. – Trzymać rytm!... KRÓL PATRZY!!
Sanna Anakondy to magiczny ton wojny. Byłem teraz skłonny
uwierzyć, że porwana nim armia rozniesie wroga nawet czterokrotnie
liczniejszego i przebije się w amoku przez kilka krain z rzędu.
Był to pierwszy w historii Wiletanii przypadek, że
trening bębniarzy przeprowadzono na zgrupowaniu wojennym. A ponieważ dzień
wcześniej Marsz Golemów uczynił znaczne zamieszanie, wszystkim formacjom nakazano
obwiązać uszy. Nawet oficerowie zabezpieczyli się w ten sposób. Uzasadnione
było przekonanie, że nasze bębnienie wypchnęłoby do biegu ku wrogom pół obozu.
Może nawet króla, który zajął ogromny namiot ze złotych
łusek na najwyższym wzniesieniu.
Pałkarze, którzy też mieli obwiązane uszy, nie mogli
zatem udzielać nam nagany za sfałszowany rytm.
Mogli natomiast uczyć nas odporności na ból w warunkach
bitwy i czynili to z pasją.
Połamane ręce przypadły pięćdziesięciu bębniarzom. A
ponieważ bębniarz z połamanymi rękami nie stanowi żadnej wartości dla armii,
dobijano go natychmiast.
I mnie nie ominęły uderzenia. Pałka spadła na mój
nadgarstek i na przedramię.
Kości wytrzymały, a mój amok, całkiem szczęśliwy obłęd,
nie przepuścił większej dawki bólu.
Dopiero, gdy Mogorf podszedł ku mnie i z entuzjazmem
przywalił mi w ucho, poczułem kryzys.
Tak, wciąż waliłem w bęben, nawet zresztą w zupełnie
niezakłóconym rytmie… ale moje ręce były lekkie, obce, jakby oderwane i
przejęte przez tajemnicze siły. Zupełnie nie miałem nad nimi władzy. Czułem to
tak, jakbym mógł odwrócić się i odejść bez ramion, które wciąż pracowałyby nad
bębnem…
Osobliwe, straszne, ale niezwykle fascynujące uczucie.
Znacznie bardzie niż inne. Z ucha sączyła mi się krew,
przez chwilę zupełnie straciłem słuch, potem całe moje ciało przeszył skowyt
godny rozciąganego końmi odyńca.
Poza tym ledwo ustałem na nogach, co udało mi się
ostatecznie przezwyciężyć tylko dlatego, że zużyłem wszelkie dostępne w owym
momencie zasoby życiowej mocy.
A zużyłem je z determinacją, na którą znaczący wpływ
mogło mieć to, że po uderzeniu pałką w ucho widziałem trzech Mogorfów,
dwanaście mastifów i 90 pałkarzy ogarniętych amokiem, którego życzyłem całej
armii na dzień bitwy.
Ustałem.
Ustałem i biłem w bęben tak, że sam jeden poderwałbym
wojsko do szturmu miażdżącego najeźdźców, byłem o tym w pełnym uszczęśliwieniu
przekonany.
Tego dnia nauczyłem się wielu rzeczy, w tym jednej
całkiem frapującej. Otóż poczucie szczęścia ma wiele wspólnego z głębokim
obłędem.
Być może bębniarzami zostają ludzie podatni na szaleństwo
i opętanie.
Wszyscy nimi byliśmy. Każdy jeden owego dnia był tym
bębniarzem heroicznym, dumnym, jeśli nawet trochę przerażonym lub porażonym
bólem, to jednak niezłomnym.
Oszalałym i szczęśliwym.
Obłęd pozwala przetrwać miażdżące dawki upokorzenia, bólu
i zgrozy.
Nie przypuszczam, by pałki ominęły kogokolwiek. Natomiast
zęby „ratlerów” kapitana ominęły wielu, bo o dziwo doprawdy nieliczni pomylili rytmy.
Z braku okazji do pouczeń psy rozgryzły tych z nas, którzy osunęli się na
ziemię wskutek ciosów ponad ich siły i odporność.
Równo w południe instruktor Mogorf zakończył ćwiczenie
Anny-Sanny.
- BĘBNY CISZA!!!
Trans transem, ale dyscyplina rzecz święta, a wrzask
kapitana także zawierał w sobie mnóstwo uderzającego szaleństwa.
Dlatego cisza zapadła natychmiast.
Kapitan potoczył po nas zachwyconym wzrokiem.
