Opieka nad dziećmi jest jednym z podstawowych praw życia. W każdym razie na Ziemi. Tu każdy z nas - czasem zresztą będący sam jeszcze berbeciem - musiał czasem zająć się berbeciem mniejszym.
Bo na Marsie może jest inaczej. Może dziećmi zajmują się roboty albo widliszki wynajęte na czas 25 lat.
Na Uranie może w ogóle nie ma nawet dzieci. Może dorośli - gotowi i pulchni w pełni - wychodzą z szafy na płaszcze kąpielowe i zaczynają pracę w hucie.
U nas nikt się nie wywinie.
Kto powie, że choć przez jedną jedyną minutę życia nie był piastunem, babysitterką, opiekunem tudzież boną?
Ale nie każdy być może powie, że jest to wspomnienie miłe. Może wręcz zimny dreszcz...
Poniżej historia doktora Setha ku przestrodze. Może trzeba dwa razy się zastanowić, nim się podpisze kontrakt na bonę...
Nadesłał: dr Seth
Bona
Lady Winterfield lekko podniosła głowę znad pisanego listu i ostrożnie odłożyła gęsie pióro do wypełnionego inkaustem kałamarza.
- Wejść! - rzekła krótko.
Do środka wsunęła się służąca ze srebrną tacką w dłoni. Na
tacce leżała wizytówka z jedynie nazwiskiem, bez żadnego tytułu.
„Margaret Mitchell”.
- Prosić - rzekła lekko lady Winterfield, wiedząc dobrze,
kogo ma oczekiwać. List z referencjami nadszedł już przed dwoma
tygodniami.
Służąca opuściła pokój. Po chwili rozległo się pukanie do drzwi. Pukanie odpowiednie. Ani nazbyt energiczne, ani też słabujące.
- Proszę! - silnym głosem powiedziała lady Winterfield.
Drzwi otworzyły się równie odpowiednio i weszła kobieta.
Mocnym, zdecydowanym krokiem podeszła do lady Winterfield, która wstała i
podjęła podaną jej dłoń. Po czym odważnie i nie kryjąc się z tym wcale,
obejrzała sobie dokładnie ową kobietę.
Kobieta była wysoka, postawna, w dobrze ułożonej sukni. Była
starsza, dużo starsza od lady Winterfield, ale jeszcze nie stara. Jedyną
biżuterią, jaką miała, była kamea z pasmem włosów, zapewne matczynych i
niewielki sygnet z wygrawerowaną datą „1893”.
- Ma pani doskonałe referencje… duchess of Norwich, lady
Grey, lady Norton, hrabina von Schwede… osobiście napisałam do nich i
wszystkie one odpowiedziały mi, że jest pani solidną, odpowiedzialną
osobą, wielce odpowiednią do wychowania dwójki dzieci.
Margaret Mitchell skinęła głową, nic nie mówiąc. Lady
Winterfield pociągnęła za ozdobny sznurek. Po chwili znów rozległo się
pukanie do drzwi.
- Przedstawię pani teraz pani nowych podopiecznych. Proszę! - zawołała lady Winterfield.
Do środka weszła służąca z dwójką dzieci. Były to dwie
dziewczynki, w wieku około dziesięciu lat. Były wystawnie ubranie, w
białe krynoliny, we włosach miały wpięte kokardy, a w uszach diamentowe
kolczyki. Obie jednocześnie grzecznie dygnęły i powiedziały „Dzień dobry
panno Mitchell” i uśmiechnęły się nieśmiało.
„Wyglądają wprost słodko”- pomyślała Margaret. - „Pójdzie
łatwo i prosto, a zarobię na czynsz na najbliższe dwa lata. Słodkie,
małe gołąbeczki”. I uśmiechnęła się do nich. Natychmiast odpowiedziały
uśmieszkami. U ś m i e s z k a m i. W których coś zaniepokoiło Margaret.
- Dziewczynki, to wasza nowa bona. Zostawiam was po jej
solidną opieką, i bardzo proszę być grzecznymi aniołkami, a przywiozę
wam odpowiednie nagrody z wojażu. Panno Mitchell, oto Yvette-Marie, a
otóż i Margrethe-Sabine.
