Ponieważ wspaniali, elastyczni piórem, sercem i humorem Goście Lwów nadesłali zaprawdę sporo historii, Autor-Lew zaczął obawiać się, że brak przyznania nagrody spowoduje porównywanie go z Ebenezerem Scrooge'm.
Co byłoby sromotne.
Dlatego w ostatniej chwili ufundowano ponętną bombonierkę świąteczną irlandzkich karmelków, po czym kot-maszyna losująca (imieniem Lila) został sprowokowany do wyciągnięcia losu z imieniem.
Padło na Skalny Kwiat. Ciekawe, że Lila wcale nie rzuciła się na pierwszą z brzegu kulkę papieru - czyżby czary?... W każdym razie gratuluję!! Świąteczna bombonierka zostanie katapultowana natychmiast po przekazaniu Autorowi adresu zwycięzcy (poprzez e-mail).
Z czym nie ma co zwlekać, bo Autorowi zdarzały się już lunatyczne napady na produkty słodzone...
Wróćmy do opowiadania naszego doktora. Ja sam mam słabość do budowania historii na BAZIE patologii i kręcenia się wokół całkiem makabrycznej groteski, zatem opowiadanie Setha szczerze a sethnie mnie ubawiło - choć przypuszczam, że dziewczęta z Uniwersytetu Wyspy Księcia Edwarda zemdlałyby już w połowie czytania...
W każdym razie te dziewiętnastowieczne.
Zapraszam odważnych do lektury.
Nadesłał: Dr Seth
Rozkoszna Wigilia
Wigilia w tym roku zapowiadała się całkiem obiecująco. Zapowiedzieli się ciotka Cebulla, wuj Kabareton oraz obie babcie - Trofylda i Temida. Na szczęście berbecie zostały wywiezione zawczasu do sanatorium w kopalni soli. Także wszystko zapowiadało się wręcz idyllicznie. Pacynda z radością gotowała wigilijne potrawy, a Lakmus, podśpiewując pod nosem, ubierał choinkę (sztuczną, ponieważ uważał się za ekologicznego). I zajmował się podkładaniem prezentów.
W końcu długo oczekiwany moment nadszedł. Pierwsza w drzwiach wejściowych pojawiła się mocno ufiokowana głowa ciotki Cebulli, za nią wsunął się nieśmiało całkiem zdominowany i na wieki spantoflowany wujek Kabareton. Godzinę później pojawiły się prawie jednocześnie obie babcie. Można było zatem zasiadać do biesiady wigilijnej.
Radośnie uśmiechnięta Pacynda czekała na pochwały, komplementy oraz degustacje potraw.
Nic takiego jednak nie nastąpiło.
- Dlaczego ta choinka jest sztuczna? Czy wam już do reszty odbiło? – spytała cierpko babcia Trofylda.
Zapanowało nieco kłopotliwe milczenie.
- Lakmus jest ekologiczny babciu - odpowiedziała w końcu dość nieśmiało Pacynda.
- Ekologiczny?! Nie zdajesz sobie sprawy, ile trujących chemikaliów wnosi z tym plastikowym paskudztwem do domu?! Won z tym na śmietnik! I to natychmiast!
- A ty co się odzywasz, stara pierdoło! - wybuchła babcia Temida. - Twoje miejsce jest od dawna w trumnie, a nie na spotkaniach rodzinnych! Nie podoba się, to fora ze dwora, ty warchole!
- Ależ moje kochane staruszeczki! Jest Wigilia! Tańcujmy, śpiewajmy radośnie kolędy, zamiast się kłócić o byle pierdółkę! - z szerokim od ucha do ucha uśmiechem ciotka Cebulla rozlożyla ręce.
Jednocześnie ze strony obu babć na twarzy Cebulli wylądowaly pudełko ze śledziami w śmietanie I pojemnik z kapusta z grzybami.
- Nie odzywaj się, ty pindo! Od trzech lat masz gacha i myślisz sobie, ze nikt o tym nie wie?! Tylko ten szczyl Kabareton udaje, że nie widzi i nie słyszy! - krzyknęła babcia Temida.
Zapadło bardzo wymowne, głuche milczenie. Kabareton schował głowę w dłonie.
- To prawda? - spytał w końcu cichym głosem Cebullę.
- Tak! Tak! Tak! Ty nawet do łóżka nie potrafisz pójść jak należy! Tylko przy zgaszonym świetle I przez dziurkę w koszuli nocnej! Gdzie ty się do cholery wychowałeś, wśród jakichś mormonów, ty zboczeńcu?! Impotent! Żebyś wiedział, że tak, mam kochanka, z którym pieprzę się codziennie po kilka razy jak tygrysica, bo inaczej bym zwariowała I wylądowała w psychiatryku! W poniedziałek składam pozew o rozwód I ożenię się z moim kochaniem, a ty nakładaj sobie te swoje koszule z dziurką i szoruj pod most! Już nie należysz do rodziny! Zresztą nigdy nie należałeś, trzymałam cię w domu z litości, jak tresowana małpkę, no ale już mi znudziło. Won mi z tego domu i nawet nie waż pokazywać się w moim! Cholerny ciul!