- Opanowaliście Sannę Anakondy – obwieścił z przejmującą
dumą i satysfakcją. – Jutro zgnieciemy nią Olagard. – Odsunął się w tył i
zwrócił do Paleotusa.: - Sprowadź kotły z chłodnikiem. – Wrócił do nas wzrokiem
i uśmiechnął się. – Pozostańcie na pozycjach. Odsapnijcie. Po obiedzie
przetrenujemy Zwijanego Skorpiona.
Instruktor odszedł w kierunku obozu sztabowego, a my w
oczekiwaniu na chłodnik zaczęliśmy się rozglądać. Frapujący był ten widok. Do
porannych ćwiczeń przystąpiło 336 bębniarzy, z których jedynie weterani nie
mieli wątpliwości co do metod treningowych. Pozostali – to jest: nowo wcieleni
– karmili się iluzją, trutką, czy jak to zwać, że nikt już „z rąk własnych
ubitym nie będzie”, jak to przy śniadaniu wesoło przepowiadał Liklik.
Trutka i mrzonki. 336 nas stało trzy godziny wcześniej
nad bębnami. Teraz 211.
Reszta padła, co zwieńczyło rozgryzienie lub roztarcie
pałkami na miazgę.
Mimo to nikt nie pomstował ani miłości do bębna nie
zgubił. Sądzę, że w naszych umysłach zaszły już silne zmiany.
Być może sprzyjała im jatka, a może owe wstrząsające
jestestwem rytmy.
Nie znacie tonów bębnów wojennych, to nie wiecie, o czym
mówię.
Mimo oszołomienia widokiem przeszło setki zmasakrowanych
towarzyszy i samym przebiegiem ćwiczeń, czuliśmy się dumni z przetrwania i
osiągniętych nauk.
Byliśmy bębniarzami króla Romba Ostatniego. Wielka rzecz.
Jedyna ważna.
Aczkolwiek Kuczm, już nad czarką zupy, wymruczał z
zamyśleniem:
- Tęsknię za Auyyonną. Gdybym tylko pogłaskał jej łydki,
me ręce by ozdrowiały.
Nie bardzo rozumiałem tęskne myśli i słowa za kobietami
ani znaczenie ich łydek, bo dotąd żadna jeszcze nie skupiła mojej uwagi.
Natomiast ręce Kuczma rzeczywiście wymagały balsamów. Były czarne jak noc,
spuchnięte i trzęsły się niczym łyse konary na wichrze. Kuczm zjadł połowę
chłodnika, resztę bez intencji wychlapał na sąsiadów. Łzy ciurkiem spływały z jego
twarzy, co zresztą wyrównywało straty w czarce.
Ale taką przypadłość miała połowa z nas.
- Jakże mam bębnić jutro, jeśli mi łyżka z rąk wypada, a
ból jest nie do zniesienia?! – pożalił się jeden z tych, którzy cali byli
purpurowo-czarni od obicia.
- Nie martw się – pocieszył go jakiś weteran. – Gdy
wejdziesz w trans, zapomnisz o bólu. Jutro będziesz bębniarzem niebiańskich
sił. O ile ból nie zabije cię do rana…
- Hej, weterani! – poderwał się Defirr. – Czy Zwijany
Skorpion też nas tak zdziesiątkuje? Zdradźcie nam!
Weterani byli jak mój towarzysz Wuruk. Emocje zdradzali
tylko nad bębnem.
- Nie obawiajcie się – zapewnili spokojnie. – Nikt już na
was pałki nie podniesie. Zwijany Skorpion to bardzo spokojny rytm. Kapitan
Mogorf przeprowadzi ćwiczenie sam. Bez pomocników.
- Bez ratlerów? – spytał ktoś zdławionym głosem.
Weterani wybuchli serdecznym śmiechem. A zaraz po nim –
cała reszta. Wszyscy bębniarze śmiali się gromko nad chłodnikiem.
Weterani niewiele zdradzali nam do tej pory, więc ich
słowa nas pokrzepiły.
Tyle że były kolejną mrzonką. Tym razem nawet oni zostali
zaskoczeni.
[cdn]

Przecież to oczywiste - nie przeszła piosenka Maryli Rodowicz czy innej wypuczonej i wypasionej gwiazdy, więc szybciutko znaleziono haka na "Koko..." by Jarzębina nie mogła tego śpiewać, za to media lansuja jakąś niemiecka Murzynkę, która śpiewa cosik zdechlackim głosikiem i mysli, że jest Shakirą... Tylko ze do Shakiry ma jak stąd do Proximy, albo i dalej!
OdpowiedzUsuńWelcome tu Poland, Land of Assecuration. ;)
OdpowiedzUsuń