Skończywszy przemowę, lady Winterfield złożyła pocałunki w
czoła obydwu dziewczynek, skinęła głową w kierunku bony i opuściła
pokój. Zapadła cisza. Bona i dziewczynki obserwowały się nawzajem. Z
zewnątrz doszedł odgłos odjeżdżającej karety.
- No, moje male gołębiątka, mam nadzieję, ze będzie nam się dobrze razem pracowało - słodkim głosem powiedziała Margaret.
W odpowiedzi obie dziewczynki parsknęły śmiechem i gwałtownie
wybiegły z pokoju. Zdezorientowana Margaret stała przez chwilę, po czym
wołając głośno „dziewczynki!” ruszyła na poszukiwania.
Ruszyła korytarzem, dość mrocznym, wciąż wołając. Chichot
dobiegł ją z dołu. Spojrzała na ciemne schody, dość stromo idące w dół,
zawahała się przez chwilę, po czym stanowczo ruszyła. Zbyt stanowczo.
Kiedy bowiem runęła w dół, zahaczając o rozpięty nad jednym ze schodów
sznur, nawet nie zdążyła pomyśleć o tym, ze mogła zabrać ze sobą lampę
naftową. Czepiec zsunął się jej z głowy , kiedy z łomotem spadała w dół i
wreszcie runęła na ziemię. Leżała nieruchomo, prawie bezprzytomnie, z
otwartymi oczyma, czując ból bezmierny, wszechogarniający. Nad sobą
ujrzała dwie twarze, nie, tym razem nie twarze anielskie, lecz twarze
przepoczwarzone potwornie. Nad nią stały dwa małe diabły z czarnymi
oczami ściągniętymi w wąskie szparki i chichoczące złowrogo!
Bona zebrała wszystkie siły i gwałtownie podniosła się do góry, nie zważając na ból w członkach.
- Dziewczynki… - wybełkotała - proszę natychmiast do swojego pokoju. Dzisiaj kolacji nie będzie.
W dłoni Margrethe-Sabine jarzył się kandelabr. Pięć świec paliło się jasnym blaskiem osadzonym w złocie.
Zanim Margaret zdążyła powiedzieć cokolwiek więcej, potężny cios owym kandelabrem pozbawił ja przytomności.
Nie wiadomo kiedy odzyskała świadomość. Znajdowała się w
jakimś pokoju, usadzona w miękkim fotelu. Bolało ja wszystko, nie mogła
się ruszyć, czuła się pozbawiona sil. Naprzeciw niej w fotelach
siedziały dziewczynki.
- Z zasady nie lubimy bon - powiedziała Margrethe-Sabine.
- Nigdy nie lubiłyśmy - stwierdziła sarkastycznie Yvette-Marie.
- Toteż musi być kara.
- Bezwzględnie.
Margrethe- Sabine spojrzała na ozdobna lampę naftową stojącą obok niej na stole.
- Jezus Maria, dzieci! Co wy chcecie zrobić?! - wychrypiała przerażona Margaret.
- D z i e c i - westchnęła głęboko Margrethe-Sabine. - One zawsze popełniają jeden i wciąż ten sam błąd. Nieprawdaż, Yvette?
- Prawda, kochana siostrzyco - powiedziawszy to, Yvette-Marie
wstała, wzięła ze stołu lampę i podeszła do fotela, w którym siedziała
bona.
- Myślę, ze nie ma tu nad czym deliberować - stwierdziwszy to, z całej siły rzuciła lampą w ścianę nad fotelem.
Morze płomieni natychmiast rozlało się na ścianie i fotelu.
Straszny, potworny wrzask bony rozległ się w całym domu. Margaret
zerwała się z fotela, jej suknia, włosy, wszystko stało w ogniu. Nagle
jednym gwałtownym susem rzuciła się wprost do okna, rozbijając szybę. Po
chwili rozległo się stłumione gruchnięcie.
Dziewczynki szybko i profesjonalnie stłumiły ogień grubymi kocami.
- Kolejna bona - załatwiona! – perliście roześmiała się Margrethe-Sabine.
- Bonna-spalonna!- zawtórowała jej Yvette-Marie.
Po chwili dziewczynki spoważniały.
- Co powiemy policji?- rzeczowo spytała Yvette-Marie.
