Moi drodzy. Pozostając we frapujących nastrojach ostatniej historii - nastrojach wpadania w zasadzkę i wyrywania się z kotła, namawiam do wzięcia udziału w konkursie kociołkowym.Kociołek czyli kocioł - mowa tu naturalnie o kłopotliwym, wyraźnie militarnym osaczeniu, a nie jakimś tam miedzianym naczyniu do gotowania rosołu. W pułapki wpadają żołnierze, rycerze i karatecy z Kanionu Żółtej Rzeki, ale nie tylko - w pułapki wpadają wszak wszyscy. Nawet ci, co zamiast kordelasa, noszą u boku kontrabas.
Tak to w życiu jest. Niewiele możemy przewidzieć, natomiast wiele musimy skonfrontować.
I wiele - siłą rzeczy - przezwyciężyć.
Taki jest duch człowieka.
Który być może jest głównym, nieprzerwanie fascynującym magnesem dla przybyszy pozaziemskich. Może jednak czegoś nam Oni zazdroszczą... Tej przekory, tej mobilizacji, sprężenia, parcia w przód wbrew wszystkim i wszystkiemu...
Tego wspięcia się na wyżyny, by wyrwać się z kociołka.
Może my, ludzie, jesteśmy tylko miękkimi workami wypełnionymi czerwoną wodą, ale są to bardzo charakterne worki.
Zapraszam do wzięcia udziału w zabawie i dokończenia - dobawienia lub dohorrorowania poniższego opowiadania. Jego bohater wpada właśnie w kociołek. Kociołek rzecz trudna. Zwłaszcza, gdy chce się z niego wyrwać bez szwanku.
Kto by nie chciał.
Najlepsze dohorrorowania opublikujemy za 2 tygodnie.
Masa ciężkości przechylona ku grotesce, makabrze czy łagodnej refleksji - tradycyjnie dowolna. Na Lwach wzniesiono ołtarze dla elastyczności, nie usztywnieniom. A tradycje należy szanować; dlatego wśród uczestników-publikantów rozlosowane zostaną irlandzkie karmelki firmy Emerald.
Uwaga! Tytuł dla opowiadania-kociołka każdy z Autorów nadaje sam, na własną, lokalną odpowiedzialność.
**********
Zacząłem wchodzić po schodach. Mieszkałem na ostatnim piętrze kamienicy - wciąż tkwiły w niej dwie bomby z 1939, pozostawiono je jednak jako skarb narodowy i jedyny rzeczywisty wspornik konstrukcji - dlatego nie byłem skłonny wychodzić po zakupy sześć razy dziennie.
Dwa-trzy - to jeszcze miało sens. Joggingowy.
By oddalić od siebie ryzyko sześciokrotnego zejścia do sklepu mieszczącego się w suterenie kamienicy, a należącego do pruskobokobrodatego pana Szwindla-Johanna, wprowadziłem pewne procedury. Otóż schodząc w dół, powtarzałem sobie głośno listę zakupów, wchodząc zaś z powrotem... robiłem to samo. Po prostu sprawdzałem, czy niczego nie zapomniałem.
Co miało sens.
Po pierwsze - unikałem wielokrotnej wspinaczki, a w życiu nie zdobyłem góry większej od śnieżnej zaspy na dziedzińcu.
Po drugie - nie było szczególnie miło wysłuchiwać piosenek Hitlerjugend, które pan Szwindel-Johann śpiewał od świtu do zmierzchu.
Po trzecie - dostawać w łeb od żony też nie było miło.
A Rokoszana nie pobłażała. Wystarczyło wziąć dwanaście plasterow sera Edamskiego zamiast czternastu plastrów Pułtuskiego. I już łomot.
Wspinałem się po schodach, wzdychając i mamrocząc:
- Edamski, plastrów 12, jest... Tylżycki, plastrów 8 cieńszych, jest... Salami z grubym pieprzem, plastrów 14, jest...
Na wysokości drugiego piętra poczułem silny zapach czosnku.
- Ciekawe, czy ktoś nabył ten sztuczny chiński, czy też nasz, wolny od modyfikacji - wymruczałem sarkastycznie.
Byłem sarkastyczny. Ludzie, którzy schodzą z czwartego piętra po zakupy, które codziennie umila im pieśń Hitlerjugend, i którym co drugi dzień umila życie łomot od żony - tak, oni bywają sarkastyczni.
- Serdelków 70% wieprzowiny-30% drobiu, sztuk sześć, jest... Sos borowikowy, sztuk...
Zapach czosnku nasilił się i odruchowo zmarszczyłem nos. Przyszła też myśl, że to musi być jednak polski czosnek, a zaraz po niej... Zaraz niej nie przyszły żadne myśli, przez kilka sekund wystąpiła czarna luka oszołomienia i zgrozy w mym umyśle.
Co sprawił wielki czarny koc, który rzucono mi na głowę. Poczułem też jak wprawne, zaprawdę wprawne ręce, których mogło być dwie, ale mogło być i dwieście - rolują mnie w tym kocu i obwiązują uczyniony tłumok liną.
- Mamy wampira, psiakrew!
...
A mogę dostać jednego karmelka? :) za nic?
OdpowiedzUsuń....proszę :D
No, no,no... Do roboty, kochana.
OdpowiedzUsuńOno napisze. Może wreszcie uda mu się coś wygrać.
OdpowiedzUsuńNie byle co/ś/, bo irlandzkie karmelki.
OdpowiedzUsuńMoże nawet niemodyfikowane genetycznie.
:-)) zapewne są pyszne :P
OdpowiedzUsuńmyślcie, piszcie, wygrywajcie!!!
OdpowiedzUsuńOno miło Cię znowu...... czytać:)
Bibi, no ale co z Tobą, chyba nie zawiedziesz? :)
OdpowiedzUsuńJa już otrzymałem dohorrorowanie od ONO Socj. I zwaliło mnie z krzesła. Serio. Myślę, że pod tym zakończeniem podpisaliby się - i to po własnej prośbie - John Cleese i Graham Chapman z Monty Pythona.
Już się nie mogę doczekać...przydeptuję,serce mi wali...ONO to mistrzyni ... uwielbiam czytać wszystko co spod jej pióra wychodzi ... dosłownie wszystko:) maile też :D
OdpowiedzUsuńTak, maile, opowiadania, akty zgonu... ONO to mistrzyni.
OdpowiedzUsuń:) ba... :P
OdpowiedzUsuńpostaram sie, kurcze no, nie dac ciała tym razem:) hi hi hi
OdpowiedzUsuńDobra nasza!
OdpowiedzUsuń