Tego zranione głęboko serce Kabaretona nie wytrzymało. Ujął obiema rękami ciężką, porcelanową misę z bigosem dla całej rodziny i z całej siły rzucił nią w głowę Cebulli. Zarówno misa, jak I głowa rozpękły się na dwoje. Krew przemieszała się z bigosem.
I takim właśnie sposobem powstał tzw. bigos czerwony.
I takim właśnie sposobem powstał tzw. bigos czerwony.
Obie babcie pokiwały tylko głowami.
- No piękną przygotowaliście nam Wigilię, nie ma co. Najpierw trujące paskudztwo w domu zamiast choinki, a potem morderstwo. Aż takich wesołych atrakcji się nie spodziewałyśmy. Nasze nogi więcej nie postaną w tym domu zbrodni. Nas tu w ogóle nie było. I sami tłumaczcie się policji. Nawet nie próbujcie powoływać nas na świadków. Komu uwierzą, wam czy rozkosznie uśmiechającym się bezzębnym staruszeczkom z demencją? Powodzenia!
***
Nasuwa się kilka co najmniej konkluzji. Po pierwsze: warto dwa razy przemyśleć, kto ma nam towarzyszyć przy świątecznym stole. Bo może się okazać, że zaprosimy akurat jakiegoś skumulowanego jak Wezuwiusz frustrata, który sprawi wybuch przy karpiu lub makówkach.
OdpowiedzUsuńPo drugie: ostrożnie z babciami. Jak widać, potrafią podrzucić kilka żagwi do prochowni, ale pogoda ducha wcale tych przebiegłych starowinek nie musi opuszczać.
A propos czerwonego bigosu. Akurat ten właśnie - z przechyłem na smak słodki - zawsze był moim szczególnie ulubionym. Jakkolwiek jestem w pełni zdyscyplinowanym całorocznym wegetarianinem, to mały grzeszek stołowy jest w związku ze świętami przewidziany.
I nawet ta ujawniona przez dr Setha geneza bigosu czerwonego nie musi jakoś szczególnie do grzechu zniechęcać...
Ba, może wprost przeciwnie?
Podobno najwięcej samobójstw jest w Wigilię, bo ona właśnie obnaża...
OdpowiedzUsuńWesołcyh Świąt Lwie! :):)
OdpowiedzUsuńEwo: jak każda chwila kumulująca emocje i wartościowanie szczególnie mocno. Piękny moment, acz niebezpieczny w przypadku napotkania "wezuwiuszów" u stołu.
OdpowiedzUsuńHappyHolic: uściski świąteczne! :)
No, Lew skomentował Ciebie całkiem dokładnie i adekwatnie! Odlotowe! A najbardziej szkoda mi było... bigosu! Sam jestem w trakcie gotowania tego przysmaku. Pozdrawiam!
OdpowiedzUsuńNo ładnie, wstrząśniętam...jak ten czerwony bigos!
OdpowiedzUsuńO rany... ale na osłodę ta bombonierka... Twoja koteczka wyczula swojego, hihi, może Asfalta wywąchała w tej karteczce z moim imieniem? Abracadabra....
OdpowiedzUsuńKocie Lila, wielkie dzięki:)-
OdpowiedzUsuńja uwielbiam wprost karmelki!
Jem je rano, wieczór, w nocy
niech kot broni od pomocy!
Mam obawę tylko jedną,
że mój Skrzat wywącha sedno...
i na spółkę z mym Asfaltem
z karmelkami stoczą walkę :)))
Skrzat je wyje wprost z puszeczki
Asfalt skradnie jak piłeczki,
a mnie biednej stos papierków
pozostawią z tych cukierków!
Na pocieszenie powiem Ci, że pudełko jest ładne, metalowe, i da się spożytkować. :)
OdpowiedzUsuńA wiersz przeczytam kotce-sędzinie, oczywiście!
Dziekuje wszystkim za komentarze:)
OdpowiedzUsuńAiR, bigos na stole wigilijnym bedzie oczywiscie...czerwony? xD
Ciebie, Dr Seth, to rózgą by trzeba było potraktować... znikasz jak Fantom na długo, a potem z krwawym bigosem wracasz... Ugh :)))
OdpowiedzUsuńMój bigos jest czerwonawy, a to ze względu na śliwki, grzybki - oczywiście czerwone borowiki, kulki jałowca i czerwone półsłodkie wino. No i oczywiście koncentrat pomidorowy... ;))) Smacznego!
OdpowiedzUsuńSkalny Kwiecie, tym razem istotnie pojawilem sie niczym Fantom, ale postaram sie te niecna dluga nieobecnosc czynnie nadrobic...
OdpowiedzUsuń