- Tym razem, że była szalona, widziała duchy, próbowała nas
ugodzić puginałem i na końcu próbowała spalić dom i siebie. I wreszcie
wyskoczyła. Policja uwierzy dwóm słodkim dziewczynkom. Jak zawsze…
Uspokoiwszy się, siostry wyszły z pokoju i zeszły do jadalni, by się czymś posilić. W końcu przecież tyle się napracowały…
***
Do tematyki babysittingowej dołączam pierwszą część własnej historii. Własnej Bony, dokładnie mówiąc. Dedykuję tę historię mojej ulubionej autorce, Ja to Ja, która również dzieci piastuje, i to w nieustalonej ich jeszcze liczbie.
Być może trzycyfrowej.
Warto się też może zastanowić, jak to się stało, że my, potomkowie Piastów, Wiślan i Ślężan, zamiast słowa piastunka, używamy słowa babysitterka.
Ktoś za to beknie!
Zapraszam ponownie do lektury.
Bona
Agnieszka szła tanecznym krokiem w stronę dzielnicy willowej, zwaną Pikinierą. Krok taneczny miał uzasadnienie.
A nawet trzy.
Po pierwsze: lubiła chodzić na Pikinierę. Dzielnicę w XVII wieku
założyli dezerterzy z portugalskich oddziałów pikinierów, a że chcieli
zachować styl ojczysty w architekturze, miasto zyskało atrakcyjną
dzielnicę.
Po drugie: idąc-tańcząc, myślała sobie z drżeniem serca o
trzydziestodziewięcioletnim pisarzu, w którym była zakochana. Miała
rosnące pragnienie uwieść go, sprowokować romans… Może jutro? Może gdyby
najpierw wychylić butelkę grogu czy może głogu…
Po trzecie – i to było najważniejsze – dziś miała swój pierwszy dzień pracy jako opiekunka dzieci.
W zasadzie była całkiem dobrze doświadczona; zajmowała się od dwóch
lat małpio rozbrykanym naręczem dzieciąt rodzinnych, od sióstr,
kuzynek, ciotek, klotek, wujenek, stryjenek i tak dalej…
Ale zarobkowo miała pracować pierwszy raz.
Ogłoszenie znalazła w Dzienniku Hindusskim:
Bonę odpowiedzialną zatrudnimy do dzieci zrównoważonych. Telefon: 55555555555555555555 plus 5 na końcu.
Dzwonić co czwartek.
Co prawda zadzwoniła już w środę, co przyniosło jej zwycięstwo.
- Ja przepraszam, że dzwonię w środę… - zaczęła zmieszana.
- DZIEŃ DOBRY – przeciął jej wstęp kobiecy głos suchy i kamienny
zarazem. – Wyrażenie „Dzwonić co czwartek” jest oczywistą zasadzką na
dyletantów. Pani nie jest dyletantką, skoro ominęła tę niedorzeczność.
Wiek pani?
- 27.
- Bardzo dobrze. Hormony już uporządkowane po pierwszej burzy, a do drugiej daleko. Biust?
Agnieszkę zatkało.
- Biust, pytam – ponaglił sucho kamienny głos.
- Mój?... Ale nie rozumiem, po co…
- PROSZĘ PANIENKI. Chyba panienka nie myśli, że pięcioro moich
dzieci oddam pod opiekę lafiryndy, która wymachiwać im będzie przed
twarzami ZEPPELINAMI?... Biust?
- 75c…
- W porządku. Proszę pamiętać o staniku, bluzce NIEOBCISŁEJ… I Broń, Boże, tych dżinsów, co to ostatnio lafiryndy noszą.
- To znaczy, proszę pani? – spytała nieśmiało.
- NIEDOCIĄGNIĘTYCH. Że jak się taka dziewczyna schyli po walizkę
lub do pieca, by szarlotkę wyjąć, to jej dupstwo wyjeżdża! To jest
żałosne, niedorzeczne, patologiczne i haniebne. Dziwkarstwo!
Agnieszka milczała oszołomiona. Powolnym ruchem zaczęła odkładać już telefon, gdy głos w słuchawce zabrzmiał nieco życzliwiej:
- Pani jest skromna i potulna. I ja pani zapłacę 100 złotych za godzinę.
- 100??
- No mówię chyba. Pani uważa, że za opiekę nad swoim dzieckiem
szanujący je i siebie samego rodzic zapłaci 10 złotch? Albo siatką
brukwi?
- No nie…
- Otóż właśnie. Panienka nie ma kawalera?
- Nie - wyznała z za żenowaniem.
- I posiada hymen, zakładam?
- Tak - odparła automatycznie, choć nie zrozumiała pytania.
Głos kobiety stał się cichy i mrukliwy, jakby powtarzała sobie, notując w notesie:
- Hymen jest, zeppelinów nie ma, mężczyzny nie ma... Dobrze. W zasadzie ma pani kupione moje WYJŚCIOWE zaufanie. Ale doświadczenia brak?
- Hymen jest, zeppelinów nie ma, mężczyzny nie ma... Dobrze. W zasadzie ma pani kupione moje WYJŚCIOWE zaufanie. Ale doświadczenia brak?
- O, ja pracowałam jako babysitterka, ale...
- PROSZĘ PANIENKI. - Głos może skłuć rozmówcę jak szpikulec do lodu
i ten głos skłuł. - Mnie nie interesują SMARKOWITE pseudoobowiązki
babysittterek, które to mają majtki opuszczone do połowy ud pod
niedoszytymi dżinsami, piercing w żałośnie nieuzasadnionych miejscach,
te do reszty obrzydliwe CYNGWAJSY w... Czy Ty masz cyngwajsy, panienko??
- Cyngwajsy? - wyjąkała pogubiona. - Ale - bardzo przepraszam - nie
wiem, co to jest nawet... Więc na pewno nie mam! - dorzuciła z
desperacją.
- I słusznie! Cyngwajsy to kawałki żelaza wbijane w nos lub brew
jakoby dla ozdoby. W rzeczywistości kojarzy się to z dalszej odległości z
krostami, pryszczami, pryszczakami, trądami i w ogóle z PATOLOGIĄ!
Zapadła chwila ciszy. Agnieszka znów była skłonna odłożyć
słuchawkę, i nawet zapomnieć o tym babysittingu, lecz myśl o zarobku
wywołała wahanie, a to wystarczyło, by kobieta znów przemówiła:
- 100 złotych za godzinę. Jutro pierwsze trzy godziny. Na próbę. W porządku, panienko?
- Tak, proszę pani - wykrztusiła. To koniec. Koniec wszelkiego oporu.
300 złotych.
Na początek.
W rodzinie niebogato. Rodzice typowi: wykiwani przez PRL i demokrację galernicy.
Nawet NIE MOGŁABY odmówić.
To byłby egoizm i niewdzięczność.
- Wracając do sprawy... Te całe babysitterki... Zarzucają dziecko
zabawkami, a same chwytają za telefon i flirtują z pięcioma chłopcami
naraz. Panienka jest pobożna? - Nim Agnieszka zdołała odpowiedzieć,
kobieta wytrajkotała krytycznie: - Czy należy do tych niziołków o
posturze i umyśle szparaga, którym się wydaje, że to wiatr rozwiał
patyczki i przypadkiem ułożył się z nich gatunek ludzki, zebry, antylopy
i węże?
- Nie...
- Tak. No i sprawa zasadnicza. A teraz. Powiem to tylko raz. Nie zatrudniam babysitterki, lecz BONĘ. Czy panienka widzi różnicę?
Tak, Agnieszka widziała już różnicę. Zresztą... Babysitterce nikt nie zapłaciłby 300 złotych...
- Oczywiście, proszę pani.
- Tak też sądziłam. Skromne dziewczę z panienki. A hymen warto
pielęgnować. Jutro o 6.00 rano proszę stawić się na ulicy Szerszeńskiej
6bc.
- B czy c?
- Bc, powiedziałam. To podwójna rezydencja, wykupiłam skrzydło od
familii De Ruggiero. Proszę dzwonić z brzęczyka na słupku. Nie wchodzić.
Charty, które pilnują terytorium, są wytresowane na wygryzanie łydek z
ciała. W porządku?
- Tak... Tak, proszę pani.
Tak, proszę pani. No cóż... Jeśli ta kobieta była tak zasadnicza, to na pewno jeden istotny wniosek można było wyciągnąć.
Zapłaci wedle umowy. Rzetelnie.
Bardzo istotne, zważywszy, jak wielu pracodawców okazuje się szumowinami chciwymi wyzysku...
Ba! Nasuwał się drugi, też wielce znaczący wniosek!
Co prawda miała sprawować pieczę nad PIĘCIORGIEM dzieci... ale
skoro były to dzieci TAKIEJ kobiety... Na Boga, one po prostu musiały
być zdyscyplinowane, pokorne, ułożone... może nawet spłoszone i w kąty
koszarowe zagnane.
Tak, Agnieszka maszerowała krokiem tanecznym z czterech już powodów.
1. Na Pikinierę przyjemnie było iść. Okazałe rezydencje, otoczone
bramami i płotami zmontowanymi ze złożonych w dyshonorze pik, zatopione w
gęstwinach kwitnącego parku - to miało oczywisty czar. Czaru tego nie
pogrzebał nawet sekretarz Owcodojko, który w 1954 nakazał spolszczyć
nadane przez Portugalczyków nazwy ulic i willi. Wywołało to powstanie
Portugalczyków (to jest: ich potomków), ale jako że dysponowali tylko
pikami i strategią falangi, do stłumienia wystarczyło osiem lublinów z
ubekami i gazik z sowieckim karabinem maszynowym).
2. Ten pisarz trzydziestodziewięcioletni... Jeśli zarobi 300
złotych LUB WIĘCEJ (bo to wszak na początek), może euforia uczyni ją
zuchwałą, może zadzwoni do niego i powie zawadiackim tonem:
- Hej, pisarczyku, co powiesz na wypad na kawę po helsku?
- Gdzie? - zamruga oczami oszołomiony jej szarżą.
- Na Hel, oczywiście!
3. Nareszcie miała zacząć pracę, samodzielne już prawie życie. I to pracę nie tylko ulubioną, ale też sowicie opłaconą.
4. Jeśli owa kobieta była taką zasadniczą i bez wątpliwości surową,
to było w zasadzie pewne, że jej dzieci były karnymi jak żołnierze z
pruskich koszar, a może wręcz zagonionymi w kąty i pod pierzyny
wypłoszami króliczymi...
Tak, to musiał być cudowny, przełomowy dzień.
Dochodząc do Pikiniery, była już w tak wesołym nastroju, że półgłosem śpiewała piosenkę Haddawaya What is love i nie speszyło jej nawet potępieńcze spojrzenie mleczarza podobnego do Rasputina.
Może i zresztą był to sam Rasputin.
Agnieszka ujrzała przed sobą coś jakby szaniec skłębionego nad
żywopłotem drzewostanu. Tworzyło to osobliwą formę zielonego,
nieprzejrzystego pancerza, zamykającego się nad enklawą Portugalczyków, a
wejście w nią umożliwiały tylko dwie lub trzy wyrżnięte piłami bramy
dla pojazdów i tuzin furtek.
Podobno Pikinierzy (złośliwie nazywano ich także Piktami,
Pitekantropami lub Pikusiami) mieli jeszcze system tajnych wyjść z
dzielnicy na wypadek „powrotu Hiszpanów”.
Wpłynęła w najbliższą furtkę i poczuła magiczny nieomal nastrój.
Natychmiast otoczył ją półmrok i cisza, jakby inne dzielnice Widłorybiec
należały do innej czasoprzestrzeni.
Po kilku minutach marszu zrobiło się jaśniej i w zielonym gąszczu
pojawiły się pierwsze okazałe, mimo pokrycia mchem, bluszczem i
morszczynem, rezydencje. Lawirujące między nimi wąskie asfaltowe drogi
pozwalały może na przejazdy limuzyn w rodzaju simca, ale sanos Juwentur z
wycieczką brazylijskich dzieciąt z pewnością nigdy nie przebiłby się do
serca Pikiniery.
A wycieczek przybywało sporo. Potomkowie dezerterów stanowili
fenomen światowy. Zresztą wielu wciąż krążyło po dzielnicy w hełmach i
pancerzach z epoki, dźwigając z namaszczeniem potężne piki lub
halabardy.
Pikiniera zaiste była magicznym światem.
I groźnym. Skłuto kilku gości, którzy nie mieli szacunku dla Ciszy i
Majestatu Historii Naszej Portugalskiej, jak to odczytała policja na
anonimie podrzuconym między ciała dwudziestu dwóch kibiców Bawarki
Chylonia, zapędzonych wysoce niefortunnie przy okazji świętowania
porażki zespołu.
Na Pikinierze w dobrym tonie było milczenie i pokorny wyraz twarzy –
na co baczną uwagą zwracali szczególnie mieszkańcy w tradycyjnych
ubiorach.
I Agnieszka szła pokornie i cichutko.
Ale nie bała się wcale. Zbyt wiele serotoniny uwolnił ten piękny, słoneczny poranek polsko-portugalski...
Co to jest hymen?
Co to jest hymen???
Czy ona to ma?
Czy jest to rzecz weryfikowalna? I może trzeba będzie okazać na wejściu?...
Dwadzieścia minut błądziła po uliczkach, szukając tej właściwej.
Było to po prawdzie rezultatem fantastycznym, bo mieszkańcy uprawiali z
nieustającym zaangażowaniem sabotaż, podmieniając polskie tablice na
portugalskie. Magistrat co jakiś czas wymieniał je na nowo, pod ochroną
IV Dywizji Piechoty im. Ferdynanda Magellana. Wcześniej nosiła imię
Romualda Traugutta, ale zabieg był rzeczywiście przebiegły i skuteczny;
dywizji nigdy nie zaatakowano podczas przywracania ulicom polskich nazw.
Już wchodząc na właściwą uliczkę – czy raczej alejkę – przeżyła
chwilę napięcia, choć niewolnego od komizmu. Na rozwidleniu alejkowym
stało pięciu Portugalczyków, mających od czterdziestu do pięćdziesięciu
lat. Oczywiście natychmiast, gdy ją ujrzeli, przerwali rozmowę (osobliwa
mieszanka polskiego i portugalskiego, zwana była polonesją) i poczęli
wpatrywać się w nią uporczywie.
Było to dość trudne do zniesienia, jeśli zważyć, że śmiertelnie
poważnym, nieomal srogim obliczom, szły w groteskowy sukurs ubiory lub
zbroje z XVII wieku.
I piki.
Gdy ich mijała, prawdziwy ból szarpnął jej policzkami – gdyż zdławienie chichotu okazało się wysiłkiem potężnej miary.
A uczyniła jej taki wyobraźnia, w której Portugalczycy nachylili się ku niej i z namaszczeniem zapytali: „A hymen jest?”
Udało się jednak. Minęła ich.
Nie poczuła piki w plecach.
Miły lud zamieszkuje Pikinierę.
Szerszeńska bc.
Wcześniej nazywała się pewnie Alfonsa d'Albuquerque lub coś w tym stylu.
Agnieszka przystanęła przy słupku kamiennym i rozejrzała ostrożnie.
Wokół panowała cisza. Z tej pozycji widać było mniej lub bardziej
trzy wille i uliczki, resztę portugalskiego świata krył gąszcz.
Rezydencja na wprost była okazała nie bardziej niż inne, ale i nie
mniej. W oknach, które były zapewne przypisane jadalni, poruszyły się
firanki i poczuła się trochę nieswojo.
Dach pokrywał mech i trawa pszeniczna. Na kilku parapetach rosły mlecze.
Z bramy kłuły oczy piki i halabardy. Być może oryginalne, dezerterskie, być może repliki.
I gdzieś tam były charty.
Bardzo przyjazne psy, wyspecjalizowane w hamowaniu zapędów ucieczkowych.
Czy coś lepiej hamuje takowe niż łydka odjęta z ciała?
Praca. Obowiązek. Grzeczne dzieci. 300.
Doskonałe mantry.
Nawet przeciw chartom.
Wzięła głęboki oddech i nacisnęła dzwonek.
[cdn]
bardzo ciekawe opowiadanie!!!! to coś dla mnie, cos w moim stylu....
OdpowiedzUsuńCzyżbyś był/a/ babysitterem? ;)
UsuńWielkie dzięki, oczywiście. :)
OdpowiedzUsuń